Jakub 'Mały' Małecki (cz.1)

Jakub 'Mały' Małecki (cz.1)

fot.: Jakub Małecki

Historia jego miłości do piłki zaczęła się gdzieś między Wapienną, Przestrzenną a Gajową. Niemal prosto z podwórka trafił do Śląska, którego pokochał – jak się później okazało – bezgranicznie. Wielki talent, miał to coś, był najlepszy – tak wspominają go dzisiaj ci, którzy jeszcze go pamiętają, bo choć wiekiem jest młody, to w mediach był nieobecny. Mam ogromną przyjemność przybliżyć Wam postać Jakuba Małeckiego. Poznajcie Kubę w trzech odsłonach – poniżej przeczytacie o jego dzieciństwie, początkach kariery w Śląsku, spadku do III ligi i grze w młodzieżowych reprezentacjach Polski. Druga część znajduje się TUTAJ, a trzecia TUTAJ.



 

Przed naszą rozmową zapytałem naszych czytelników na Facebooku i Twitterze, czy chcieliby ci coś przekazać lub o coś cię zapytać. Pojawiło sporo ciepłych słów w twoim kierunku.

Tak, widziałem. Podziękuj im w moim imieniu. Dziękuję wszystkim, którzy miło mnie wspominają. Widziałem wpisy osób, których bardzo dawno nie widziałem, więc to też dla mnie miłe przypomnienie.

Po zakończeniu kariery w Śląsku – ktoś z tobą robił robił wywiad? Ktoś z mediów się interesował? Ja nic nie znalazłem.

Nie. Nie było takiej potrzeby i z mojej strony jakiegoś specjalnego zabiegania o to.

To muszę zacząć od przeprosin…

Nie masz za co przepraszać, ja nie czuję się pokrzywdzony. Nigdy nie zabiegałem o żadną sławę. Ale dziękuję, miło z twojej strony.

Dużo pisze się i mówi o zawodnikach, którzy zdobywają trofea, zapomina się tych, którzy też dali coś ekstra klubowi.

Może to tak jak ze strzelcami bramek – o nich się pamięta, o asystentach już niekoniecznie.

Chciałbym porozmawiać o twojej całej karierze, a ta zaczeła się pewnie na podwórku?

Tak, oczywiście we Wrocławiu, konkretnie były to Huby, ulica Wapienna, Przestrzenna, Gajowa. Na jakimś turnieju na koszulkach mieliśmy nawet napisane pierwsze litery tych ulic jako nazwa zespołu. Mieliśmy tam „boisko” oczywiście z drzewami na środku, dookoła jakieś działki, szyby były wybijane prawie codziennie. Później Szkoła Podstawowa nr 77 i tam był tzw. „asfalt”, nie było tak dobrze jak teraz młodzi mają np. orliki. A i tak trzeba było czekać na wejście na ten „asfalt”, bo najpierw grali starsi, nie można było nawet podchodzić. Ale jak brakowało im kogoś do gry, to było „o, ten trenuje w Śląsku” i po 2-3 razach już na stałe mogłem z nimi grać, także już jakąś wartość na podwórku miałem (śmiech). Możliwość gry ze starszymi od siebie to było dla mnie takie „wow”.

Muszę tutaj też wspomnieć o świetej pamięcie Marku Plucie. Obok Szkoły Podstawowej nr 9 było już większe boisko, bramki „piątki”, wysypana ziemia. Marek tam notorycznie urządzał turnieje i prowadził wszystkie statystyki – kto strzelił bramkę, kto z kim grał, no można było o wszystko go zapytać i on to wiedział, bo prowadził swój zeszyt, do którego nikt nie miał dostępu i go nikomu nie pokazywał. Był takim organizatorem i dobrym duchem dla młodych chłopaków w tej okolicy, gdzie się wychowywałem. Poświęcał nam mnóstwo czasu.

Najlepszy chłopak z jakim kiedykolwiek grałem. Kiedy mi już "odjechał" mocno mu kibicowałem... Bardzo szkoda, że miał takiego pecha. Z takimi umiejętnościami i takim charakterem zasłużył na więcej. (Maurycy, Facebook)

Jak z podwórka trafiłeś do Śląska?

Na pewno byłem bardzo zapatrzony w mojego starszego brata Marcina, który też miał swój epizod w Śląsku, ale z pewnych względów mu nie wyszło, nie będę się rozwodził dlaczego. Zawsze to był mój motor napędowy, a byłem w niego zapatrzony, bo chodził na treningi Śląska. Ja jako młody chłopak też chciałem się uczyć piłki i nalegałem, prosiłem rodziców, żeby też mnie zapisali. Na początku byli niechętni, woleli, żebym uprawiał jakiś inny sport, np. tenis.

W końcu przyszedł taki moment, kiedy podczas szkolnych zawodów w słynnej sali przy ulicy Saperów odbywał się turniej klas podstawowych. Wpadłem wtedy w oko świętej pamięci Włodzimierzowi Chamskiemu, który zaprosił mnie na trening do Śląska i stał się moim pierwszym trenerem. Ale zanim się to stało, musiałem mieć zgodę od rodziców. Jak przyjechałem po tym turnieju do domu, rozpłakałem się powiedziałem „czemu Marcin może, a ja nie, ja też chcę!”. Miałem wtedy dobre stopnie, to był ważny argument. Mama próbowała mnie jeszcze przekonać, żebym poczekał do czerwca na treningi tenisa, ale nie chciałem. W końcu się udało i z kilkoma chłopakami z podstawówki pojechaliśmy na trening.

Ile miałeś wtedy lat?

To było w czwartej klasie podstawówki, czyli miałem 10-11lat. W porównaniu z dzisiejszymi trendami – zacząłem trenować bardzo późno. Wcześniej to było tylko podwórko i ganianie z bratem za piłką. Lub za bratem – bo był starszy, czyli szybszy. Teraz pierwsze treningi młodzi zaczynają nawet już w wieku 4 lat. Mnie kształtowało podwórko.

I pewnie byłeś na nim najlepszy?

Zaraz po moim bracie (śmiech). Marcin, jeśli chodzi o podwórkowe granie, naprawdę był kozakiem. Każdy z podwórka chciał grać tak jak on – dużo kiwał i strzelał. Zawsze próbowałem mu dorównać, to był dla mnie taki bodziec do pracy i wykształcenia charakteru, który w każdym sporcie jest potrzebny.

Słyszałem taką opinię, że twój brat miał podobny talent do ciebie, ale nie miał takiego charakteru do piłki jak ty.

Byłem w niego jako piłkarza zapatrzony, a jak byłem w kogoś zapatrzony, to musiał to być ktoś dobry (śmiech). Nie chciałbym się rozwodzić nad tym, dlaczego mu nie wyszło. Na pewno miał charakter trochę inny ode mnie. Z pewnymi sprawami lubił zostawać sam, ale na pewno jak mu się coś nie podobało, to mówił o tym wprost, nie owijał w bawełnę. Moim zdaniem duża wina w tym wszystkim była klubu, działaczy. Jeśli ma się „perełki”, ludzi, którzy od małego trenują i grają dla tego klubu, to powinna być taka osoba otoczona większą opieką – nie tylko na samym treningu. Marcin na pewno mógł grać dłużej w Śląsku, myślę, że dużo takich talentów przewinęło się przez klub. Żałuję, że mu się nie udało żyć z tego, co kochał robić i w czym był dobry.

Jak wspominasz pierwsze treningi w Śląsku? Gdzie to było?

Wtedy Śląsk stacjonował głównie przy ulicy Racławickiej – trenowały tam różne sekcje wojskowego Śląska, w tym też piłka nożna. Było tam słynne boisko żwirowe, na pewno dużo ludzi je pamięta. Wspominam je miło, ale jak się na nim upadło – już tak mile nie było, kolana były pozdzierane. Szatnię mieliśmy w baraku. Ogarniał to i wiele innych rzeczy świętej pamięci Marek Pluto, który na sporo chłopaków miał wielki wpływ. To on starał się przyprowadzać chłopaków z podwórka do Śląska, współpracował przy tym z trenerem Chamskim.

Z tego żwirowego boiska patrzyliśmy na bok, gdzie starsi trenowali już na boisku trawiastym. Tam już jak ktoś trenował, to było wow. Duży przeszkok – nie wiadomo było jakie buty założyć (śmiech). Później mieliśmy też zajęcia na Skarbowców – oczywiście nie na głównym boisku, które było dla pierwszej drużyny, tylko na drugim. Trzeba było przechodzić koło basenu, później przez dwa wały – koronę tego głównego stadionu i tego treningowego.

Mnie bardziej zapadł w pamięć mecz ligowy, jeszcze w juniorach młodszych, jak Śląsk przyjechał do nas na Niskie Łąki (wiosna 2000) i pyknął 5:3 grając składem chłopaków rok- dwa lata od nas młodszych. Sam Kuba 3 gole strzelił. Chłopak już wtedy był nie do zatrzymania. (Maurycy, Facebook)

Miałeś wtedy jakiegoś idola w drużynie Śląska?

Chodziłem oczywiście na Śląsk od małego chłopaka. Tutaj ponownie szacunek dla Marka Pluto, który wprowadzał nas na stadion. Później na meczach byłem tzw. chłopcem do podawania piłek i jako zawodnik trenujący w klubie miałem darmowe wejściówki. A odnośnie idola – szczerze to nie miałem jakiegoś jednego takiego piłkarza, którego mógłbym nazwać idolem. Byłem za młody, by na żywo podziwiać naprawdę wybitne jednostki – jak Sybis, Tarasiewicz, Prusik, Pawłowski czy Rudy. Później nie było już takich zawodników, którzy aż tak bardzo wpadaliby w oko. Patrząc pod kątem mojej pozycji – przyglądałem się jak gra Ireneusz Kowalski.

Kibice pamiętają cię jako środkowego pomocnika – od juniorów tam grałeś?

Przeważnie tak. Miałem takie walory, dzięki którym naturalnie mogłem grać w środku pola – wytrzymałość, dobra technikę użytkową, mądrość na boisku, percepcję. Brakowało mi tylko szybkości. W młodzieżiowej reprezentacji Polski trener Michał Globisz wystawiał mnie głównie na środku pomocy, ale też na prawej obronie. Graliśmy modnym wtedy systemem 4-4-2 z włączającym się bocznym obrońcą.

Jak Gary Neville?

No… myślę, że byłem lepszy technicznie (śmiech). Trener Globisz potrafił wprost powiedzieć, że od Grześka Wojtkowiaka, który miał jak na swoje warunki fajną przygodę z piłką, woli na pozycji prawego obrońcy stawiać na mnie, bo potrafiłem lepiej rozegrać piłkę.

Ktoś ze Śląska jeździł z tobą na zgrupowanie kadry młodzieżowej, czy byłeś wtedy rodzynkiem?

Tak, z Maćkiem Bielskim mieliśmy dużo powołań, później Radek Janukiewicz, czyli popularny „Trollu”, jak wskoczył do pierwszego składu Śląska, to często do reprezentacji był powoływany. Był jeszcze Mateusz Kasprzycki, który w czasach III ligi grał jako młodzieżowiec.

Zaliczyłeś około 65 meczów w młodzieżowych kadrach i to w czasie, kiedy Śląsk tułał się po II i III lidze, co już stanowiło pewnego rodzaju sukces, ale udało ci się osiągnąc w tych spotkaniach coś ekstra?

No tak jak mówisz, dla mnie samo powołanie już było sukcesem i powodem do dumy. Sporo tych spotkań zaliczyłem – od U16 po U21 z Brożkami, Burkhardtami, Dudką, czyli miałem przyjemność zagrać z takimi lepszymi piłkarzami. I to jako chłopak z III ligi, co dla mnie byłem pewnego rodzaju wyczynem, bo trener Żmuda mówił, że nie powoła nikogo z niższej niż II liga.

Ilu trenerów cię powoływało?

Najpierw Krzysiu Słabik, były bramkarz Lechii Gdańsk, później pan Mirosław Bulzacki, który zagrał w słynnym meczu na Wembley. Następnie trener Globisz i trener Żmuda.

Wracając do sukcesów z kadrą, to na pewno możesz być dumny z awansu na mistrzostwa Europy U16 w Anglii.

Tak, co prawda nie wyszliśmy wtedy z grupy, ale graliśmy z mocnymi zespołami. W pierwszym spotkaniu bezbramkowo zremisowaliśmy z Rosją. Później przegraliśmy 0:2 z Holandią – pamiętam, że duże wrażenie zrobił wtedy na mnie jeden piłkarz, później po latach już wiedziałem, że nie był to byle jaki zawodnik, bo był to Wesley Sneijder. Podchodził wtedy do rzutów wolnych i każdy jego strzał był dużym zagrożeniem. Z lepszych i później znanych graczy grali też wtedy Ryan Babel czy Nigel De Jong. W ostatnim spotkaniu na tych mistrzostwach przegraliśmy 1:2 z Turcją, która wygrała naszą grupę. Na tym turnieju grali też tacy piłkarze jak Giorgio Chiellini, Fernando Torress, Alberto Aquilani czy Giampaolo Pazzini.

Z grupy nie wyszliśmy, ale sam awans oceniam za mały sukces. Później jeszcze walczyliśmy w eliminacjach do mistrzostw U19, ale trafiliśmy na mistrzów świata Hiszpanię – już wtedy tamci piłkarze grali w seniorskich zespołach z ligi hiszpańskiej. W grupie eliminacyjnej mieliśmy też mistrzów Europy Francję z Hatemem Ben Harfą, Sinamą Pongolle i Anthonym Le Talleciem w składzie. Do tego Izreael. Z Hiszpanią udało się wygrać 2:1 i to był na pewno nasz sukces, później z Francją i Izraelem przegraliśmy, strasznie nas zlali, chyba 0:4. Grał tam wtedy Maor Melikson, później dobrze znany piłkarz Ekstraklasy.

Także wielkich sukcesów tej kadry nie było. Kilku zawodników z tej trochę w piłkę pograło – Łukasz Fabiański, Łukasz Szukała, Dawid Kucharski, Mariusz Zganiacz czy Sebastian Szałachowski i Radek Janukiewicz.

Na jakim etapie była wtedy twoja kariera w Śląsku?

Ja w tych czasach kadry młodzieżowej grałem głównie jako junior lub gracz rezerw Śląska, jako jeden z najmłodszych. Ja, rocznik 84, a inni w rezerwach 81 i 80, w tym również mój brat. Dopiero poźniej jako zawodnik pierwszej drużyny. Niektórzy koledzy z reprezentacji grali już w I lidze (czyli ówczesnej ekstraklasie – przyp.red.) od roku czy dwóch, to rzutowało na ich pewność siebie i obycie, co przekładało się na boisko i szybszy rozwój.

Pamiętam turniej na Pilczycach. Strzelili dwa gołe a później grali z nami w dziadka. (Piotr, Facebook)

Kiedy w końcu zacząłeś grać w pierwszym składzie Śląska, zaliczyłeś pierwszy cios – spadek do III ligi. Jak to wspominasz?

Dla człowieka, który kochał i kocha te barwy, to wiadomo, że to było przykre uczucie. Tym bardziej dla młodego chłopaka, wychowanego w tym klubie. Przyjezdni zawodnicy mogą do tego podchodzić inaczej – trudno, spadłem, odejdę gdzieś indziej i będę funkcjonował. Ja pamiętam, że po złym, przegranym meczu ciężko mi było przejść przez środek podwórka. Wychylałem się przez tunel, żeby sprawdzić, czy przypadkiem tam nie stoi mój kolega, który był na meczu, bo co ja mu powiem? Jak wychodziłem na boisko, zawsze oddawałem serce, dawałem z siebie wszystko, ale niektórzy nie potrafili tego zrozumieć. Może na mnie ta krytyka tak mocno nie spadała, bo byłem młodym chłopakiem, ale jak ktoś wychodzi na boisko, to w metrykę mu się nie zagląda, więc też za te wyniki byłem odpowiedzialny. W tamtym okresie dosyć sporo minut rozgrywałem.

Po spadku do III ligi w klubie było dużo zawirowań, to był trudny okres.

Było dużo zamieszania i dywagacji, kto będzie właścicielem – miasto czy ktoś prywatny. Ostatecznie klub przejął pan Schetyna. Było oczywiście dużo zmian personalnych, niektórzy doświadczeni już zawodnicy znaleźli sobie inne zespoły. To była szansa dla młodych graczy, pochodzących z Wrocławia lub okolic, nieznanych szerszej publiczności. To były ciężkie czasy, nie przelewało się, nie było łatwo. Niektórzy piłkarze nie mogli też dogadać się z właścicielami w sprawie obniżenia kontraktów, chodzili z głowami wysoko podniesionymi. Właśnie wtedy trzeba było się wykazać charakterem i chęcia zrobienia czegoś dla Śląska, przychodzili i zostawali ci, którym na tym zależało. Oczywiście nie chcę oceniać wszystkich jednakowo, bo wiadomo, że jak jakiś zawodnik był już przyzwyczajony do życia na określonym poziomie, to mógł nie chcieć schodzić z pewnych pieniędzy i ja nie chcę tego oceniać. Zostali jednak głównie chłopcy, którzy chcieli dla tego klubu jak najlepiej. Wtedy przyszli też ludzie z regionu – Darek Sztylka, Krzysiek Wołczek, Tomek Kosztowniak wrócił, zaistnieli też bardziej Krzysiu Ulatowski i Krzysiu Ostrowski. Na początku na pewno nie było łatwo, ale dosyć szybko trener Grzegorz Kowalski potrafił zjednoczyć sobie ludzi, dobrać odpowiednich zawodników i dlatego pojawiła się szansa na szybki awans, niestety nie udało się w barażach z Arką Gdynia (mecz ten ma historię korupcyjną – przyp.red.).

W tych smutnych czasach po spadku do III ligi fajnie patrzyło się na grę Kuby. Wychowanek, efektowna gra i dobre liczby. Kontuzja w sumie skończyła jego przygodę z poważną piłką. W Śląsku zdaje się grał jeszcze jego starszy brat. (Aleksander, Facebook)

Na odżywki, potrzebne zawodowym sportowcom, nie można było liczyć, chyba, że wspomnimy słynne oranżady Jarosława Szandrocho.

Prawdziwe odżywki to ja poznałem jak byłem na zgrupowaniu w pokoju z Piotrkiem Celebanem (śmiech). Kiedyś były słynne odżywki starszych zawodników, ale to nie będę mówił (śmiech). Na pewno na takie rzeczy nie było pieniędzy i Jarek próbował swoimi sposobami podnosić nas na duchu i powodować, żebyśmy na boisko wychodzili z uśmiechem i wolą walki. Swoimi „szamański” sposobami mu to wychodziło – dosypywał oranżady do wody, żebyśmy myśleli, że to jakieś odżywki. Organizował też różne spotkania, na których opowiadał o historii klubu. Próbował w ten sposób tchnąć w nas ducha prawdziwego Śląska Wrocław. Zaprowadzał nas też do słynnej gablotki, w której miał milion koszulek, szalików i innych pamiątek. Mi, jako młodemu chłopakowi, to bardzo imponowało, że mogę to zobaczyć czy przeczytać ciekawe historie o lepszych czasach. To był taki bodziec, po którym chciało się jeszcze bardziej sprawić, żeby o mnie też tak gdzieś ktoś kiedyś opowiadał. Jarek to była i jest do dziś bardzo dobra dusza zespołu, serdecznie go pozdrawiam.

Czego w tych czasach III ligi brakowało ci najbardziej?

Hmm… (chwila zastanowienia). Wiesz, ja jako młody chłopak nie zwracałem tak na to uwagi. Mi niczego nie brakowało – miałem buty, spodenki i koszulkę z herbem Śląska i to mi wystarczyło. Mogłem grać, trenować – cokolwiek by się działo. Może bardziej doświadczeni zawodnicy – Krzysiu Szewczyk, Marek Kowalczyk, Darek Sztylka, Krzysiu Ulatowski czy Marek Grabowski – bardziej tę sytuację odczuwali, bo wcześniej było w klubie trochę lepiej. Mnie jako młodego chłopaka interesowała tylko gra w koszulce z herbam Śląska i na tym się skupiałem. Nie znałem wtedy funkcjowania klubu w ekstraklasowej rzeczywistości. Dopiero po powrocie do ekstraklasy miałem jeszcze rok kontraktu i wtedy to wszystko poszło do przodu – szatnia, odnowa, zabiegi na miejscu, sprzętu co nie miara. Także ciężko mi powiedzieć, czego brakowało. No, może sukcesu (śmiech). I żeby więcej kibiców przychodziło i mogło oglądać dobrą piłkę mojego ukochanego Śląska.

Na boiskach III-ligowych szło ci znakomicie.

Tak, jak byłem zdrowy – grałem wszystkie mecze od początku do końca. Strzelałem wtedy dużo bramek, graliśmy systemem 4-2-3-1, ja byłem w tej trójce ofensywnych pomocników, przede mną był Tomek Kosztowniak. Grałem obok Marcina Wielgusa i Marka Kowalczyka lub Krzysztofa Ulatowskiego. Miałem wtedy status młodzieżowca, co też było moim atutem. Strzelałem też wtedy rzuty karne, chociaż miałem 19 lat, więc to też o czymś świadczyło, trener mi ufał. Prezentowałem się naprawdę dobrze, niestety pierwsze złamanie przerwało tę passę...

Koniec części 1. W części 2, która znajduje się TUTAJ, opowieść m.in. o:

  • dwóch fatalnych kontuzjach – złamaniach nóg
  • dochodzeniu do zdrowia
  • gorzkim pożegnaniu się ze Śląskiem
  • życiu po Śląsku
  • problemach niższych lig

Krzysztof Banasik

Autor

Krzysztof Banasik

Ukończyłem dziennikarstwo sportowe i radiowo-telewizyjne. Ta część mojego życia stała się ogromną pasją, którą realizuje w Śląsknecie od 2007 roku. Od 2019 roku jestem redaktorem naczelnym i współwłaścicielem serwisu.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.