Jak Wrocław żył powrotem Śląska do Europy? (REPORTAŻ)
fot.: Mateusz Porzucek
Przeciwnik Śląska w 1. rundzie eliminacji do Ligi Konferencji Europy był wybitnie niemedialny. Zespół, który nawet nie został mistrzem w sklasyfikowanym na 53. miejscu kraju w rankingu UEFA nie mógł przyciągnąć na Stadion Wrocław tłumów. Kibice WKS-u europejskich pucharów byli jednak spragnieni, choć trudno powiedzieć, by cały Wrocław żył powrotem do Europy.
Czwartek, godzina 19:00, wrocławski Rynek. Dwie godziny do meczu.
Wokół pręgierza skupiła się spora grupa ludzi. Obserwuje występy prestidigitatorów, a także kuglarza - najpewniej rodem ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej - który bawi się ogniem. Ku uciesze zgromadzonej publiki bawi się także językiem polskim, wtrącając co rusz nasze słowa w swoje wypowiedzi. - Jestem artysta, to moja praca. 5 złoty – okej. Dziesięć złoty – normalna. Dwa dziesięć złoty – super. Pięć dziesięć złoty – fantastycznie. Sto złoty – zajebiście – podsumowuje swój występ, wskazując kciukiem na trzymany w drugiej ręce kapelusz.
Rozglądając się po obecnych tam ludziach, trudno było domyślić się, że Śląsk Wrocław niebawem rozegra swój pierwszy mecz w europejskich pucharach po sześciu latach. Przez te kilkadziesiąt minut przewinęło się tyle osób w barwach, że z łatwością można byłoby je policzyć na jednej ręce. I to stolarza. Krótko mówiąc, jeśli miałbym napisać reportaż tylko z Rynku, musiałbym posłużyć się zakończeniem ze skeczu Grupy Rafała Kmity: „z miejsca, gdzie nic się nie dzieje, wasz dyżurny reporter”.
Mając w pamięci, co działo się na Rynku i w jego okolicach tuż przed meczami z Sevillą czy choćby Club Brugge, liczyłem na więcej osób ubranych na zielono. Rzecz jasna wtedy większe grono osób kupiło bilety na te mecze, ale jednak miałem nadzieję teraz przynajmniej bez problemu wyłowić kibiców z tłumu. To jednak jeszcze nie był chyba ten kaliber przeciwnika. Nie byłem w centrum Wrocławia przed spotkaniem z Rudarem Pljevlja, ale zakładam, że wyglądało to wówczas podobnie jak teraz.
Gdyby szacować liczbę widzów tylko na podstawie tego, co zobaczyłem na Rynku, powiedziałbym, że na Stadionie Wrocław pojawi się garstka fanów. Im bliżej jednak areny zmagań, tym – co zresztą naturalne – szalikowców zaczęło przybywać. Tramwaje na godzinę przed pierwszym gwizdkiem może nie były wypełnione osobami w zielono-biało-czerwonych trykotach, ale nie trzeba było już wytężać wzroku, by ich dostrzec.
Korki to rzecz naturalna, zmierzając na mecz Śląska. Zajęte miejsca parkingowe na wszystkich ulicach otaczających Stadion Wrocław – także. Tam już przypadkowi przechodnie oraz mieszkańcy bez dodatkowych pytań mogli zorientować się, że za chwilę coś tu będzie się działo. Coś istotnego. Coś, na co ci ludzie, którzy poruszają się w kierunku Alei Śląskiej, czekali kilka długich lat.
Osoby, które na co dzień albo przynajmniej od święta – a takim niewątpliwie był czwartkowy mecz z Paide Linameeskond – żyją Śląskiem, mobilizowały się bowiem od paru dobrych dni. Na grupach osiedlowych na Facebooku pojawiały się posty o treści: „W czwartek wszyscy na stadion! Zabierajcie dzieci, rodziców, babcie, dziadków”. Nie spotykały się z wielkim odzewem i ogromem reakcji, ale były dobrym suplementem dla bilbordów przygotowanych przez klub, które wisiały nie tylko na wrocławskich, ale nawet i na dolnośląskich ulicach, m.in. w Zgorzelcu.
— Michał Gdowicz (@michalgdowicz) July 2, 2021
Czwartek, godzina 20:25, bezpośrednie okolice Stadionu Wrocław. 35 minut do meczu.
Zero wątpliwości. Śląsk za chwilę zaczyna ważny mecz. Po wejściu na ulicę Lotniczą nie trzeba było nawet szczególnie nadstawiać ucha, by usłyszeć rozważania na temat spotkania.
- Exposito? Okej, choć dałbym szansę Piaseckiemu po tym meczu w Estonii. Garcia w porządku, dał tam dobrą zmianę – ocenił jeden z kibiców, wertując skład na telefonie.
- Minimum trójką trzeba ich pojechać. Wyciągasz od nich Klavana i nie utrzymują się w naszej I lidze – fachowo zawyrokował inny fan.
- Jest problem, bo w kolejnej rundzie ci Armeńcy... Cholernie niewygodny przeciwnik, wolałem Fehervar, można by było tam nawet pojechać – kręcił głową następny, a jego kumpel po szalu mu przytakiwał.
Na trybunach na kilkadziesiąt minut przed pierwszym gwizdkiem bośniackiego sędziego Luki Bilbiji zaczęli zbierać się kibice. Część z nich chciała przywitać brawami bohaterów widowiska i pooglądać ich rozgrzewkę. Inni woleli zawczasu zdążyć na jeszcze niezbyt tłumnie oblegane stoiska gastronomiczne. Wiele osób było jednak wciąż na esplanadzie. Jedni stali w kolejce po klubowe pamiątki, pozostali w dalszym ciągu żywo dyskutowali o nadchodzącym spotkaniu.
- Ciekawe, czy ktoś od nich przyjedzie? - dało się usłyszeć w grupce kibiców stojących tuż przy kołowrotkach. Oczywiście UEFA zakazała wyjazdu grup zorganizowanych na mecze w charakterze gości, ale to nie przeszkodziło polskim kibicom pojawić się w Parnawie na pierwszym meczu. Biorąc pod uwagę jednak klimat na tamtejszych trybunach, szanse na to, że ktokolwiek z serca Estonii przywędruje do Wrocławia, były takie, jak kursy na zwycięstwo Polski w całym turnieju niedawno zakończonych mistrzostw Europy.
Estończyków tak jak pod stadionem, tak i na stadionie nie było. Pojawił się tylko zafascynowany tamtejszymi rozgrywkami Dawid Czemko, prowadzący stronę estonskifutbol.com, który oglądał mecz z loży prasowej. Był w zasadzie jedynym przedstawicielem jakkolwiek związanym z estońską piłką nożną, który zawitał tego dnia do Polski. Dziennikarzy z tego kraju próżno było się doszukać. - Nikt w nas nie wierzy – mówił już przed pierwszym meczem Wiaczesław Zahovaiko, trener Paide, wskazując, że lokalnych żurnalistów nawet podczas konferencji prasowej na Pärnu Rannastaadion brakuje.
Tak samo, jak nikt spośród kibiców zgromadzonych na Stadionie Wrocław, nie wierzył w to, że Śląskowi w tym meczu może stać się krzywda. Przekonani byli o tym także podopieczni Jacka Magiery, którzy starali się narzucić własny styl gry, dominowali i nie chcieli dawać najmniejszych nadziei Linameeskond na doprowadzenie do dogrywki. Choć do 41. minuty utrzymywał się wynik bezbramkowy, to kibice byli cierpliwi. - Estończycy tylko się bronią, atakują jednym zawodnikiem, nie mają żadnego pomysłu poza lagą. Wygrać wygramy, bo coś fartem wciśniemy, a potem pójdzie. Za wolno gramy po prostu – otrzymałem takiego SMS od kolegi siedzącego po drugiej stronie trybun. W zasadzie wyrażał on stanowisko reszty fanów. Mocniejsze głosy niezadowolenia pojawiały się bardzo sporadycznie.
- No i fartem wturlali – powiedział inny kolega, rozkładając się zrelaksowany na krzesełku. Jasne stało się wówczas, że tego spotkania nie da się już przegrać. Ba, trudno będzie go nawet zremisować. - Śląsk w tym dwumeczu gra sam ze sobą – odpowiedziałem.
Na boisku wrocławianie dominowali, spotkanie było pod pełną kontrolą, więc kibice szukali innych ekscytujących tematów. Spierali się na przykład na temat raportu frekwencyjnego. W dniu meczu klub poinformował, że sprzedało się 10 tysięcy biletów, ale do spotkania jeszcze pozostało wówczas kilka godzin. Kasy biletowe wprawdzie były zamknięte, lecz ciągle wejściówki można było nabyć online. - Obstawiam jedenaście tysięcy – powiedział jeden z nich, rozglądając się po stadionie. - Nie, co ty, wątpię, żeby wszyscy przyszli. Patrz, ile pustych krzesełek. Może z osiem tysięcy jest – twierdził drugi.
Według oficjalnych danych na Stadionie Wrocław pojawiło się tego dnia 10 657 osób. Na marginesie, to więcej niż Paide ma mieszkańców. Ale co ważniejsze – w ten lipcowy czwartek przyszło więcej fanów niż choćby na spotkanie kończące poprzedni sezon ze Stalą Mielec czy wcześniej z Piastem Gliwice oraz Cracovią. Większą publikę zgromadził tylko hit z Lechem Poznań, zakończony wynikiem 3:3. To pokazuje, że stolica Dolnego Śląska, a nawet cały Dolny Śląsk, jest spragniony poważnej piłki.
Atmosfera? Raczej taka jak mecz: dobra, ale z potencjałem na coś więcej. Pojawiały się momenty, gdy dopingował cały stadion i to nie tylko po golach. Ogółem przeciwnik nie elektryzował, nie był z topu. Ba, nie był nawet ze średniej półki. Czwarty zespół poprzedniego sezonu Ekstraklasy nie miał najmniejszych problemów, by wyeliminować wicemistrza Estonii. Po drugim golu stadion na pewno nie eksplodował tak, jak po trafieniu Sebino Plaku przeciwko Club Brugge. Przyjęto to z radością, ale umiarkowaną, bo przejścia Paide Linameeskond każdy oczekiwał.
Nastroje po końcowym gwizdku nie były więc hurraoptymistyczne, choć pogodne. Wielu widzów pospiesznie pognało do domu i nie zdążyli podziękować wspólnym świętowaniem zawodnikom za awans. Oczywiście, raczej z powodu pory rozgrywania meczu, bo skończył się on tuż przed 23, aniżeli swojego niezadowolenia. Ja rozgoryczonego fana nie spotkałem. - To był dobry mecz, rozkręcają się – mówił z uśmiechem jeden z nich. - Poważne starcia dopiero nadejdą! – przekonywał inny.
Na razie trzeba będzie uporać się ze wspomnianymi „Armeńcami”. W poniedziałek zaś okaże się, kogo los przydzieli Śląskowi w ewentualnej 3. rundzie eliminacji do Ligi Konferencji Europy. Powinien to być rywal z wyższej półki niż dotychczas, bo WKS nie będzie rozstawiony. Póki co skupmy się jednak na najbliższym czwartku: Ararat Erywań nie brzmi jak rywal nie do przejścia, ale jak słusznie zauważył jeden z cytowanych wyżej fanów „to cholernie niewygodny przeciwnik”. - Oby to nie był nasz ostatni dwumecz. Chciałbym, żebyśmy zagrali znów przynajmniej z kimś pokroju Brugii. I wygrali! - optymistycznie podsumował jeden z kibiców.