Drwęca, drwiąca - do końca !!!
Śląsk Wrocław - Drwęca N. M. L. 0:3 (0:1)

Mecz Śląska z Drwęcą (zwaną czasem Finishparkietem) był kolejnym spotkaniem, którego nie mogli zobaczyć kibice. Na Stadionie Olimpijskim pojawiła się tylko grupka działaczy, dziennikarzy i VIP-ów. Może to i lepiej, bowiem po tak kompromitującym wyniku kibice mieliby pełne prawo do żądania zwrotu pieniędzy za bilety. Porażka WKS-u była w pełni zasłużona, jednak nie można zarzucić wrocławianom, że przegrali bez walki. Tego dnia szczęście sprzyjało rywalom, a zawodnikom Śląska niezwykle brakowało spokoju i precyzji. Co z tego, że potrafili stworzyć sobie kilka razy więcej okazji podbramkowych, niż w meczu z Lechią, gdy nie zostały one zamienione na bramki. Zawody Grand Prix na żużlu uniemożliwiały rozegranie tego meczu w pierwotnym terminie, zatem obie jedenastki zostały zmuszone do wybiegnięcia na murawę Stadionu Olimpijskiego w środę. Trener Tarasiewicz zdecydował się na dwie zmiany w wyjściowym składzie w porównaniu do meczu w Chorzowie. Co zastanawiające na ławce usiedli Egharevba i Rosiński, których można śmiało nazwać ojcami zwycięstwa z Ruchem. Być może szkoleniowcy zdecydowali, że będą bardziej pożyteczni, gdy pojawią się na placu gry, gdy rywale będą już zmęczeni. Jednak nikt chyba nie dopuszczał do siebie myśli, że gdy pojawią się na murawie WKS będzie przegrywać 0:1. Szczególnie, że Śląsk rozpoczął to spotkanie dobrze. Zgodnie z przewidywaniami ostania drużyna w tabeli przyjechała do Wrocławia z założeniem skupiania się na defensywie i szukania szans w kontratakach. Podopieczni trenera Tarasiewicza narzucili rywalom swój styl gry i coraz śmielej atakowali. Jednak już w 17 minucie gospodarze dostali pierwsze poważne ostrzeżenie. Misiura przejął piłkę po prostopadłym podaniu od Filipka i skierował ją do bramki obok bezradnego Janukiewicza, jednak na szczęście dla gospodarzy arbiter sygnalizował pozycję spaloną. Wrocławianie próbowali przebić się przez defensywny rygiel Drwęcy, ale nawet gdy się to udało, to piłkarzom Śląska brakowało zimnej krwi pod bramką. Widząc, że zespołowi Śląska brakuje pomysłu na rozmontowanie obrony rywali trener Tarasiewicz kazał rozgrzewać się Rosińskiemu. Dramat WKS-u rozpoczął się w 33 minucie. Rajd Domżalskiego kilka metrów przed polem karnym przerwał faulem Ignasiak. Piłka po strzale otarła się o mur i szybowała w stronę bramki. Janukiewicz nie zdecydował się na łapanie futbolówki, lecz wypiąstkował ją przed siebie. Tam czekał już Misiura i silnym strzałem posłał piłkę do siatki. Podrażnieni takim obrotem sprawy wrocławianie ruszyli do odrabiania strat. Do końca pierwszej połowy zawodnicy Śląska wypracowali sobie cztery dobre sytuacje do wyrównania, jednak tego dnia oddanie celnego i silnego strzału było dla wrocławian sztuką trudną. Najbliższy szczęścia był Sztylka gdy w 40 minucie po jego uderzeniu głową piłka trafiła w poprzeczkę. Dramatu Śląska akt drugi rozegrał się tuż przed przerwą. W 44 minucie w środkowej części boiska Filipek bezpardonowo zaatakował Szewczyka, gracz WKS-u z grymasem bólu zwijał się na murawie, a arbiter ukarał brutalnego zawodnika Drwęcy żółtą kartką. W pierwszych chwilach wydawało się, że uraz pomocnika Śląska nie będzie groźny, jednak gdy na płycie boiska pojawiły się nosze zaczęło robić się groźnie. O tym, że piłkarzowi stało się coś poważnego wszyscy byli już przekonani, gdy arbiter po bliższym przyjrzeniu się stanowi Szewczyka zmienił swoją decyzję i ukarał Filipka nie żółtą, a czerwoną kartką. Gracz WKS-u został zaniesiony do karetki i przewieziony do szpitala, gdzie rozpoznano złamanie kości strzałkowej.
Po przerwie na placu gry pojawił się Rosiński i Egharevba, by wzmocnić siłę ofensywną. Wydawało się, że grający w osłabieniu rywale długo nie wytrzymają naporu Śląska. Trener Tarasiewicz instruował sowich podopiecznych: ”Spokojnie, celnie, przygotować akcję”. Jednak zawodnicy nie potrafili wcielić w życie rad trenera. Piłka nie chciała wpaść do bramki strzeżonej przez Astapczika, za to po raz drugi – i nie ostatni - pokonany został Janukiewicz. Po zażegnaniu zagrożenia pod bramką defensorzy WKS-u wybili piłkę zdala od pola karnego, jednak nikt nie spodziewał się, że goście mają w swych szeregach tajną broń – Marcina Wincla. Pomocnik Drwęcy z 30 metrów huknął jak z armaty i Janukiewicz był bez szans na obronę. Uderzenie to śmiało można nazwać strzałem życia gracza z Nowego Miasta Lubawskiego. Mimo, że goście grali w osłabieniu, to prowadzili dwoma bramkami i widząc, że mają ogromne szanse na pierwsze w tym sezonie wyjazdowe zwycięstwo, wykrzesali z siebie maksimum sił, by utrzymać ten korzystny rezultat do końcowego gwizdka. Trener Tarasiewicz postawił wszystko na jedną kartę i na plac gry posłał kolejnego gracza ofensywnego – Kaźmierczaka. Tym samym wrocławianie przeszli na ustawienie 1-3-4-3. Jednak jak mówi przysłowie - z pustego i Salomon nie naleje. Na boisku może przebywać i 10 napastników, a jeśli nie otrzymają dobrego podania, to bramki same się nie strzelą. Z każdą minutą wrocławianie grali coraz bardziej nerwowo. Śląsk nie miał pomysłu na zbudowanie ataku pozycyjnego. Czasem na obszarze 30 metrów od bramki Astapczika przebywało 20 zawodników i w takim tłoku wrocławianom było trudno skonstruować składną akcję. W końcówce drogę do siatki znalazł Budka, niestety skierował piłkę do bramki strzeżonej przez Janukiewicza. Skrzydłowy WKS-u nie miał dobrego dnia, bliski zdobycia gola, także samobójczego, był już w 64 minucie, gdy podobnie jak w końcówce, chciał wybić futbolówkę na rzut rożny.
Po końcowym gwizdku zespól Drwęcy odtańczył taniec zwycięzców, a wrocławianie ze spuszczonymi głowami opuszczali murawę. Z twarzy piłkarzy można było odczytać wiele emocji – szok, zdziwienie, złość... Jednak tego dnia widać szczęście nie sprzyjało Śląskowi. Z przegraną już przy stanie 0:2 pogodził się chyba trener Tarasiewicz, który po stracie gola przestał już gestykulować, krzyczeć i motywować zawodników. Szkoleniowiec z kwaśną minął stał oparty o boks i bez emocji wpatrywał się w murawę.
Kubeł zimnej wody na rozpalone głowy tych wszystkich, którzy widzieli już Śląsk w ekstraklasie z pewnością się przyda. Teraz czas na wyciągnięcie z tej porażki wniosków. A czasu jest niewiele, bowiem już w niedzielę wrocławian czeka ciężki mecz w Czermnie. Jeśli zespół WKS-u chce utrzymać kontakt z czołówką nie może pozwolić sobie na stratę kolejnych punktów. Potem zespół będzie mieć 10 dni przerwy do spotkania w Radomiu. Na pewno w obu tych meczach, i we wszystkich pozostałych do końca tego sezonu, na murawie nie pojawi się Krzysztof Szewczyk, który przechodzić będzie rehabilitację po złamaniu. Być może zdolny do gry będzie Artur Bugaj, który zmaga się z urazem mięśnia. Czy zawodnicy sprawią Trenerowi Tarasiewiczowi spóźniony prezent (urodziny 27 kwietnia) i wygrają z Heko przekonamy się w niedzielę.
Śląsk Wrocław - Drwęca Nowe Miasto Lubawskie 0:3 (0:1)
0:1 35' - Misiura
0:2 62' - Wincel
0:3 90' - Budka (samobójcza)
Śląsk: Janukiewicz - Celeban, Naskręt, Ignasiak
(61' Kaźmierczak), Sztylka - Budka
, Dudek, Szewczyk (46' Rosiński), Ostrowski (46' Egharevba) - Kowal, Ulatowski.
Drwęca: Astapczik - Wróbel, Święcki, Zakierski, Kowalski, Sawala
, Wincel, Filipek
, Domżalski
, Hebda
(63' Łazar), Misiura (71' Fedoruk - 87' Pietrasik).
Sędziował: Tomasz Witkowski (Warszawa)
Widzów: Mecz bez udziału publiczności.
źródło: własne
