Co słychać u...?
fot.: Adam Szyszka
Kolejną ze wspominanych postaci w tym cyklu zapamiętaliśmy bardziej ze względu na rubaszny wizerunek niż na wyniki sportowe. Człowiek, który dzisiaj wspominany jest raczej bardziej szyderczo niż jako brązowy medalista z sezonu 12/13. Niedawno minęło 6 lat od jego ostatniego meczu jako trener Śląska i na pewno jeszcze długo o nim nie zapomnimy. Przed państwem w dniu swoich 62 urodzin Stanislav Levy!
Czeski szkoleniowiec trafił do Wrocławia we wrześniu 2012 roku, kiedy to wyczerpała się formuła współpracy z Orestem Lenczykiem krótko po zdobyciu mistrzostwa. W drużynie potrzebne było świeże, bardziej nowoczesne spojrzenie, zgoła odmienne od niektórych staroświeckich metod Lenczyka. Wtedy ni stąd, ni zowąd pojawił się nikomu nieznany Levy. Jak na standardy Mistrza Polski, zatrudnienie Czecha było bardzo odważnym ruchem i wszyscy z uwagą przyglądali się rozwojowi sytuacji.
Zaczęło się od mocnych słów. Oprócz kurtuazji i podziękowań klubowi za zaufanie, podczas prezentacji nowego szkoleniowca, trener Levy nie omieszkał przypomnieć o swoich osiągnięciach.
- Nie chciałbym, żeby to tak wyglądało, że kogo to ja nie znalazłem dla Hamburga. Specjalnie zajmowałem się dwoma piłkarzami. Byli to van Buten i Kompany. Jestem przekonany, że dla Hamburga była to niezwykła oferta, a przy sprzedaży rewelacyjny wynik. Zostali sprzedani za wielkie pieniądze. W Bundeslidze mam dobry kontakt z Jurgenem Kloppem, który pozostał również z czasów, gdy byliśmy przeciwnikami na boisku. Mam wielkie uznanie dla niego jako trenera – opowiadał na konferencji prasowej nowy trener Śląska.
Wszystko to brzmi bardzo ładnie i imponująco, lecz jak się później okazało, Czech nigdy nie był w HSV zatrudniony. Co więcej, kiedy Kompany był transferowany z HSV, Levy pracował jako trener w czeskiej lidze. Ciężko byłoby łączyć pracę szkoleniowca pierwszej drużyny i skauta zagranicznego klubu.
Charakter miał na pewno skomplikowany i na nudę narzekać nie mogliśmy. Jego cieszynki po bramkach, czy niekiedy wyraz twarzy w trakcie meczu wyrażały więcej niż tysiąc słów. Momentami zaniedbanie czeskiego trenera było na tyle zauważalne, że upominać musieli go włodarze klubu, aby zrobił ze sobą porządek.
Odstawiając jednak na bok sytuacje poza boiskowe trzeba przyznać, że początek przygody z wrocławskim klubem Levy może zaliczyć do udanych. Drużynę objął we wrześniu 2012 roku debiutując w meczu z Podbeskidziem. Zespół w stabilnej formie z bilansem 13 zwycięstw 8 remisów i 9 porażek zajął 3 miejsce na koniec sezonu i zapewnił sobie grę w eliminacjach do europejskich pucharów. Drużyna ciągnięta przez ofensywę z Milą, Sobotą i Ćwielongiem na czele nie zdołała dogonić duetu Lech & Legia. Dobitnie pokazuje to tabela, w której trzeci Śląsk i drugiego Lecha dzieliło aż 14 punktów.
Udział w eliminacjach do Ligi Europy w sezonie 13/14 to wciąż jedne z najlepszych meczów do dzisiaj wspominane przez kibiców WKS-u. Podopieczni Stanislava Levego po łatwo wygranym dwumeczu z Rudarem Pljevlja trafili na belgijski Club Brugge. Skazywani na pożarcie wrocławianie, wyszli z tego starcia obronną ręką wygrywając 1:0 u siebie i remisując 3:3 w Belgii. Wyeliminowała Śląska dopiero Sevilla, czyli późniejszy triumfator rozgrywek.
Wszystko, co dobre szybko się kończy i wraz z rozpoczęciem rozgrywek ligowych drużyna wyglądała coraz gorzej, a i trener Levy tracił nerwy. Skończyło się na wyzywaniu piłkarzy od pozorantów i zwolnienia po przegranym meczu z Ruchem Chorzów. Popularny Staszek pozostawił zespół na 13 miejscu w tabeli z przewagą jednego punktu nad strefą spadkową.
Po przygodzie w Polskiej Ekstraklasie Stanislav Levy wolał odpocząć od trenerki i znalazł pracę jako dyrektor sportowy w cypryjskiej Omonii Nikozja. W 2015 roku wrócił do Albanii, gdzie przed przybyciem do Śląska zdobywał mistrzostwo kraju. Tam znalazł zatrudnienie w Flamurtari FC w albańskiej ekstraklasie. Nie wytrzymał tam długo, gdyż po 10 meczach z bilansem 5 zwycięstw, 2 remisów i 3 porażek został zwolniony. Ostatnim miejscem pracy byłego zawodnika FC Bohemians Prag 1905 było czeskie 1.FC Slovácko, z którym zajął 11 miejsce w sezonie 16/17. Po tym sezonie został w klubie jeszcze przez rok na stanowisku dyrektora sportowego.
Obecnie jak mówi sam Levy, zajmuje się wyszukiwaniem młodych talentów i dbaniem o domowy ogród. Ma podpisany kontrakt z jedną ze szwajcarskich firm menadżerskich, na której zlecenie obserwuje piłkarzy na całym świecie. Jakiś czas temu nawet był widziany w Polsce, gdzie chciał umieścić jednego z obserwowanych zawodników, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.