Dudek o stylu Lenczyka: Sami byliśmy zdziwieni, że można tak zdobywać punkty (WYWIAD cz.1)

Dudek o stylu Lenczyka: Sami byliśmy zdziwieni, że można tak zdobywać punkty (WYWIAD cz.1)

fot.: Adam Szyszka

Przez prawie 7 lat swojej kariery dumnie ubierał zielono-biało-czerwoną koszulkę – reprezentował barwy Śląska od II ligi, a w 2012 zdobył upragnione mistrzostwo Polski.  – Jeden za drugiego oddałby życie – to tak naprawdę nakręcało ten zespół – uważa Sebastian Dudek.  Zapraszamy do pierwszej części wywiadu z byłym zawodnikiem Śląska, przez wielu określanym „bohaterem z Dundee”. Druga część rozmowy znajduje się TUTAJ.



 

Wielu kibiców ma pewnie wrażenie, że odwiesiłeś już buty na kołku. To chyba nie jest jednak do końca prawdą?

Mieszkam na co dzień z rodziną w Sosnowcu. Butów na kołek nie odwiesiłem – gram w „okręgówce”. Chcę się ciągle ruszać, czerpię z tego przyjemność, więc czemu miałbym przestać to robić? Wiadomo, sportowiec musi się ruszać, coś robić, bo organizm jest do tego przyzwyczajony i nie wolno nagle przestać, to mogłoby być szkodliwe dla zdrowia. Dopóki ta piłka będzie sprawiała mi przyjemność, to będę grał – nieważne czy będę miał 40 czy 50 lat.  Jeżeli będę dawał radę pod kątem zdrowotnym i nie odstawał od młodych zawodników, to z miłą chęcią jeszcze pogram. Generalnie zajmuję się swoją akademią w Żarach, którą stworzyłem w 2011 roku. Teraz akurat wracam z Żar. Byłem tam 1,5 tygodnia przez tę sytuację z koronawirusem. Pomagałem tacie, bo to on na codzień zajmuje się organizacją treningów. Teraz te grupy są mniejsze. Dzieciaki mają zdalne nauczanie, więc mogłem wziąć rodzinę i przyjechać. Poza tym nie mam jakiejś stałej pracy, pomagam również zawodnikom w znalezieniu klubów, w ułożeniu swojej przyszłości. Staram się działać przy piłce nożnej, bo jednak jeśli żyło się w tym od małego, to trudno teraz zmienić ten kierunek. Jeżeli w tym się wychowałem, żyłem, to staram się w tym być cały czas.

Jak smakuje gra w lidze okręgowej? Nie masz ambicji na grę ligę, dwie wyżej?

Od jakichś trzech lat nie trenuję już codziennie, dlatego mogłoby być trudno myśleć o poważnej lidze. Praktycznie przestałem grać przez tę sytuację z Zagłębiem Sosnowiec – gdyby nie to, myślę, że na spokojnie dałbym sobie radę gdzieś indziej. Człowiek im jest starszy, tym ma większą świadomość tego, że to mogą być ostatnie dni, bardziej dba o siebie, stara się więcej pracować nad sobą, bo wie, że te chwile się kończą. Szkoda, że tak się skończyło, ale takie jest życie – nie zawsze wszystko się układa po naszej myśli. Ta gra sprawia mi przyjemność i nie patrzę, jaka to liga. Skupiam się na tym, jaki to zespół. Gram z kolegami, którzy również grali w najwyższych klasach rozgrywkowych, więc wiem, że ten zespół ma potencjał, a nie żeby piłka latała cały czas chaotycznie w powietrzu i nie mieć z nią żadnego kontaktu. Wolałbym wtedy już iść do lasu i sobie pobiegać, niż grać w takim zespole.

Zanim trafiłeś do Wrocławia, grałeś przeciwko Śląskowi w III lidze – czułeś już wtedy jakieś zainteresowanie ze strony klubu?

Trenerzy Wojciech Drożdż i Grzegorz Kowalski znali się i trener rzucił coś na mój temat. Później przyszedł Ryszard Tarasiewicz, który zastąpił trenera Kowalskiego. Miałem wtedy dobrą rundę, strzeliłem sporo bramek. Tak naprawdę, był to ostatni gwizdek, żeby gdzieś odejść.  Pamiętam, graliśmy mecz przeciwko Motobi Bystrzyca Kąty Wrocławskie.  Trener Tarasiewicz również był na tym meczu, oglądał mnie i jakoś tak się ułożyło, że trafiłem do Śląska. Po drodze był Górnik Polkowice. Interesowali się mną już około trzy lata wcześniej.  Nie ułożyło się jednak tak, żebym tam trafił. Właściwie jak wracałem już wtedy z Wrocławia, to zadzwonili do mnie włodarze Polkowic i chcieli, żebym porozmawiał z nimi na ten temat. Nie był to dla mnie problem podjechać, choć i tak byłem już nastawiony na to, że niebawem będę grał w Śląsku.  Próbowali mnie przekonać pod kątem finansowym, mówili jaką mają wizje klubu, ale jednak zdecydowałem się na Śląsk, bo bardziej podobało mi się miasto i ich wizja na przyszłość.

Kiedy trafiłeś do Śląska, ten był świeżo upieczonym II-ligowcem. Czym cię skusił trener Tarasiewicz? Np. Piotrowi Celebanowi powiedział, że buduje ekipę na mistrza, tak samo mówił tobie?

Z samym trenerem nie rozmawiałem tuż przed transferem. Rozmawiałem z kierownikiem, Zbyszkiem Słobodzianem, który zadzwonił do mnie pod koniec sezonu i powiedział, że jest takie zainteresowanie moją osobą. Z trenerem widziałem się jedynie na tamtym meczu. Nie pamiętam nawet, czy wtedy rozmawialiśmy – na pewno się przywitaliśmy. Kierownik mówił, że trener bardzo chciałby mnie w swoim zespole, który będzie walczył o awans z III ligi. Tak naprawdę kwestia była tylko taka, aby Śląsk przypieczętował ten awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Gdy już przyjechałem do klubu, zobaczyłem, jak trener prowadzi treningi, sama jego osoba, jego autorytet zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Z perspektywy tych lat, naprawdę nie żałuję, że trafiłem do Wrocławia.

Jak wyglądała wtedy organizacja w klubie?

W tym czasie, gdy ja przychodziłem, właścicielem był Edward Ptak – bardzo specyficzna postać. Ten klub może nie odradzał się, ale zaczął już lepiej prosperować finansowo i organizacyjnie, niż w tej III lidze, gdzie chłopaki, czy maser, Jarosław Szandrocho zaczęli mi opowiadać jak było wcześniej – pieniędzy praktycznie w ogóle nie było. Trzeba było jeździć, prosić się. Pan Edek starał się płacić te pieniądze na czas, premie też były wypłacane praktycznie od razu po meczach. W moim pierwszym roku nie dało się odczuć, że było cokolwiek nie tak. Organizacyjnie klub próbował wyjść na prostą, ale finansowo było stabilnie. Może wypłaty nie były tak duże, jak w innych klubach, ale były płacone na czas i z tym problemów nie było.

Czy w najśmielszych marzeniach potrafiłbyś, wtedy powiedzieć, że za kilka lat będziesz ze Śląskiem mistrzem i napiszesz ciekawą kartę w historii europejskich pucharów?

Powiem szczerze – czasami się mówi, że w dzieciństwie człowiek marzył, żeby grać w najwyższej klasie rozgrywkowej, kadrze Polski, czy gdzieś na zachodzie. Ja takich marzeń nie miałem. Chciałem grać po prostu w piłkę, bo to kochałem. Tak naprawdę, przychodząc do Śląska nie myślałem, co będzie, myślałem tylko, że robię krok do przodu i będę się starał grać na wyższym poziomie, przy większych trybunach. Nie myślałem, że trafimy do Ekstraklasy za jakiś czas. Chciałem się cieszyć chwilą, bo trafiłem do fajnego klubu z historią, do ładnego miasta, poznałem ciekawych ludzi, z którymi utrzymuję kontakty do dziś. Bardziej patrzyłem na to przez pryzmat tego, że może się uda, to już jest II liga. Wtedy nawet chyba nie wyobrażałem sobie tego awansu do Ekstraklasy, chciałem po prostu żyć sobie z tygodnia na tydzień. Nigdy nie pomyślałbym wówczas: „Tak jestem tutaj, żeby zdobyć mistrzostwo Polski, żeby zagrać w pucharach, wygrać Puchar Ekstraklasy”.  To się zdarzyło po drodze i teraz można usiąść na spokojnie i się tylko z tego cieszyć.

Droga do mistrzostwa różami usłana nie była. Ta drużyna rodziła się w bólach? Również zarzucano Wam, że to nie był zespół na mistrzostwo Polski.

Teraz najczęściej o mistrza bije się Legia, wtedy Lech i może jeszcze jeden zespół – tak jak teraz np. Piast Gliwice. Zespół buduje się z zawodników i ten zespół powstaje, jak panuje świetna atmosfera i piłkarze się szanują, bo wiadomo, gra tylko jedenastu, a kadra liczy czasem dwudziestu czterech zawodników.  My pod tym kątem mieliśmy bardzo fajną ekipę. Może nie było jakiejś wielkiej chemii z trenerami w tym momencie, bo były różne sytuacje, ale my w środku jako zespół staraliśmy się rywalizować, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wiedzieliśmy, że nie my wystawiamy siebie na boisko, tylko trener – jaką nie podejmie decyzję, to się na siebie nie obrażamy. Stworzyła się fajna ekipa, poprzez maserów: Jarka Szandrochę, wtedy był też Dawid Gołąbek, który stwarzał też dobrą atmosferę. Zawodnicy przebywali ze sobą i się nie męczyli. Jeden za drugiego oddałby życie – to tak naprawdę nakręcało tak ten zespół. Potrafiliśmy razem wychodzić z rodzinami, ta atmosfera w zespole była bardzo dobra i ona poniekąd przyczyniła się do tego, że potrafiliśmy się podnosić w tych trudnych momentach. Zespoły z góry tabeli potrafiły wygrać, przegrać, potrafiły tracić punkty – my tych punktów straciliśmy najmniej. Ten zespół budował się w bólach, ale pozytywnych bólach. Mieliśmy różnorodne sytuacje z kibicami, wiele spotkań, ale sumując to wszystko, to sprawiło to, że ten wynik finalnie osiągnęliśmy. Akurat zebrała się taka grupa ludzi, gdzie ten zespół budował trener Tarasiewicz, większość chłopaków przychodziła za jego czasów. Ten zespół cechowało to, że jeden chciał pomagać drugiemu i nie był obrażony, czy zawistny o to, że nie gra, bo wiedział, że w pewnym momencie też dostanie szansę i będzie musiał pomóc drużynie. Można powiedzieć, że były dwie jedenastki, które mogły wyjść na boisko.

Uważasz, że to była największa siła waszej drużyny? Wasz sposób na sukces z tamtego roku?

Tak. Tak uważam. To nas cały czas, ciągle motywowało, nakręcało. Wiedzieliśmy, że jak będzie grała ta osoba czy tamta, to i tak da dużo zespołowi. Graliśmy fajne mecze i to powodowało, że w kolejnych byliśmy pewni siebie – a wiadomo, jak pewność siebie wpływa na zawodnika. Jeśli ta głowa pracuje dobrze, to łatwiej jest osiągać wyniki, niż gdy są porażki lub słabsze mecze.

Piotr Celeban powiedział, że 80% mistrzostwa to zasługa trenera Tarasiewicza – jaka jest twoja opinia?

Jak trener przyszedł do Śląska drugi raz, to budował ten zespół, dodając jakieś cegiełki. Nie brał dziesięciu chłopaków na raz, ale kupował jednego, dwóch, ale z wielkim potencjałem, osoby pasujące mentalnie do drużyny, które nie będą psuły atmosfery, a jeszcze ją dodatkowo budowały. To był ogromny plus, bo ta część zawodników, która przyszła, to była budowana przez trenera Tarasiewicza. Wiadomo, był moment, gdzie zespół grał ładnie, ale tych wyników nie było.  Przez to tak naprawdę trener stracił posadę. Później wszedł nowy sztab, ze swoją wizją. Nie było pięknej gry, ale były punkty. Sami byliśmy zdziwieni, że można tak zdobywać te punkty, gdzie ta gra nieraz w ogóle nas nie cieszyła. To było całkiem inne podejście do futbolu. W zespole byli zawodnicy, którzy mieli ogromny potencjał, potrafili wygrywać pojedynki jeden na jeden, nie bali się podań otwierających, gdzie były sytuacje, że mogli te piłki tracić, ale grali je.  Ten zespół miał ogromny potencjał techniczny. Ta sytuacja między trenerem a nami też powodowała, że bardziej się motywowaliśmy. Wiadomo, trener Orest Lenczyk nie był osobą, która żyła z zawodnikami w jakiś szczególny sposób, więc my mogliśmy pokazać tylko na boisku to, co potrafimy.

 

Nie kryłeś się z opinią, że trener Tarasiewicz był twoim największym mentorem we Wrocławiu. Ludzie, którzy nie zagłębiają się tak bardzo w szatnię mogą zadawać sobie pytania, dlaczego właśnie Ryszard Tarasiewicz? Czym sobie zasłużył? Jak wspominasz trenera?

Podobało mi się, że trener dużo podpowiadał. Była to osoba, która dużo osiągnęła w piłce i takiej osoby można długo słuchać. Uczył mnie ułożenia stopy, przeniesienia ciężaru gry, zmiany strony, przyjęcia, uderzeń ze stałych fragmentów gry – naprawdę to było dobre. Nieraz zawodnik miał to do siebie, że wolał się wtedy schować, nie chciał grać w piłkę, bał się że straci, coś zepsuje. Człowiek miał słabszy dzień, a trener to widział i nie mówił tego prasie, innym ludziom, tylko w rozmowie z zawodnikiem. Wtedy wiedziało się, że trzeba więcej pracować. Wiadomo, były lepsze i gorsze mecze. Człowiek wiedział, że nawet jak jest trudny moment, to nie może tak robić i wiele się również przy tym nauczyłem. Podobało mi się jego podejście, świadomość tego, jak mamy grać. Zawsze starał się być za zawodnikami. Jak grunt gdzieś nam się palił, to on zawsze był za nami, a to jest rzadko spotykane – tym bardziej ze strony trenerów. Najczęściej spotykane jest właśnie zrzucanie winy na zawodników, na to, jak się prowadzą, co robią. Tutaj nie było takich rzeczy. Gdy miał coś do zawodników, to mówił to wprost, ale w szatni i w drużynie, a nie latał do prasy, żeby się wybielać. To mi się bardzo podobało, bo też jestem takim człowiekiem – mogę mówić komuś coś w twarz, ale nie będę mówił tego za plecami, bo mija się to z celem.

We Wrocławiu było oczywiście kilku innych trenerów za czasów twojej gry w klubie. Podam ci pozostałych czterech i chciałbym, żebyś po kolei opisał współpracę z nimi – ich mocniejsze, słabsze strony.

1. Lubos Kubik

To też jest były zawodnik, miał bardzo dobre podejście. Pozytywny człowiek. Starał się, żebyśmy my też grali w piłkę, czerpiąc z tego przyjemność. Było wówczas dużo zamieszania, byliśmy po świetnym sezonie, gdzie nagle odchodzi trener Tarasiewicz, bo wyszły jakieś niedomówienia z włodarzami klubu. Bardzo trudno było nam się przestawić, bo zżyliśmy się z trenerem, większość chłopaków była z czasów III ligi, z nim robiła awans. Później był ten fajny sezon, było czwarte miejsce, a trzecie dawało już baraż. Potem przyszedł trener Lubos. Staraliśmy się grać, jednak nasze wyniki nie były zbyt piękne i obiecujące. Szkoda mi tego człowieka, bo był osobą naprawdę otwartą, uśmiechniętą, pozytywną, ale wiadomo jak jest w sporcie – jak nie ma wyników, to często przygoda z klubem się kończy.

2. Jan Żurek

Byłem kiedyś na treningu testowym w GKS-ie, wypadłem dobrze i trener już wtedy chciał mnie tam pozyskać, ale były potem jakieś rozbieżności między klubami. Następnie byłem również za trenera w Bielsku, też na kilku treningach, trener znowu mnie chciał pozyskać, ale wiadomo – wtedy Żary chciały za mnie dosyć duże pieniążki, więc był problem. Trafiłem w końcu na trenera w Śląsku. Była to barwna postać pod kątem podejścia. Był taki krzykliwy, żywy, miał swoją wizję. Od każdego trenera można wyciągnąć wiele rzeczy pozytywnych i dobrać do siebie. Ja - jeśli miałbym dobierać, to dobrałbym dla siebie parę rzeczy. Ale znów, te wyniki nie były takie, jak byśmy chcieli. Nie wiem, czy my byliśmy wtedy w słabszej formie, czy nie byliśmy do siebie przekonani? Nie wiem co było powodem. Zajmowaliśmy miejsce w środku tabeli i tak się sezon skończył.

3. Paweł Barylski  - był również Waszym pierwszym trenerem przez parę dni, ale chciałbym zapytać o niego ze względu na funkcję wieloletniego asystenta w Śląsku.

Z trenerem znam się bardzo dobrze. To jest osoba, która poświęcała dużo swojego wolnego czasu, mogła siedzieć długo w klubie. Jakbym poprosił go, czy mógłby pójść ze mną zrobić trening, to to robił. On żył tym wszystkim, był bardzo dobrze przygotowany. Jest to bardzo pozytywna postać w klubie.  Ja leczyłem kontuzję, gdy trener Barylski przejął ster, więc nie wiedziałem jak trenował, ale myślę, że bardzo podobnie, jak trener Tarasiewicz. Oni również dużo czasu spędzali razem, trener łapał to doświadczenie, uczył się tego fachu z boku.

4. Orest Lenczyk

Trener był bardzo specyficzną osobą. Nieraz nikt nie rozumiał, co on chciał do nas powiedzieć, nam przekazać, bo zawsze to tak owijał, że trzeba było potem długo nad tym myśleć. Wyniki osiągane za trenera Lenczyka były naprawdę efektowne, bo było i trzecie miejsce, i drugie, i mistrzostwo, więc można było powiedzieć, że wszystko jest okej. Jednak relacje w szatni takie już nie były. Może to miało wpływ na to, że  potrafiliśmy osiągać wyniki, bo chcieliśmy pokazywać ciągle na boisku, że nam się należy pierwsze miejsce, że my powinniśmy grać, ale niektóre sytuacje nie były przyjemne - ale do tego nie będę już wracał. Wiele rzeczy człowiek się dowiedział od innych, nie od trenera, więc uważam, że niektóre sytuacje niefajnie się potoczyły. Jednak jakby nie patrzeć, to sukcesy były za trenera Lenczyka.

Były dwie grupy - piłkarze raczej kochali lub nienawidzili trenera Lenczyka. Jak ty do tego podchodziłeś?

Czy były dwie grupy? Nie wiem. Zawsze są zawodnicy, którzy potrafią się odezwać, wyrazić swoją opinię. Są również tacy, którzy są uczeni, że są różni trenerzy i to oni są bossami w szatni i nie będą się w to wtrącali, bo mają robić swoje. Nie przypominam sobie, żeby były dwa obozy. Wiadomo, ci co grają, nie będą mieli pretensji do trenera, tak było zawsze. Jeśli zawodnicy grali mniej, to oni powiedzą, że trener był taki i taki. Jak mówię, dużo było sytuacji, które nie powinny mieć po prostu miejsca. To wszystko ratował fakt, że my jako zespół, potrafiliśmy się trzymać razem.

Jakie były najdziwniejsze metody, które stosował trener Lenczyk?

Trener bardziej pracował w salach, na materacach, była gra na 3 bramki – z jednej strony 3, z drugiej też 3.  Rzucił nam dwie piłki, z czego jedna była bez powietrza, przez co był taki trochę chaos.  Mieliśmy fragment gry, gdzie bramkarze stali za jakimiś reklamami, mieli wybiegać zza nich i wybijać piłkę słabszą nogą, gdzie wiadomo, że to nie zawsze wyjdzie – potrafił przez to nie wziąć chłopaka do kadry. To były dziwne metody, ale każdy ma swoje. Ja osobiście wiele wtedy straciłem pod kątem wydolności. Gdy odszedłem ze Śląska do Widzewa, to miałem robione badania. Poprosiłem, żeby przesłano mi również te wcześniejsze. Po porównaniu okazało się, że miałem o prawie 60% gorszą wydolność, bo u trenera mało się biegało. Oczywiście, biegało się na meczach, sparingach, ale nie grało się również w każdym meczu – tym bardziej, że trener uważał, że jak się zagrało super mecz, to drugiego takiego się już nie zagra. To był dopiero paradoks!  No, ale, taką wizję miał i w większej części zawodnicy byli rotowani, więc ta wydolność nie była taka, jaka miała być.

Trener Lenczyk to barwna postać, na pewno pamiętasz też różne ciekawe rozmowy z trenerem?

Była taka sytuacja, że lecąc samolotem na obóz, wyszło tak, że siedzieliśmy obok siebie. Trener zaczął pytać skąd jestem. Odpowiedziałem, że z Żar. Nie wiem, czy była to jego już słynna historia, czy nie, ale pytał też się Marka Gancarczyka. Mówił, że tam drzewa rosły tu i tam. Ja nie wiedziałem czy mówił prawdę czy żartował. To było dziwne, bo człowiek nie wiedział, czy rozmawia na poważnie, czy był to tylko jakiś żart, żeby rozluźnić atmosferę. I myślałem cały czas, czy to jest takie sprawdzanie człowieka, czy nie. Potrafił nieraz wziąć zawodników ze środka pola i pytać się, czy ja powinienem grać, czy ktoś inny. To było dziwne – wiadomo, że każdy chce grać. Tak było przed pucharami, pierwszym meczem.  Mieliśmy spotkanie trzech, może czterech zawodników i padły dokładnie pytania, czy ja powinienem grać, czy ten powinien grać, itd. Sami mieliśmy to określić, a wiadomo, że każdy chce grać. Nie ma zawodnika, który by nie chciał – dodatkowo, w takich ważnych meczach. Dziwne było dla nas to, żeby powiedzieć, że ja powinienem grać, a ten chłopak nie, bo nie ma tego i tamtego.

Czujesz po latach, że sztab z trenerem Lenczykiem na czele zrobił błąd, nie przedłużając z tobą kontraktu po sezonie mistrzowskim? Ty podobno chciałeś zostać w klubie. Co więc usłyszałeś? Czemu nie chciano, żebyś został?

Wiele rzeczy wydarzyło się wtedy w tym temacie. Po pierwsze, jeśli klub chciałby przedłużyć ze mną kontrakt, to powinien ze mną podjąć rozmowy wcześniej. Bo grałem we Wrocławiu bardzo długo. Jeśli chcieliby mnie zatrzymać, to rozmawialiby ze mną. Tak się nie stało. Nie wiem, czy to trener Lenczyk, czy prezes tak zadecydowali, bo z nikim na ten temat nie rozmawiałem. Wcześniej kierownik, Zbigniew Słobodzian mówił, że klub chce ze mną przedłużyć, ale żadnych konkretów nie było. Nie wiem, czy trener Lenczyk tak w tym klubie funkcjonował, że on decydował o wszystkim i dlatego włodarze ze mną nie rozmawiali. Nikogo nie zamierzam na pewno o to pytać. Stało się, jak się stało i szkoda, bo zawsze byłem i będę przywiązany do Wrocławia. Tak naprawdę, trochę źle zniosłem to, że muszę zmienić otoczenie. Praktycznie 7 lat spędziłem w Śląsku, to jest bardzo wiele lat jak na piłkarza. Zaraz już nie było trenera Lenczyka, ale podejrzewam, że gdybym ten kontrakt przedłużył, to zostałbym do końca w klubie, bo jestem osobą, która nie lubi zmieniać otoczenia. Z  początku nie potrafiłem się w tym odnaleźć, ale potem uznałem, że: „Co zrobisz? Takie jest życie, trzeba być mężczyzną i dać sobie radę”. Wiele sytuacji pod koniec sezonu się wydarzyło, więc może przez to trener postanowił nie mieć już takiego zawodnika w swoim zespole, bo wiadomo jak to jest.

Nie bałeś się tej konkurencji? Elsner, Stevanović, Kaźmierczak. Ty dodatkowo chyba nie byłeś faworytem do gry według trenera Lenczyka?

Podejrzewam, że nie byłem. Kiedy odszedł trener Tarasiewicz, a przyszedł Lenczyk, ja wracałem po kontuzji, miałem jeszcze zabiegi. Trener chwilkę ze mną coś zagadał, nawet nie pamiętam o co. Cały czas był problem, miałem nogę w gipsie po kolano, potem w nim zrobiły mi się zwapnienia w kolanie, miałem przez to również problemy z utrzymaniem równowagi. Pojechałem na jeden obóz z zespołem, na drugi i też źle się wtedy czułem. Wiedziałem, że na grę nie było wtedy szans, więc chciałem wrócić po prostu w stu procentach do zdrowia. Przez resztę sezonu walczyłem sam ze sobą, treningi i treningi, bez gry. Dostawałem te minuty, ale było ich bardzo mało. Później był okres przygotowawczy. Postanowiłem go bardziej intensywnie przepracować, bo wiedziałem również, że nie jestem ulubieńcem trenera. Musiałem być w o wiele lepszej formie niż inni zawodnicy. Nie zwracałem uwagi na to, co mówią. Zacisnąłem zęby i skupiłem się na pokazaniu swojej pracy na boisku. Tak też się stało. Wywalczyłem sobie miejsce w składzie i czerpałem z tego przyjemność. Czy bałem się rywalizacji? Ona cały czas była. Grał Przemek Kaźmierczak, Rok Elsner, Dalibor Stevanović, ale ja też potrafiłem się pokazać i zagrać te mecze nawet, gdy nie byłem ulubieńcem trenera. Nie bałem się tego, bo wiedziałem, że potrafię grać w piłkę i w takich trudnych momentach udowodnić, że zespół zawsze może na mnie liczyć i zawsze byłem do dyspozycji trenera. Nie było nigdy takiego myślenia, że może odejdę, bo jest taki zawodnik w zespole. Dla mnie to nie było ważne, ja traktowałem ich jako kolegów i wiedziałem, że może grać dwóch, może trzech w środku pola, ale tego się nie bałem, bo wiedziałem, że jeśli będę ciężko pracował, to będę grał. Nawet jeśli trener mnie nie lubił, to wymuszę na nim poprzez treningi, sparingi, że nie będzie miał wyjścia i będzie musiał na mnie postawić.

Koniec części 1! Część 2 – już w środę o 16:00.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.