Jak Śląsk liderem nie został, czyli historia pewnego karnego

Kluczowym sytuacją meczu Śląska z Heko był rzut karny. Gdyby Śląsk zdobył bramkę zapewne zainkasował by komplet punktów, co dałoby wrocławianom pozycję lidera. Gol jednak nie padł, a spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem. Poniżej opis tej najważniejszej sytuacji wraz z wypowiedziami głównych bohaterów. Kończyła się 67 minuta meczu. Przy linii bocznej od dłuższej chwili gotowy do wejścia na murawę stał Marcin Wielgus. Obok niego sędzia techniczny trzymał w rękach tabliczki z numerami 7 (zejście Sebastaina Dudka) i 8 (wejście Wielgusa). Czekano tylko na przerwę w grze, by móc dokonać zmiany. Tymczasem na murawie trwała walka. W 68 minucie Andrzej Ignasiak zdecydował się na podłączenie się do akcji ofensywnej. Rozegrał piłkę z Dudkiem, a potem zagrał w pole karne do Marka Kowala. Ten zdecydował się na minięcie będącego tuż obok bramkarza. Próbował wypuścić sobie piłkę i doszło do kontaktu z golkiperem.
Napastnik Śląska padł na murawę a sędzia odgwizdał rzut karny. Uderzyłem w piłkę, ale następnie zderzyłem się z zawodnikiem. Wszystko zależało od interpretacji arbitra. - komentował Mańka. Nie podejmuję się oceny tej sytuacji, ale sędzia miał prawo odgwizdać jedenastkę. Szczególnie dlatego, że w pierwszej połowie zagrałem ręką w polu karnym, ale arbiter nie zareagował. - stwierdził kapitan Heko Jarosław Solarz. Szał radości na trybunach, a w zespole Śląska niepokój. Wszyscy zdawali sobie sprawę, jakie obciążenie będzie spoczywać na egzekutorze.
Widziałem, że po podyktowaniu rzutu karnego nikt nie chciał uderzać. Bo gdy ktoś chce strzelać, to nie patrzy się na innych, bierze piłkę w ręce i stawia ją w odległości 11 metrów. Stoję z boku i widzę, że nikt nie kwapi się do strzelania, zapytałem Wielgusa czy czuje się na siłach. On na treningach trafia 10 na 10. Powiedział, że tak. – opisywał trener Tarasiewicz. Z boiska schodzi Dudek, w jego miejsce pojawia się Wielgus i od razu kieruje się na pole karne, by ustawić piłkę w odległości 11 metrów od bramki. Wielgus od 100 lat strzela karne. Wierzyłem, że i tym razem zrobi to bardzo dobrze. - stwierdził szkoleniowiec.
69 minuta, na trybunach emocje sięgają zenitu. Mańka czujnie stoi na linii bramkowej, Wielgus wziął kilkumetrowy rozbieg. Wreszcie gwizdek sędziego Piotra Święsa. Napastnik Śląska biegnie w kierunku piłki, zwalnia kilka metrów przed futbolówką. Czekałem do końca, strzelec także czekał - mówił bramkarz. Ostatecznie Mańka rzuca się w prawo.
Wielgus strzela w drugi róg. Na treningach strzelam wszystko. Teraz także zmyliłem bramkarza - komentował egzekutor. Piłka szybuje wysoko i ku rozpaczy kibiców i całej drużyny Śląska odbija się od poprzeczki i wylatuje poza boisko. Chyba teraz za mocno się odchyliłem i piłka poleciała za wysoko. - analizował niefortunny strzelec. Chyba jego brak zdecydowania spowodował, że nie trafił do siatki. - stwierdził szczęśliwy Mańka. Bramkarz poszedł w drugą stronę, ale piłka poleciała za wysoko. Nie mam do Wielgusa pretensji. - po meczu powiedział Tarasiewicz.
Po końcowym gwizdku niedoszły bohater meczu miał szkliste oczy. Pierwszy raz mi się zdarzyła taka sytuacja. Byłem przekonany, że będzie dobrze. Nie załamuję się jednak. Jak będzie okazja, to następnego karnego też będę strzelał. Winę biorę na siebie, bo gdybym strzelił to pewnie byśmy wygrali, a tak jest tylko remis. Jest mi bardzo przykro, chciałem przeprosić kibiców. - powiedział smutny Wielgus.
źródło: własne
