Chwila prawdy po meczu Śląska z Arką (WNIOSKI)
fot.: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl
Mecz Śląska Wrocław z Arką Gdynia zamiast dać odpowiedzi na nurtujące nas pytania, ponownie stworzył szereg kwestii, które budzą niepokój. Nie można oczekiwać od tej ekipy, żeby grała efektowny i skuteczny futbol na miarę wicelidera ekstraklasy, ale jak na skalę możliwości WKS-u trzeba przyznać, że niektóre mechanizmy nie działają tak, jak powinni. Mowa tu przede wszystkim o kreowaniu akcji ofensywnych, które w obecnej chwili są największą bolączką zespołu trenera Lavicki. To jednak nie wszystko.
Wniosek nr 1: Trzej muszkieterowie, ale bez broni
Z pewnością wielu kibiców Śląska pamięta rok 2012, kiedy reprezentacja Polski rozgrywała mecz fazy grupowej z Czechami. Z czego ten dość niechlubny moment w historii polskiej piłki zapamiętaliśmy? Cóż, wówczas Franciszkowi Smudzie dostało się za... wystawienie od 1. minuty trójki defensywnych pomocników. Patrząc na to, jak wygląda funkcjonowanie linii pomocy WKS-u, nietrudno o znalezienie podobieństw. Bo o ile ekipa trenera Lavicki ogółem zasługuje na pochwałę (ocena w skali całego sezonu), o tyle gorzkie słowa należy skierować w stronę zbudowanego przez czeskiego szkoleniowca środka pola. Środka, który tworzy po wznowieniu rozgrywek ekstraklasy trójka Mączyński-Živulić-Chrapek.
Były reprezentant Polski i kapitan zespołu jest ogniwem niepodważalnym, ale fakt, że u jego boku występują dwaj piłkarze o charakterystyce bardziej defensywnej niż ofensywnej - już tak. To zestawienie sprawia, że Śląsk Wrocław traci na kreatywności i dynamice, czemu trudno się dziwić, skoro (stosując numerację typowo boiskową) na boisku biegają dwie "szóstki" i "ósemka". Gdzie być może bardziej optymalnym rozwiązaniem byłby wariant w postaci 6, 8 i 10. Mecz z Arką Gdynia (i nie tylko on) dobitnie pokazał, że WKS ma problemy z kreacją akcji ofensywnych, czego przyczyną jest w jakimś stopniu defensywne usposobienie środka pola.
Wniosek nr 2: Dwie strony medalu Guillermo Cotugno
Na wstępie trzeba zaznaczyć, że Guillermo Cotugno był ściągany do Wrocławia jako prawy obrońca na miarę pierwszej jedenastki. Czy zarówno w meczu z Arką, jak i Rakowem zdążył udowodnić, że kimś takim rzeczywiście może być? Mówiąc krótko - tak, ALE nie można przecież zapomnieć o jednej, dość istotnej kwestii, która na 99% dyskwalifikuje występ Urugwajczyka w nadchodzącym meczu z Wisłą Płock. Chodzi oczywiście o przygotowanie fizyczne. To w przypadku 25-latka kuleje, co zresztą każdy widział podczas starcia w Gdyni, kiedy piłkarz Śląska już w 70. minucie stracił siły na końcówkę spotkania. Co istotne - drugi raz z rzędu, a nie mówimy o 90 minutach w odstępie kilku tygodni, tylko ponad 7-dniowej przerwie. Stąd pojawiają się wątpliwości, czy aby na pewno jest to prawy obrońca, który zaspokoi potrzebę obsadzenia tej jakże newralgicznej w przypadku Śląska pozycji?
Gdy spojrzymy na jakość piłkarską prezentonowaną przez Urugwajczyka - jak najbardziej tak. W ciągu dwóch występów od 1. minuty był zawodnik Nacional zdążył udowodnić, że futbolu o większym formacie zdążył posmakować, dlatego kibice Śląska powinni jedynie zacierać ręce. Co prawda dotychczasowy czas w koszulce WKS-u Cotugno nie był tak oszałamiający, żeby bez zawahania stawiać go wyżej od Dankowskiego czy Musondy, ale tutaj trzeba cierpliwości. Pod względem piłkarskim zimowy nabytek Śląska wyrasta na czołowego obrońcę całej linii defensywnej i z dużą dozą prawdopdobieństwa możnaby powiedzieć, że z czasem (po rozwiązaniu problemów fizycznych) pojawią się fajerwerki. Komplikacje pojawią się dopiero wtedy, gdy okaże się, że wydolność oraz wytrzymałość mięśniowa Urugwajczyk to twardszy orzech do zgryzienia niż kwestia kilku tygodni. Póki co nie ma co bić na alarm, choć trzeba przyznać, że tak słabe przygotowanie fizyczne jest bardzo niepokojące nawet w skali całego zespołu. Na poziomie ekstraklasy takie sytuacje po prostu nie mogą mieć miejsca.
Wniosek nr 3: Śląsk lata po Polsce bez prawego skrzydła
W meczu z Arką Gdynia na prawej stronie linii pomocy zagrał Robert Pich. Patrząc na ostatnie kilkanaście kolejek - nic nadzwyczajnego. Słowak wystąpił na tej pozycji już czternasty raz w tym sezonie i o ile jeszcze przed pandemią można było myśleć, że to opcja optymalna, o tyle po wznowieniu rozgrywek pojawiły się poważne wątpliwości. 31-latek był we wczorajszym spotkaniu cieniem samego siebie (2/16 wygranych pojedynków). Ba, trzeba wręcz powiedzieć, że Śląsk był na prawej flance bezzębny, a zagrożenie w ofensywie stwarzał tylko piłkarz po drugiej stronie murawy, czyli Przemysław Płacheta (dwa jedyne kluczowe podania dla WKS-u).
Pozostaje więc zadać zasadne pytanie: czy Vitezslav Lavicka ma w swoich szeregach innego zawodnika, który potrafiłby zaoferować coś zbliżonego do tego, co potrafi wrocławski młodzieżowec? Wydaje się, że forma Picha jest daleka od ideału, więc szukanie zastępstw jest rzeczą konieczną. Niestety spośród dostępnych opcji naprawdę trudno wybrać skrzydłowego, który byłby pewnikiem na lepsze funkcjonowanie tej części formacji. Gdyby jednak trzeba było kogoś nominować, bilet na grę z Wisłą Płock otrzymaliby Sebastian Bergier lub Damian Gąska. Dlaczego nie, Panie Trenerze? W końcu bardzo prawdopodobne (tak się zapowiada), że 20-latek będzie podstawowym młodzieżowcem w nadchodzącym sezonie. A Damian Gąska? Jeśli będzie zdrowy, może zaoferować dynamikę, którą dostarcza w linii pomocy jedynie Płacheta. To za mało, żeby rywale bali się na widok kontr Śląska Wrocław.