Co nas cieszy, a co martwi po 2 kolejkach? (WNIOSKI)

Co nas cieszy, a co martwi po 2 kolejkach? (WNIOSKI)

fot.:

Ekstraklasa w nowym sezonie nie zdążyła się jeszcze rozpędzić, a już wstrzymała ją przerwa na mecze reprezentacji. Śląsk nieligowy weekend spędza z kompletem punktów na podium, a tydzień bez meczu to dobry moment na pierwsze oceny.



 

CO JUŻ CIESZY

DEFENSYWA DAJE RADĘ

O tym, że Śląsk w lipcu zamiast wrócić do europejskich pucharów, musiał obejść się smakiem, w głównej mierze zadecydowała bardzo niestabilna postawa formacji obronnej. 13 bramek straconych w siedmiu meczach rundy finałowej było wynikiem więcej niż niepokojącym, a optymizmu przed nowym sezonem było jak na lekarstwo. Pandemiczna beztroska wyeliminowała Israela Puerto i Marka Tamasa, kontuzji doznał Dino Stiglec, a łatwość, z jaką defensywę Śląska w Pucharze Polski nękał ŁKS, tylko potęgowała uczucie niepokoju. Mocno eksperymentalna, ale niezwykle doświadczona obrona przeszła jednak chrzest bojowy w inauguracyjnej potyczce z Piastem. Czyste konto udało się zachować po raz pierwszy od 30. kolejki, a Vitezslav Lavicka był na tyle zadowolony, że w Krakowie nie zdecydował się na żadne zmiany. I znowu wyglądało to nieźle. Formy pomimo miesięcy bez gry nie stracili Piotr Celeban, Mariusz Pawelec czy powracający po długiej kontuzji Wojciech Golla, tradycyjnie nie do pominięcia jest również rola Matusa Putnockiego. Trener Śląska doskonale pamięta, że właśnie defensywa była kluczem do bardzo dobrych wyników z ubiegłorocznej rundy jesiennej. W pierwszych dwóch kolejkach graliśmy z tymi samymi rywalami, co 13 miesięcy temu i wtedy również Piast oraz Wisła Kraków strzeliły nam tylko jednego gola.

LIGA ZNOWU ZAZDROŚCI NAM MŁODZIEŻOWCA

Przychodząc do Śląska Wrocław Mateusz Praszelik miał świadomość, że będzie głównym kandydatem do przejęcia pałeczki młodzieżowca od Przemysława Płachety. Czasu na oswojenie się z nową sytuacją miał sporo, bo kontrakt podpisał już na początku lipca, gdy lekką ręką zrezygnowała z niego Legia i w każdym z dotychczasowych meczów nowego sezonu uświadamiał dawnemu pracodawcy, jak bardzo się pomylił. Niespełna 20-letni pomocnik zaczął od wejścia z ławki w pucharowym meczu w Łodzi i już wtedy odegrał znaczącą rolę dośrodkowując z rzutu rożnego przy bramce Piotra Celebana, która dała nadzieję w dogrywce. W lidze od początku jest piłkarzem podstawowego składu i również nie potrzebował dużo czasu, by zacząć dawać jakość. Praszelik przeciwko Piastowi popisał się inteligentną asystą otwierającą drogę do premierowego gola Fabianowi Piaseckiemu, a kilka dni temu przy Reymonta poszedł za ciosem i nie tylko obsłużył Roberta Picha przy kluczowej bramce na 2:1, ale wywalczył też rzut karny. Forma nowego młodzieżowca Śląska to bardzo przyjemna odmiana po rozczarowujących miesiącach z obsadzanym w roli dziesiątki Michałem Chrapkiem i nadzieja, że dzięki nieszablonowości młodego chłopaka wrocławianie kolejny raz mogą być groźni dla każdego w Ekstraklasie.  

BEZ MĄKI TEŻ JEST CHLEB

Kiedy krótko przed rozpoczęciem nowego sezonu ligowego Śląsk oficjalnie ogłosił, że Krzysztof Mączyński musi przejść zabieg naprawczy uszkodzonej wcześniej łąkotki i przez około czterech tygodni nie będzie mógł trenować, sytuacja zrobiła się niewesoła. Kibice wrocławian doskonale pamiętali, jak dużo zespół Lavicki tracił na nieobecności kapitana w kluczowych meczach poprzedniego sezonu, choćby przeciwko Legii (0:3), czy na finiszu rundy finałowej, gdy musiał pauzować za dwunastą żółtą kartkę. Solidny następca znalazł się jednak szybko. Waldemar Sobota odchodził z naszej ligi jako skrzydłowy, przez lata gry w Niemczech nauczył się jednak pozycji defensywnego pomocnika, a jego niepodważalne doświadczenie i dojrzałość na tej pozycji są dodatkowym atutem. Powrót Soboty był jednym z największych hitów letniego okienka w Ekstraklasie i już widać, że nadzieje zostaną rozczarowane. Były reprezentant Polski na nowej pozycji oczywiście nie będzie tak efektowny, jak podczas pierwszej przygody ze Śląskiem, ale wykonuje nie mniej ważną pracę, często podrywając kolegów do walki, co pokazał kilkoma groźnymi strzałami przy niekorzystnym wyniku w Łodzi. Powrót Mączyńskiego póki co nie jest wyczekiwany, jeżeli przemeblowany zespół nadal będzie wyglądał solidnie, może wręcz okazać się sporym dylematem dla trenera.

LAVICKA WIE, CO ROBI

Rozczarowanie w decydującym momencie poprzedniego sezonu nie było choćby w najmniejszym stopniu demotywujące dla czeskiego szkoleniowca Śląska. Lavicka najczęściej z konieczności, ale kreatywnie przemeblowuje zespół, szuka nowych rozwiązań, a te zaproponowane w pierwszych dwóch kolejkach bronią się wynikami. Operacja na żywym organizmie ciągle nie jest zakończona, we Wrocławiu głośno mówi się przecież o oczekiwaniu na sfinalizowanie niezbędnego transferu skrzydłowego. Ostrożność w ocenach i chłodna głowa cały czas są wskazane, bo prawdziwe wyzwania dopiero nadejdą – przed październikową przerwą na kadrę rywalami Śląska będą Lech, Legia czy Cracovia. Już teraz widać jednak, że ubiegłoroczne rozgrywki to nie był przypadek, żaden jednorazowy wyskok. Lavicka pojawił się we Wrocławiu, by zbudować silną drużynę, która wreszcie zacznie marzyć o czymś więcej niż samym miejscu w grupie mistrzowskiej i konsekwentnie wykonuje swoją pracę.

CO NADAL MARTWI

SNAJPERÓW DWÓCH, CZY ŻADNEGO?

Erik Exposito w pierwszym składzie, naciskający go Fabian Piasecki jako wchodzący. Albo odwrotnie. Albo ultraofensywnie w duecie bez strachu przed atakowaniem. Opcje rysujące się w formacji ofensywnej przed rozpoczęciem nowego sezonu mogły rozbudzać wyobraźnię kibiców Śląska. Rzeczywistość aż tak kolorowa nie jest. Pięć zdobytych bramek w dotychczasowych meczach to drugi najlepszy wynik w Ekstraklasie, ale poprzedni sezon dobitnie pokazał, że aby realnie walczyć o czołowe lokaty, trzeba mieć napastnika gwarantującego kilkanaście bramek w sezonie i kropka. Rozochocony rundą wiosenną Hiszpan oraz urodzony we Wrocławiu król strzelców 1.ligi zamiast się świetnie uzupełniać i nakręcać rywalizacją na treningach, stanowią dużą niewiadomą. Po koronawirusowej wpadce Exposito ani razu nie znalazł się w meczowej kadrze, tak naprawdę trudno powiedzieć jaki jest teraz jego status albo jaka czeka go przyszłość. Piasecki mógł się podobać z Piastem, ale przy Reymonta był już cieniem samego siebie. Były napastnik Zagłębia Sosnowiec jest w naszym zespole jeszcze zdecydowanie zbyt krótko, by ocenić jego faktyczną wartość, jednak warto obserwować czy podobne wahnięcia formy nie będą zdarzać się częściej.

MUSONDA CIĄGLE ZAWODZI

Wobec kontuzji Łukasza Brozia i niepewnej postawy Kamila Dankowskiego, od początku roku eksperymentalnie ustawiany był na prawym boku obrony. Często nie wiedział jak się ustawiać, popełniał błędy, prokurował kłopoty pod bramką Śląska, jego nieszczęśliwych interwencji po jakimś czasie nie dało się już zrzucać na karb niedoświadczenia, bo Musonda ciągle grał, ale przestał się rozwijać. Rzut karny sprokurowany w Pucharze Polski z ŁKS? Nie do wytłumaczenia, a to tylko jeden z ostatnich przykładów. W pierwszej kolejce nowego sezonu Zambijczyk wrócił na swoją naturalną pozycję skrzydłowego i znowu nie dał rady. Musonda przeciwko Piastowi wykręcił fatalne statystyki, jego strona praktycznie nie istniała w akcjach ofensywnych. Z Wisłą dostał jeszcze jedną szansę, aż tak fatalny nie był, ale Lavickę chyba ponownie zawiódł, bo został zdjęty już po godzinie. Z Musondą jest problem, bo zdaje się nie wyciągać wniosków, zatracił swoje atuty w postaci szybkości czy nieszablonowości, z którymi wielu rywali miało problem tuż po jego transferze do Ekstraklasy. Jego rolę w Śląsku trzeba określić na nowo.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.