Jezierski: Ten sezon był wielką sinusoidą (WYWIAD)
fot.: Damian Filipowski
Podsumowanie sezonu 2021/22 nie mogło obyć się także bez głosu eksperta. Na trudne pytania dotyczące przyczyn słabej gry Śląska, problemów w warstwie zarządzającej i dalszych losów drużyny odpowiedział były napastnik Śląska oraz komentator Canal+ Remigiusz Jezierski.
Zespół Śląska zaliczył jeden z największych regresów ze wszystkich drużyn w zakończonym niedawno sezonie ekstraklasy. Na początku była walka o europejskie puchary, a później okazało się, że wrocławianie złapali sporą zadyszkę. Podpisuje się pan pod tą tezą, zawartą w pierwszym zdaniu?
Tak, trudno nie podpisać się pod tym sformułowaniem, że był to duży regres na przestrzeni tego sezonu. Z punktu widzenia kibiców i środowiska, najbardziej bolesne było to, że nastąpił on po tak dobrym początku. Co ciekawe, sam Erik Exposito, który był gwiazdą końcówki 2021 roku na miarę całej ligi i na którego wystrzał talentu czekaliśmy, też pod koniec prezentował się gorzej. Już przed startem tego sezonu wiedzieliśmy, że polityka transferowa, polegająca na sprzedaży, a jednoczesnym zastępowaniu zawodników innymi, tak jak w przypadku Przemysława Płachety i Mateusza Praszelika to dobra droga. Te przedsezonowe działania można oceniać jako dobre+ lub nawet bardzo dobre, zachowując terminologię szkolną. Pytanie, czy ludzi zarządzających Śląskiem to zbytnio nie uśpiło? Z miesiąca na miesiąc działy się rzeczy, które są aż trudne do wytłumaczenia. Obserwowaliśmy wiele złych aspektów, a ta sytuacja od przełomu listopada i grudnia stawała się coraz trudniejsza.
Zabrakło szczególnie zastępstwa za Mateusza Praszelika, który był jednym z wyróżniających się młodzieżowców w zespole, a dodatkowo nie pomogło zimowe zamieszanie z transferem Erika Exposito do Chin. Przeglądając klasyfikację najlepszych asystentów w poprzednim sezonie w barwach Śląska można się zdziwić, bo otwierają ją obrońcy: Dino Stiglec i Wojciech Golla (po 5 asyst - przyp. red.), także widzimy, jak to wyglądało w ofensywie. Można mieć po części zastrzeżenia do pracy dyrektora sportowego, Dariusza Sztylki. Czy to zbliżające się okienko transferowe nie jest już dla niego żółtym światłem, bo pamiętamy, że jakiś czas temu oddał się nawet do dyspozycji zarządu?
Z pewnością dyrektor ma świadomość tego, co się stało. Z tego wynikał ten ruch oddania się do dyspozycji po fatalnym meczu z Bruk-Betem (0:4). Ta decyzyjność w pracy dyrektorów sportowych to nie jest łatwe zadanie, bo wiadomo, że nie wszystkie podejmowane akcje będą dobre. Do tej pory Dariusz Sztylka bronił się transferami, wiele z nich było ocenianych pozytywnie. Teraz pojawia się pytanie, czy ta postawa klubu to sprawa tylko transferów? Na pewno to się złożyło na ogólny obraz, bo trudno pozytywnie oceniać formę liderów środka pola w osobach Krzysztofa Mączyńskiego, Petra Schwarza czy defensywy z Wojciechem Gollą i Diogo Verdascą w składzie, by nie wymieniać większej liczby graczy. Oni mieli przebłyski dobrej formy, ale każdy z nich miał także wpadki. Można tu wspomnieć długo wałkowany temat Szymona Lewkota, transfer Caye Quintany, odejście Bartłomieja Pawłowskiego, kontuzję Marka Tamasa. Tyle pechowych rzeczy wydarzyło się w tym sezonie, że nawet trudno było to przewidzieć trenerom czy dyrektorowi sportowemu. To był taki splot trudnych zdarzeń, ale jak to w piłce nożnej, ktoś musi ponieść za to odpowiedzialność. Najpierw poniósł trener Jacek Magiera, niedawno Piotr Tworek, to jest trudny moment.
Wracając do tego stwierdzenia, że te okno transferowe będzie kluczowe, to oczywiście trzeba się z tym zgodzić. Zawsze mówiło się o tych stabilnych oknach i spokojnych ruchach z kilkumiesięcznym przewidywaniem, tego co może się wydarzyć. Tak jak czekaliśmy przecież na wybuch formy Erika Exposito, co trwało przecież około półtora roku. A teraz zapaliło się te czerwone światło i jest na pewno duże poddenerwowanie przez presję czasu. Zobaczymy, jak uda się to poukładać.
Dużo czynników złożyło się na niepowodzenia Śląska w ubiegłym sezonie. Jednym z największych była gra u siebie, bo wrocławianie wygrali zaledwie 3 mecze na Pilczycach, czyli najmniej z całej stawki i zdobył w tych spotkaniach 18 goli (mniej tylko Górnik Łęczna i Warta Poznań - przyp. red.) To jednak daje trochę do myślenia, że w tamtej edycji ekstraklasy ta gra u siebie była o wiele lepsza, bo zespół przegrał tylko 2 razy. Czy to nie był też efekt zbyt dużej presji, którą w pewnym momencie nakładał trener Tworek, często wspominając na konferencjach prasowych, że bardzo chce wygrać domowy mecz?
Mogło tak być, chociaż wiemy, że słowa to jedno, a rzeczywistość drugie. Piłkarze są profesjonalistami przygotowanymi po wielu latach selekcji do presji, która na nich ciąży. Nie zrzucałbym tego na ten aspekt. To może mieć znaczenie, bo sam nie jestem zwolennikiem tego, żeby pompować baloniki, bo to nikomu przed meczem nie pomaga. Ale co do zasady, to problemy zauważam bardziej w formie czy samym ułożeniu i doborze zespołu. Widzieliśmy w wielu meczach Śląsk, który nie dominował i nie stwarzał wielu sytuacji pod bramką rywala. Zespół nie był też taki wybiegany, lotny, lekki.
A z drugiej strony można było odnieść nawet wrażenie, że nie był taki waleczny, jakby się chciało. Teraz nasuwa się pytanie, z czego to wynikało? W piłce często decyduje brak szczęścia i skuteczności, a to determinuje obraz meczu, bo możesz dominować i być lepszy, a i tak przegrasz mecz. Mam jednak takie odczucie, że nawet w poprzednich latach, gdy Śląsk pokazywał dominację i kulturę gry, to potrafił stwarzać sytuacje. Wyraźne były nawet momenty przeważania nad rywalem. Ja wtedy tylko mówiłem, że potrzeba finalizacji, a w ubiegłym sezonie był z tym ogromny problem. Szczególnie w ataku pozycyjnym, gdy Mączyński czy Schwarz powinni być tym barometrem działań między ofensywą a defensywą w skuteczniejszy sposób.
Znalazłem jeszcze taką niechlubną statystykę, która wskazuje, że od grudnia 2021 roku Śląsk wygrał jeden z osiemnastu meczów ligowych, co nie zdarzyło się żadnemu innemu zespołowi w ekstraklasie. Utrzymanie w lidze raczej nie byłoby możliwe bez hojności innych drużyn, które wyciągnęły do nas rękę, prawda?
Tutaj też trudno się nie zgodzić, bo to jest statystyka bardzo negatywna, wskazująca na niesamowitą niemoc. Myślę, że były i tak słabsze zespoły od Śląska w tym sezonie. Dużo rzeczy przyćmiewa nam fakt, że wrocławianie zaliczyli bardzo dużą sinusoidę. Nie było stopniowego wzrostu czy spadania, a hurraoptymistyczne rozpoczęcie rozgrywek, połączone z ciągłym spadkiem w dalszej części. Te pikowanie formy od grudnia sprawia, że mamy czarny obraz tego zespołu, bo raczej pamięta się końcówki ligowego grania niż początki, jakiekolwiek by nie były. Z doświadczenia piłkarskiego wiem, że formę fizyczną czy psycho-fizyczną dany zawodnik buduje czasami na przestrzeni roku, a nie cyklu kilku miesięcy. To, że niektórzy byli w lecie w dobrej dyspozycji, to nie oznaczało, że utrzymają to cały czas i widzieliśmy to na wiosnę tego roku. Piłka to jest jednak gra zespołowa i trzeba wszystko tak zorganizować, żeby znaleźć zawodników w danym czasie w najlepszej formie. A tego z pewnością zabrakło.
Przechodząc do tych zawodników, którzy pożegnali się z zespołem, bo z klubu odeszło czterech graczy, w tym najskuteczniejszy obcokrajowiec, czyli Robert Pich. Z kimś z tej gwardii (Dino Stiglec, Waldemar Sobota, Mark Tamas, Pich - przyp. red.) przedłużyłby pan kontrakt, bo dużo mówiło się szczególnie o Tamasu, który jest zawodnikiem dosyć kontuzjogennym, a chciał zdecydowaną podwyżkę wynagrodzenia?
Nie znając tych zakulisowych niuansów, to zostałbym przy węgierskim obrońcy, bo on spełniał te parametry jakościowe. W treningu i na meczach rzadko się zdarzało, żebyśmy czuli przez ten cały jego pobyt tutaj, żeby był słabszym ogniwem zespołu. Dobrze wkomponowywał się w skład. Jeśli pojawiły się większe oczekiwania finansowe, to już inna kwestia. Tak w piłce jest, masz dobry sezon, to negocjujesz lepsze warunki, a jak jest trudniejsza sytuacja tak jak w przypadku Śląska, to ciężej się dogadać. Decyzja była po stronie zarządu. Tutaj zawsze pojawia się kwestia zastępców, bo jeśli znaleziony zostanie dobry zawodnik, to o Tamasu szybko zapomnimy.