Dudek: Żyliśmy wtedy jak rodzina (WYWIAD cz.2)
fot.: Adam Szyszka
Zapraszamy do lektury drugiej części wywiadu z Sebastianem Dudkiem, w której były piłkarz Śląska wspomina lata spędzone w klubie – w tym współpracę z trenerem Ryszardem Tarasiewiczem, relacje panujące w szatni, na boisku i poza nim. Nie mogło również zabraknąć wątku Dundee. TUTAJ znajduje się pierwsza część wywiadu.
Przez kilka ostatnich lat Śląsk grał w grupie spadkowej. Według ciebie brakowało nam właśnie tego team spiritu w szatni, który wy mieliście podczas zdobycia mistrzostwa?
Można wysnuć sobie jakieś wnioski jak to wyglądało – może było za dużo obcokrajowców, ale nie było mnie w tej szatni, więc nie wiem jak oni funkcjonowali. Teraz trudno jest zbudować taki zespół jak kiedyś, gdy zawodnicy żyli ze sobą, bo czasy się zmieniły. Teraz już nie ma takich drużyn, gdzie potrafiliby iść z rodzinami na obiad. Nie mówię, że każdy, bo wiadomo, wszyscy mają jakieś swoje obowiązki, ale chociaż większość, żeby gdzieś wyszła, pogadała, po meczu gdzieś się spotkała. Teraz każdy przychodzi, zrobi swoje na treningu i ucieka w swoje towarzystwo, swój klimat. W Śląsku – wiadomo, że czasy się zmieniały – też był problem finansowy. Kluby nie kupują już zawodników dobrych, którzy potrafili wnieść swoją kreatywność i taki był – podejrzewam – problem. Nie znam tych chłopaków, którzy wówczas grali w klubie, ale to mógł być ten problem, że nie było chemii w zespole. Nie chcę jednak oceniać, bo nie było mnie tam i nie wiem jak szatnia funkcjonowała. Nie wiem też jak działał sztab z drużyną, bo są to takie niuanse, które również wpływają na ogólny wynik.
Jak ocenisz formę i obecny skład Śląska? Uważasz, że to najsilniejszy zespół ostatnich lat? Czy jednak najsilniejszy był ten z Sebastianem Dudkiem na pokładzie.
Pewnie kogo nie zapytałbyś np. 20 lat wcześniej, to powiedziałby ci, że mieli drużynę najlepszą w tym momencie. To jest inny okres, teraz drużyny również inaczej funkcjonują. My również wtedy inaczej graliśmy. Nikt nam tego już nie zabierze, na pewno w tamtym momencie było super. Nie chciałbym porównywać, czy ten Śląsk jest lepszy lub gorszy, bo są to inne czasy. Na pewno ten zespół jest budowany, jest trener, który jest spokojnym człowiekiem, a to też dużo daje. Nie znam trenera Lavicki, ale widzę, jak funkcjonuje z boku, nie jest nerwowy, spokojnie podejmuje decyzje. Również wyniki się fajnie układają. Śląsk bardzo dobrze zaczął, nie przegrywał przez dłuższy czas. To też daje dużo tym młodym zawodnikom, zespół nabiera pewności siebie, z biegiem czasu przychodzi lepsza gra. Myślę, że ten zespół ma szansę powalczyć o coś więcej, jeśli to wszystko wróci i będzie normalnie funkcjonowało.
Duża część kibiców była zachwycona twoją techniką, z podziwem patrzyli na podania, ale niektórych również irytowały te twoje „kółeczka” na boisku. Uważali, że spowalniałeś tylko tym akcje, choć z sytuacji, gdzie byłeś faulowany, padały również potem bramki. Natomiast mnie osobiście ciekawi jak reagowali na to trenerzy? Zwracali ci na to jakoś uwagę?
Ja nie jestem i nigdy nie byłem zawodnikiem dynamicznym. W większości naszych badań, testów to ja i bramkarze byli najsłabsi podczas testów szybkościowych na 5, 10, 15 metrów. Robiłem kółeczka – to prawda, ale jakby nie patrzeć, zwolniłem grę, żeby za chwilę podać w drugie tempo. Na tym polega sport. Trzeba się po prostu umieć odnaleźć w tym, co się posiada. Ja nigdy nie posiadałem dynamiki, więc musiałem posiadać bardzo dobrą technikę, podania, technikę utrzymania się przy piłce, zastawiania. Nie potrafiłem grać jeden na jeden jak skrzydłowy, że wchodzę na pełnej szybkości, robię zwód i idę dalej. Tego nie potrafiłem. Nie wiem dlaczego, czy ktoś mnie tego nigdy nie uczył, czy po prostu nie miałem takich atutów, więc korzystałem z innych. To wszystko zależało od zdrowia i dyspozycji. Ludzi mogło to denerwować, bo jeśli miało się gorszy mecz i zbyt wiele to nie przynosiło korzyści, to nie ma co się dziwić. Jeśli się nie ma formy, to możemy oglądać i Leo Messiego, który kiwa i dziesięć razy pod rząd traci piłkę. Ja bazowałem na technice i na tym, żeby spowolnić akcję w pierwszym tempie, ale zagrać w drugim i obrońcy już stanęli, a nasi zawodnicy biegli dalej. Ci, którzy ze mną grali, wiedzieli, że tak robię i nie zatrzymywali się, wchodzili głębiej na prostopadłe piłki. Ludzie są różni. Jednemu podoba się gra tego zawodnika, innemu innego. Tak samo jest z trenerami – dobierają ich, widząc ich atuty. Więc nie dziwię się, że jednych mogę irytować, a innych cieszyć. A propos trenerów, to nie przypomina mi się, żeby któryś mówił mi, żebym się nie przewracał, nie robił kółek. Trener Barylski kiedyś powiedział do mnie, że mam chyba najlepsze zagranie w drugie tempo w lidze (śmiech). Zacząłem się wtedy śmiać, bo ja się na tym nie skupiałem, po prostu tak funkcjonowałem. Trenerzy nie zwracali na to raczej uwagi. Jeśli grałem gorzej, to nie było gadania, że robiłem coś za wolno – po prostu siadałem na ławce. Wiadomo, nieraz się słyszało z trybun: „Kurcze, ten znów spowalnia akcję”, no ale to jest życie. Jak jest dobrze, to cię klepią, jak jest źle, to już pojawiają się negatywne opinie.
Jak ty w ogóle do tego podchodziłeś? Dostaliśmy pytanie od jednego z czytelników – czy to była kwestia sportowego wyrachowania, sposób na wywalczenie rzutu wolnego? Czy jednak była to konieczność wynikająca z braku możliwości innego zagrania lub po prostu braki fizyczne?
Byłem zmuszony, żeby grać w kontakcie. Wiadomo, raz jest faul, innym razem sędzia nie odgwiżdże. Byłem więc ciągle narażony na te faule, ale one przynosiły efekty. Były wrzutki w pole karne, czy strzały bezpośrednie po tych faulach i ja na tym bazowałem. Dla jednego to nie jest gra, bo to jest padanie, a dla drugiego to jest wykorzystanie słabości rywala. Ważne było poszukanie stałych fragmentów, obrońcy mogli wówczas wejść w pole karne, a tych bramek z fragmentów faktycznie strzelaliśmy dużo. Dla mnie to na pewno był atut.
Gol przeciwko Dundee – to już praktycznie legendarna bramka dla Śląska. Każdy piłkarz chyba marzy, by mieć w swoim dorobku takie wspomnienia.
To było dla nas wielkie wydarzenie, bo praktycznie każdy grał pierwszy raz w Europie. Pierwszy mecz wygraliśmy 1:0, potem polecieliśmy do Szkocji i już tam dało się odczuć tę atmosferę. Lecieliśmy wszyscy: piłkarze, cały sztab, ludzie związani z klubem, kibice, którzy najbardziej pomagali. Sam trening był fajny, bo ciekawy stadion, tam trybuny były również bardzo blisko, te piłki też niżej latały. Zupełnie inna otoczka. Nikt jednak nie spodziewał się, że po pierwszych pięciu minutach będziemy przegrywać 0:2 (śmiech). Strasznie na nas ruszyli, a my nie umieliśmy odpowiedzieć. Ale mecz tak się finalnie ułożył, że było również sporo dramaturgii. Było mnóstwo kibiców z Polski. Dużo Polaków również mieszkało w Szkocji, więc było ich dużo. To było fajne, bo Szkoci dopingowali swoich, a Polacy nas. Fajnie było strzelić bramkę w takim spotkaniu, gdzie takich meczów nie rozgrywa się w karierze tak dużo.
Było świętowanie po meczu?
Wiadomo, ja i Rok Elsner strzeliliśmy bramkę, więc postawiliśmy piwko i posiedzieliśmy trochę przy tym piwku. W tamtych czasach zdarzały się takie sytuacje, ale każdy był świadomy, że później gramy mecz w sobotę. My byliśmy takimi rocznikami, że mimo tego, że siedzieliśmy, to i tak graliśmy na meczach, treningach swoje i nie było żadnych braków. Jeżeli potrafiło się powiedzieć „A”, to trzeba było umieć również powiedzieć „B”. Trzeba było pokazać charakter.
Jakie były twoje najlepsze i najgorsze momenty w piłkarskiej karierze?
Najgorszy był wtedy, gdy wrócił trener Tarasiewicz. Miałem wtedy pełno kontuzji, wróciłem z obozu z Francji, liga szybciej ruszyła. Trener na mnie postawił, choć nie byłem w 100% przygotowany. Przegraliśmy mecz z Podbeskidziem 0:3 i zostałem zdjęty w przerwie. To był trudny dla mnie okres. Nie mogłem się odnaleźć. Czasami wchodziłem z ławki, czasami grałem, gdy ktoś miał kartki, ale to nie było to. Nie wiem, może było to spowodowane tym, że nie przepracowałem okresu przygotowawczego i brakowało mi mocy, pary. Męczyłem się wtedy, dochodziły do mnie głosy, że trener już ze mnie zrezygnował, inni grali, a ja musiałem patrzeć na to z boku, zostało mi ostatnie pół roku kontraktu. Zaczęły się plotki, że ktoś miał przyjść za mnie do klubu. Poszedłem do trenera i spytałem, czy to prawda. Trener to zdementował, kazał ciężko pracować. Tak też zrobiłem. Później był obóz w zimie, ja też dużo chorowałem, ale zacisnąłem zęby i to się opłaciło. Zacząłem błyszczeć w sparingach, strzelać bramki, odzyskiwać na nowo pewność siebie. W pierwszym meczu ligowym wszedłem z ławki, ale już w kolejnych grałem od początku, do praktycznie końca. Ten najgorszy okres stał się najlepszym. Zagrałem super sezon, miałem wiele telefonów, mnóstwo klubów mnie chciało, ale postanowiłem zostać w Śląsku i cieszyć się z tego awansu, wówczas do I ligi.
Z kim ze Śląska najlepiej ci się grało, a z kim nie mogłeś się dogadać?
Nie było osoby z którą nie mógłbym się dogadać. Z czasem człowiek się dostosowuje i po prostu wiele rzeczy akceptuje. Ja również nie jestem człowiekiem, który nie chce się dogadywać. Gdybym miał natomiast wskazać z kim mi się dobrze grało, to musiałbym wymienić bardzo dużo nazwisk. Był Piotrek Ćwielong, Waldek Sobota, Sebek Mila, Przemek Kaźmierczak, Rok Elsner, Darek Sztylka, Krzysiu Wołczek, również Krzysiu Ulatowski wcześniej, Gancarczykowie (przyp. red.: Janusz i Marek Gancarczyk) po bokach. Tylu ludzi się przez lata tam przewinęło… To była naprawdę fajna ekipa i nie miałem z nikim jakiegokolwiek problemu. Wcześniej byli jeszcze Andrzej Ignasiak, Krzysiu Szewczyk – to byli zawodnicy, którzy bardzo dużo zrobili dla Śląska w niższych ligach.
Masz kontakt z kimś ze Śląska?
Do dziś mam kontakt z wieloma zawodnikami. W przeszłości potrafiliśmy po wygranym meczu iść ze swoimi żonami lub dziewczynami do restauracji, więc nabraliśmy super kontaktu. Potrafię dziś przyjechać do Krzysia Ulatowskiego, mieszka tam również Jarek Szandrocho i spędzać tam czas, również Krzysiu Szewczyk czasem również przyjedzie. Jestem chrzestnym dziecka Andrzeja Ignasiaka, mam ciągły konktakt z Krzysiem Wołczkiem, Darkiem Sztylką, Krzyśkiem Ostrowskim. Jest dużo chłopaków z którymi trzymam kontakt – z maserami, trenerami. Żyliśmy wtedy jak rodzina. Dzwonimy do siebie zawsze przed świętami, czasem się gdzieś spotkamy i nikt nie ma pretensji, że nie zadzwoniłeś. Siadamy sobie i wspominamy, rozmawiamy też o teraźniejszości.
Czy jesteś w stanie stworzyć swoją jedenastkę złożoną z najlepszych zawodników z którymi grałeś przez te 7 lat w Śląsku?
Nie chciałbym nikogo pominąć, bo takich zawodników było naprawdę wielu. Ciężko również postawić chłopaka, który przychodził w II lidze, do takiego, który przychodził zza granicy. Na pewno do tej jedenastki załapaliby się Sebastian Mila, Piotrek Ćwielong, Waldemar Sobota, Darek Pietrasiak w obronie – bardzo dobry zawodnik – Marek i Janusz Gancarczykowie, Patryk Klofik, Przemek Łudziński. Każdy miał swój okres w danej chwili. Wspaniała osoba, Marian Kelemen, z którym do dziś mam również kontakt, śmiejemy się często razem. Wojtek Kaczmarek, też bardzo dobry bramkarz z wcześniejszych lat. Tomek Szewczuk, charakterny Krzysiu Wołczek, obecny dyrektor sportowy Darek Sztylka. Zagraniczni chłopacy również byli fajni. Był Amir Spahić, Dalibor Stevanović, Vladimir Cap, Petr Pokorny. To są wszyscy chłopcy, którzy grali w jakichś swoich okresach. Na tę ligę było to, na tą coś innego. Z tych wszystkich zawodników można by stworzyć parę świetnych jedenastek.
Wracając do szatni Śląska z całego twojego okresu gry we Wrocławiu kogo uważasz za największego motywatora, przywódcę w zespole?
W okresie trenera Tarasiewicza, to on był naszym największym motywatorem. Nieraz opowiadał takie historie, że włos się jeżył. Nie przypominam sobie, żeby była jedna taka osoba na boisku. Rozbijało się to na paru zawodników, każdy motywował siebie nawzajem. Nikt nie miał do nikogo pretensji, bo każdy chciał, żeby drużyna wygrała.
Kto był największym walczakiem?
Myślę, że Krzysiu Wołczek i Piotr Celeban. Nie dość, że byli dobrze zbudowani, to do tego byli takimi „harpaganami” – potrafili zrobić wślizg, wstać, iść dalej, wyskoczyć prawie do bójki. Byli bardzo charakterni i to ich cechowało.
Kto był najlepszy technicznie?
Na pewno Sebastian Mila, Piotrek Ćwielong, Rok Elsner, Dalibor Stevanović, Krzysiu Ulatowski, Krzysiu Szewczyk, Waldek Sobota, Christian Omar Diaz. Technicznie mieliśmy bardzo poukładany zespół, który starał się grać w piłkę.
Kto był największym żartownisiem?
Cały czas robiliśmy sobie żarty (śmiech). Myślę, że nasi fizjoterapeuci starali się utrzymać fajną atmosferę – Jarek Szandrocho i Dawid Gołąbek. A tak to zawsze jakieś żarty były. Antek Łukasiewicz był bardzo pozytywną postacią, dawał dużo atmosfery chłopakom, potrafił dużo żartować.
Chętnie usłyszymy kilka tych żartów z szatni.
No różne numery były. Raz chłopakowi ucięli skarpety, tam gdzie miał mieć palce miał troszkę większy luz (śmiech). Trzymaliśmy się jednak umiaru – wiadomo, że nikt sobie nie obcinał rękawów w koszuli. Największe śmiechy były, jak ktoś dostał siatkę na treningu lun meczu. Typowa szatniarska szydera miała miejsce.
Kto najwięcej pracował na boisku?
Wydaje mi się, że Krzysiek Ulatowski. On nawet jak był napastnikiem, to jego pozycją nominalną zawsze był środek pomocy, więc ciągle wracał. Dużo pracował, choć nie wyglądał na takiego zawodnika. Oddawał na boisku zdrowie i sercre.
Wspomniałeś wielokrotnie o maserach. Niewątpliwie są nadal ważnym elementem szatni Śląska.
Jarek Szandrocho na początku się mną zajmował, bo przyjechałem z Żar, gdzie tam było 40 tysięcy mieszkańców do wielkiego miasta. Na początku byłem sam, on mi wtedy pomagał się urządzić, kierował mną jak mam jeździć, jak to życie wygląda. Zawsze mogliśmy na siebie liczyć i tak zostało do dziś. On był osobą, która opowiadała żarty, miała pełno ciekawych anegdot, żyła tym wszystkim. Zbierał pamiątki, np. buty, w których ktoś strzelał bramki, żeby potem co wspominać. Ma dużo rzeczy na komputerze, w skrzynkach – no maniak! Po prostu maniak! Mógłby się pociąć za klub. Potem był również Dawid Gołąbek – bardzo pozytywna postać. Nie dość, że to „chłopak z Jasła” (śmiech), czyli tam, gdzie trener Orest Lenczyk się chyba urodził. Śmieję się do dziś z niego, że jest podobny do Michała Szpaka, tylko paznokci akurat nie maluje, bo nie mógł, bo musiał nas masować (śmiech). Była taka ekipa, że o każdej porze mogłeś do nich dzwonić i każdy by Ci pomógł.
Czy masz coś do przekazania kibicom, może komuś z klubu? Za coś podziękować, dodać coś czego nie zdążyłeś powiedzieć w przeszłości?
Nie miałem takiego pożegnania, żeby cokolwiek większego powiedzieć. Były to specyficzne czasy. Dostałem koszulkę na Widzewie, gdy graliśmy mecz w rundzie rewanżowej. Za to chciałem podziękować włodarzom klubu, bo wiem, że nie jest to proste – dodatkowo, że wiadomo jak wygląda sytuacja kibicowska z Widzewem Łódź. Generalnie chciałem podziękować wszystkim. Tym, którzy nie uważają mnie za pozytywną postać, czy dobrego zawodnika, ale i tym, którym ta moja gra się podobała, bo na pewno ich wsparcie było nam potrzebne – i na Oporowskiej i na nowym stadionie. Władzom, trenerom, prezesom za zaufanie, jakim mnie obdarzyli, bo nie zawsze taka sytuacja ma miejsce. Zawsze ten klub będzie częścią mojego serca i chętnie będę przyjeżdżał do Wrocławia i oglądał mecze.
Pytania od naszych czytelników
Czy kontynuujesz kurs trenerski? I co na to Stefan Majewski?
Myślę, że mógłbym już kończyć na spokojnie ten kurs trenerski. Z tego, co się orientowałem, to mógłbym teraz normalnie go kontyuuować. Jednak do dziś jeszcze tego nie zrobiłem. A co na to trener Majewski? No każdy ma momenty słabości, popełnia błędy. Piłkarz dostaje czerwoną kartkę, to wraca na boisko w kolejnym meczu, więc sądzę, że trener nie miałby żadnych „ale” do mnie.
Kiedy odbędzie się w Żarach turniej-mecz z udziałem byłych zawodników Śląska? Myślałeś kiedyś o takim?
Szczerze? Cały czas mówiłem chłopakom, że fajnie byłoby się spotkać. Wiadomo, że każdy jest teraz w innym regionie Polski, ale trzeba ustalić datę i zrobić taki mecz. Po mistrzostwie ściągnąłem chłopaków do Żar, do akademii i zagraliśmy taki mecz z dzieciakami. Lata lecą, a fajnie zrobić takie spotkanie z chłopakami z którymi dzieliło się szatnię. Musi to ktoś zorganizować. Mam nadzieję, że jak to wszystko minie, to w przyszłym roku uda się coś takiego ogarnąć.
Co się stanie, jak twoje dzieci dorosną? Wracasz do Wrocławia, czy do Żar?
Nie mam jeszcze takiego planu. Kolejne dwa lata na pewno spędzę w Sosnowcu. Chłopaki chodzą tu do szkoły i nie chcę jej im zmieniać. Decyzji jeszcze nie podjęliśmy, ale najbliżej nam do Wrocławia. Mamy tu wielu znajomych, choć nie ukrywam, że w Sosnowcu i okolicach również – w Chorzowie mieszka Piotrek Ćwielong, jeden z moich przyjaciół, z którym spędzam mnóstwo czasu. Zobaczymy jak to będzie.