Do czterech razy sztuka? Pucharowa klątwa Śląska
fot.: Paweł Kot
Powiedzieć, że ostatnie sezony w wykonaniu Śląska w Pucharze Polski były nieudane, to jak nic nie powiedzieć. Wrocławianie trzy razy z rzędu odpadali z krajowego pucharu już na samym początku rywalizacji, czyli w 1/32 fianłu. Po okresie szybkich i bolesnych porażek, kibice WKS-u liczą, że z nowym trenerem Ivanem Djurdjeviciem zła passa w PP zostanie szybko zakończona. Okazja na to już we wrześniu, gdy rywalem wrocławian będzie Ruch Wysokie Mazowieckie.
Nie pomógł ani Vitezslav Lavicka, który wykręcił dobry wynik w lidze, ani Jacek Magiera, który kilka miesięcy wcześniej zajął w ekstraklasie 4. miejsce, dające udział w eliminacjach Ligi Konferencji Europy. Przed swoją szansą już niedługo stanie Ivan Djurdjević, który w swojej karierze piłkarskiej miał okazję zdobyć Puchar Polski w barwach Lecha Poznań w 2010 roku. Teraz przed nim kolejne wyzwanie i szansa na odniesienie lepszego rezultatu niż w poprzednim sezonie na ławce Chrobrego Głogów (odpadnięcie w 1/32 finału po porażce 1:2 z Wieczystą Kraków).
DOBIJAJĄCA KOŃCÓWKA
Śląsk Wrocław sezon 2019/20 rozpoczął z przytupem. W pierwszych pięciu kolejkach ekstraklasy zgromadził na swoim koncie 13 punktów, a do wrześniowego meczu z drugoligowym Widzewem Łódź w Pucharze Polski był niepokonany. Bardzo dobre wyniki w lidze napawały optymizmem przed spotkaniem w ramach 1/32 finału PP.
- Jesteśmy równie mocno skoncentrowani przed Pucharem Polski, jak przed meczami w ekstraklasie. Przygotowujemy się tak samo, mieliśmy analizę gry Widzewa, w Łodzi chcemy zagrać z takim samym pragnieniem zwycięstwa jak w lidze -
- zapewniał trener trójkolorowych Vitezslav Lavicka.
Pomimo różnicy dwóch klas rozgrywkowych, rywal wrocławian wciąż był nieprzewidywalny i groźny, a na dodatek przed sezonem do Widzewa dołączył były napastnik Śląska Marcin Robak. Atmosferę piłkarskiego widowiska czuć było już na kilka dni przed meczem, pamiętając o animozjach między kibicami obu drużyn i faktem, że było to pierwsze spotkanie od 5 lat pomiędzy Widzewa ze Śląskiem. Zielono-biało-czerwoni do pucharowego spotkania podchodzili po szalonym meczu ekstraklasy z Zagłębiem Lubin, który we Wrocławiu zakończył się wynikiem 4:4. Łodzianie zaś pokonali w walce o punkty na wyjeździe rezerwy Lecha Poznań 2:1.
Samo spotkanie przy Alei Piłsudskiego nie porywało, a na pierwszy groźny strzał musieliśmy czekać do 22. minuty. Damian Gąska uderzał z rzutu wolnego, ale piłka minimalnie minęła słupek. Ten sam zawodnik stanął przed bardzo dobrą okazją dziesięć minut później, jednak wtedy piłkę po jego strzale głową wypiąstkował inny były zawodnik Śląska Wojciech Pawłowski. Niebezpiecznie w polu karnym WKS-u zrobiło się w 40. minucie, gdy sędzia początkowo dopatrzył się ręki jednego z defensorów wrocławian, ale po interwencji VAR, jedenastka została anulowana. Śląsk przeważał w pierwszej połowie, stwarzał więcej sytuacji, lecz zabrakło kropki nad i w postaci bramki. Drugie 45 minut rozpoczęło się od ataku gości. W 54. minucie dobra akcja zespołowa została zakończona niecelnym strzałem Erika Exposito. Na kolejną sytuację musieliśmy czekać do ostatniego kwadransa - wtedy dośrodkowanie zawodnika Widzewa zostało wybite na przedpole przez Daniela Kajzera, a niecelne uderzenie zaprezentował Daniel Mąka.
Na odpowiedź podopiecznych Lavicki nie musieliśmy czekać zbyt długo. Prawą stroną boiska popędził Robert Pich, który wyszedł praktycznie sam na sam z Pawłowskim, ale bramkarz Widzewa poradził sobie z jego uderzeniem. Kilka minut przed końcem regulaminowego czasu gry rozpoczął się dramat trójkolorowych. Po stracie Diego Żivulicia piłkę przejął Przemysław Kita, który odegrał do Robaka, a ten wypatrzył niepilnowanego Konrada Gutowskiego, który skierował piłkę do siatki. Po drodze futbolówka odbiła się jeszcze od Robaka i ostatecznie to napastnikowi Widzewa zaliczono bramkę. Jakby było mało problemów, w 90. minucie drugą żółtą kartkę ujrzał Mariusz Pawelec, kapitan wrocławian w tamtym meczu. WKS kończył grę w dziesiątkę, a gwóźdź do trumny wbił Robak, który tym razem wykorzystał rzut karny w doliczonym czasie. Zawiodła cała drużyna, a słowa czeskiego trenera sprzed meczu się nie sprawdziły.
DO AWANSU ZABRAKŁO SEKUND I SZCZĘŚCIA
W sezonie 2021/22 Śląsk po raz kolejny rozpoczął zmagania w Pucharze Polski w Łodzi, a naprzeciwko Wojskowych stanął dopiero co zdegradowany z ekstraklasy ŁKS. Zespół Lavicki chciał szybko zmazać plamę, która ciążyła na jego drużynie po porażce z Widzewem rok wcześniej, a w tym spotkaniu po raz pierwszy od siedmiu lat koszulkę Śląska przywdział Waldemar Sobota. Skład wrocławian był mocno eksperymentalny - z różnych powodów zabrakło Erika Exposito, Krzysztofa Mączyńskiego, Marka Tamasa czy Israela Puerto. Na boisku od pierwszej minuty pojawili się za to Adrian Łyszczarz i Piotr Samiec-Talar, mogliśmy zobaczyć również nowe twarze w drużynie Śląska – Fabiana Piaseckiego, Patryka Janasika oraz Rafała Makowskiego. Spotkanie zaczęło się od błędu Musondy, który chciał naprawić go interwencją we własnym polu karnym, w tej sytuacji nie mogło skończyć się jednak inaczej niż rzutem karnym. Jedenastkę na gola zamienił Antonio Dominquez, a odzianie szybko chcieli pójść za ciosem i tworzyli coraz to groźniejsze okazje, jednak trójkolorowych przed stratą drugie gola chronił Matus Putnocky, a także niecelne strzały rywala.
Niewybaczalny błąd przytrafił się za to ŁKS-owi w 41. minucie. Maciej Dąbrowski źle ocenił górną piłkę lecącą od Piaseckiego do Picha, dzięki czemu Słowak stanął oko w oko z Arkadiuszem Malarzem i doprowadził do remisu. Pierwsza połowa była naprawdę zacięta i widowiskowa, czego nie można powiedzieć o drugiej, podczas której mocno brakowało już intensywności. W regulaminowym czasie gry nie padła już ani jedna bramka, więc czekała nas dogrywka, a tę świetnie zaczęli goście z Wrocławia. W 94. minucie z rzutu rożnego dośrodkowywał kolejny debiutant Praszelik, a bramkę po strzale głową zdobył Piotr Celeban. Im bliżej końca dogrywki, tym zespół Wojciecha Stawowego nasilał swoje ataki, chcąc jak najszybciej strzelić drugiego gola. I kiedy już wszyscy widzieli Śląsk w kolejnej rundzie Pucharu Polski, w 120. minucie bramkę na 2:2 zdobył niepilnowany Piotr Gryszkiewicz, co oznaczało konkurs rzutów karnych. Zwycięski kupon upoważniający do gry w 1/16 finału otrzymali Rycerze Wiosny, którzy ani razu nie pomylili się przy uderzeniach z jedenastu metrów. Wrocławianie uczynili to dwukrotnie, za sprawą Praszelika i Golli, a ten drugi nie trafił nawet w światło bramki. Łódź po raz kolejny okazała się niegościnna dla piłkarzy WKS-u.
- Ciężko oceniać taki mecz. Najgorzej przegrać w takim stylu. Przegrywając pokazaliśmy, że nas to nie dobiło. W poprzednim sezonie nawet jak przegrywaliśmy, graliśmy do końca i dziś też to pokazaliśmy, strzeliliśmy dwie bramki. W końcówce zabrakło doświadczenia, utrzymania piłki. Za bardzo się cofnęliśmy -
- tłumaczył po porażce Robert Pich.
27 STRZAŁÓW, ANI JEDNEGO GOLA
Mając w pamięci dwie ostatnie porażki w 1/32 finału Pucharu Polski, wydawać się mogło, że ubiegłoroczne spotkanie z beniaminkiem ekstraklasy Bruk-Betem Termaliką Nieciecza jest idealnym momentem na przełamanie klątwy. Zaczęło się jednak nie po myśli piłkarzy Śląska, bo już w 3. minucie goście objęli prowadzenie po trafieniu Murisa Mesanovicia. Zaspała defensywa Wojskowych, ale z każdą kolejną minutą piłkarze gospodarze kreowali coraz groźniejsze akcje. Jak na złość, piłka nie chciała wpaść jednak do siatki, bo skutecznie interweniował za każdym razem Łukasz Budziłek, który niewątpliwie zapracował tego dnia na tytuł piłkarza meczu. W 24. minucie kapitalną okazję stworzył sobie Caye Quintana, ale piłka zatrzymała się na spojeniu słupka z poprzeczką i do końca pierwszej połowy obraz gry pozostał bez zmian. Śląsk naciskał, czego dowodem było bezproblemowe przedostawanie na połowę przeciwnika, ale największą bolączką ekipy Jacka Magiery w tamtym meczu była skuteczność.
Drugie 45 minut rozpoczęło się dla trójkolorowych od kolejnego ciosu, gdy bezpośrednią czerwoną kartkę po faulu na Erneście Terpiłowskim zobaczył Caye Quintana. Sędzia Piotr Urban początkowo ukarał Hiszpana żółtym kartonikiem, jednak po analizie VAR zmienił decyzję i wyrzucił napastnika WKS-u z boiska. Mimo tego Śląsk nie odpuszczał, a co ciekawe nawet w dziesiątkę był stroną przeważającą. Praktycznie nie było widać, że gra w osłabieniu, choć z upływem kolejnych minut Wojskowym jednak zaczynało brakować sił. W 83. minucie rezerwowy Łyszczarz posłał kapitalną piłkę wzdłuż bramki, ale dopadający do niej Exposito spudłował z metra! Była to najlepsza okazja do wyrównania i przedłużenia nadziei Śląska na awans do kolejnej rundy. Skończyło się jak zawsze w ostatnich latach, czyli porażką i pożegnaniem z Pucharu Polski już w pierwszym meczu. Co ciekawe, Śląsk podchodził do tego spotkania jako ostatnia drużyna bez porażki w lidze, a poza Bruk-Betem już każdy w ekstraklasie miał na koncie przynajmniej jedno zwycięstwo.
- Nie powiem, że jestem zadowolony po tym spotkaniu, ale mimo porażki w tym meczu było wiele rzeczy, które można pokazać piłkarzom, by się rozwijali. Do każdego spotkania jesteśmy przygotowani – dziś przeciwnik niczym nas nie zaskoczył. Wszystko, o czym mówiliśmy na odprawach, miało swoje potwierdzenie w meczu -
- stwierdził na pomeczowej konferencji Jacek Magiera.
Po piątkowym losowaniu 1/32 finału Pucharu Polski wiemy już, że pierwszym tegorocznym rywalem Śląska będzie czwartoligowiec – Ruch Wysokie Mazowieckie. Mecze odbędą się w dniach 30 sierpnia - 1 września.