Feniks z popiołów? Nie, to Mila!
Po udanych występach w Groclinie Grodzisk Wielkopolski miał oferty z Schalke, Fulham, Spartaka Moskwa. Wybrał Austrię Wiedeń, bo bał się, że nie przebije się do pierwszego składu silniejszej drużyny. Plan nie wypalił, bo trener systematycznie pomijał go przy ustalaniu podstawowej jedenastki. Sebastian Mila trenował z trzecią dziesiątką zawodników przeciętnego klubu i jak sam mówi, spadł na same dno. Znalazł się nawet na liście transferowych wpadek tysiąclecia w lidze austriackiej według portalu sport1.at – zajął na niej 57. miejsce ze 110 piłkarzy. W końcu z wielkim entuzjazmem po dwóch latach męki (36 meczów, 3 gole) przeniósł się do norweskiej Valerengi Oslo, po prostu musiał zmienić otoczenie. Z wielkiego talentu polskiej piłki stał się jednym z wielu niespełnionych. W Valerendze też szło mu źle – w ciągu roku zagrał w 14 spotkaniach, ani razu nie trafiając do siatki rywala. Klub nie potrafił mu zagwarantować miejsca w podstawowym składzie i wreszcie po ponad 3 latach postanowił wrócić do Polski. Działacze Valerengi nie robili mu w tym problemów, chociaż jego kontrakt był ważny do 2009 roku.
To był nowy rozdział w jego życiu. Pogodził się, że na zachodzie mu nie wyszło. Narzekał, że nie znał języka. Mówił szczerze – zabrakło umiejętności i trochę szczęścia. W kraju żaden z potentatów nie chciał go zatrudnić, wybrał więc broniący się przed spadkiem ŁKS Łódź. Nikt tak naprawdę nie wierzył, że stać go jeszcze na lepszą grę. W rundzie wiosennej rozegrał 12 meczów i zgodnie z zapowiedziami wraz z kolegami z drużyny udało mu się dla Łodzi uratować Ekstraklasę. Po sezonie pokłócił się ze współwłaścicielem ŁKS-u Danielem Goszczyńskim o nowy kontrakt. Piłkarz twierdził, że po zakończeniu rozgrywek obiecano mu nowe warunki umowy, których nie spełniono.
To właśnie wtedy do Mili rękę wyciągnął trener Ryszard Tarasiewicz. Trudno było zrozumieć wtedy decyzję charyzmatycznego szkoleniowca. Ten jednak w Milę uwierzył. To właśnie na to słowo „Roger” zareagował błyskawicznie. Wiara – w jego umiejętności i to, że jeszcze dojdzie do dawnej formy. Śląsk Wrocław jako beniaminek potrzebował wzmocnień i już w sparingach było widać, że były piłkarz Groclinu wraca do dyspozycji sprzed kilku lat. Uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony. Za wiarę swojego trenera w jego osobę w rundzie jesiennej odpłacił się pięcioma golami i sześcioma asystami. Śląsk bez Mili nie zajmowałby wysokiej szóstej pozycji na półmetku rozgrywek. W przerwie zimowej Mila odrzucił oferty od innych klubów. We Wrocławiu czuje się znakomicie, kibice odnoszą się do niego z sympatią i czują, że to może być lider wielkiego Śląska. Zresztą on też. Ma już dosyć zakrętów w swoim życiu i zapowiedział, że dla WKS-u będzie „waleczny jak tygrys, twardy jak żubr, wytrzymały jak wielbłąd i silny jak niedźwiedź”. Słowa dotrzymał.
