Kosecki: Dziwi mnie to, jak ktoś pisze, że polska liga jest do dupy (WYWIAD, cz.1)
fot.: Mateusz Kuźniak
28 meczów dla Śląska, 5 goli, 5 asyst, dobry początek sezonu 2018/2019 i… nagłe odejście do drugoligowego tureckiego Adana Demirspor. Wrocławianie zarobili na tym około miliona złotych, a sam zawodnik ma inkasować prawie 1,5mln zł rocznie. – Chciałem bardzo zarobić te pieniądze – Jakub Kosecki nie kryje, dlaczego odszedł ze Śląska. Potrafił zaskakiwać nie tylko na boisku, ale także poza nim, dlatego byliśmy pewni, że rozmowa z Kosą będzie pełna smaczków. Zapraszamy na pierwszą część wywiadu z byłym skrzydłowym WKS-u. TUTAJ znajduje się druga część, a najciekawsze fragmenty rozmowy można też odsłuchać TUTAJ.
Piłkarze Śląska Wrocław jako pierwsi w Polsce zgodzili się na zamrożenie swoich pensji. Jak Ty oceniasz to jako piłkarz? Ty również odpuściłbyś, czy to, co by Ci się należało powinno zostać w stu procentach wypłacone?
Ja byłem w Śląsku i tam nie było problemu z pensjami – może miesiąc, maksymalnie dwa zaległości, ale potem było już wszystko regulowane. Problemu z pieniędzmi w klubie nie było. Patrząc na tamte czasy, jeżeli w tamtym momencie zarząd przyszedłby do mnie i powiedział, że chce obniżyć pensje, to bym się zgodził, bo nie miałbym żadnych zaległości. Wiem jednak, że są w Polsce kluby, które mają ogromne problemy z wypłacalnością i nie mówimy tutaj o miesiącu czy trzech, ale tam trwa to po sześć, siedem miesięcy. Jak taki zawodnik ma powiedzieć „okej, nie chcę tych pieniędzy, zrzekam się 70 czy 80%”, skoro przez tyle miesięcy nie dostaje pieniędzy? Uważam, że byłoby to nie fair. Może być różna ocena tego, co powiem, ale nigdy w tym wypadku bym się nie zgodził na obniżkę. Co innego gdybym te pieniądze dostawał na czas – wtedy sam wyszedłbym z inicjatywą, żeby mi nie płacili przez kilka miesięcy czy to 50, czy 100% pensji.
Jak wraz z rodziną radzisz sobie w tych trudnych czasach?
Wiadomo, że jest to ciężki okres. Przede wszystkim chodzi mi o to, że wiele osób na całym świecie jest zarażonych, jest dużo zgonów i to jest przykre. Na pewno wszyscy chcemy już, żeby to się na dobre skończyło. Oczywiście również spędzam dużo czasu z rodziną, czyli żoną i synem. Wiadomo, bycie piłkarzem wiąże się z tym, że mało czasu spędza się w gronie najbliższych, bo zawsze jakieś mecze, wyjazdy. Tu w Turcji czasami wylatujemy 2-3 dni przed meczem, więc teraz ten czas nadrabiam i staram się jak najwięcej przyjemności i korzyści z tego czerpać. Mam nadzieję, że to wszystko w miarę szybko wróci do normalności i będzie tak, jak dawniej.
W jakim stopniu tęsknisz za piłką? Rodzina pomaga Ci się zrestartować i odstawić te myśli o futbolu na boczny tor?
Na pewno. Teraz jest taki okres, w którym mniej się interesuję piłką nożną, ale szczerze mówiąc, to praktycznie codziennie jednak o tym myślę. Wiadomo, nie jest tak, jak w sezonie, gdy masz treningi i mecze. Wtedy cały czas żyjesz tym, żeby dobrze się przygotować do treningu czy meczu. Teraz priorytety są inne – jest rodzina, staram się pomagać również w innych domach w Polsce czy choćby tutaj w Turcji. Dużo osób jest bardzo potrzebujących, a my staramy się pomagać im jak tylko możemy. Teraz takie sprawy są ważniejsze, niż te, które wiążą się z piłką nożną.
Wiele zespołów postanowiło ciąć koszty, zawodnicy zrzekli się części swoich pensji. Czy w Turcji również jest taka konieczność?
Nie wiem jak jest w innych klubach. U nas nie ma żadnego tematu obniżenia czy zamrażania pensji. Prezes w tych trudnych czasach powiedział otwarcie, że jest majętnym człowiekiem i nie musimy się martwić o swoje gaże. To działa również w drugą stronę, bo my jako klub ufundowaliśmy bardzo dużo paczek żywnościowych dla ludzi tego potrzebujących. Ja sam wyposażyłem około 300 rodzin w jedzenie, picie czy inne najbardziej potrzebne im rzeczy. Zdajemy sobie sprawę, że możemy pomóc i to robimy. My nie mamy problemu z pieniędzmi, ale również potrafimy to wykorzystać i dzięki temu możemy pomagać innym.
Czy Ty czułeś strach, niepewność wyjeżdżając z Polski do Turcji? Adana znajduje się również nie tak daleko granicy z Syrią.
Tak, była niepewność. Dużo słyszy się historyjek o Turcji, że oferują ci tyle, a finalnie tych pieniędzy nie dostajesz. Pod tym względem oczywiście niepewność była. Również nie było wiadomo, jak to będzie się żyło tutaj z rodziną, bo w tamtym momencie miałem siedmiomiesięczne dziecko. Nie wiedziałem jak będzie się żyło z takim małym dzieckiem w takim miejscu jak Adana. Okej, jest to fajne miasto, bo jest ciepło praktycznie cały czas, ale jednak Europa a Turcja, to są jednak dwa inne światy. Było też dużo niepewności jeśli chodzi o Syrię, ale po spotkaniu z prezesem oraz osobami związanymi z klubem wiedziałem, że nie będę musiał się martwić o sprawy związane z naszym bezpieczeństwem. Do dziś nie miałem żadnej sytuacji w której mógłbym się czegoś bać. Jestem tu całkowicie bezpieczny i tak też się czuję. Jest mi tu bardzo dobrze.
Aktualnie Twój klub zajmuje czwarte miejsce w lidze. Czy uważasz, że Twój zespół jest w stanie awansować?
Jestem zdania, że jeżeli nie byłoby tego wirusa i gralibyśmy normalnie, to bylibyśmy w stanie awansować bezpośrednio. Mamy naprawdę mocny zespół. Trudno mi powiedzieć jak to będzie teraz wyglądało. Wiadomo, ćwiczysz w domu, robisz trening indywidualny, ale to nie zastąpi treningu z pełnym obciążeniem i całym zespołem. To są zupełnie inne warunki. Nie wiadomo również, kiedy będzie decyzja o wznowieniu rozgrywek. Nie wiem jak będziemy przygotowani na dokończenie sezonu i różnie to może być. Mamy kilku zawodników, którzy ciągną ten wózek, ale są oni w podeszłym wieku. Są to zawodnicy mający po 31-33 lata i ciężko jest mi sobie teraz wyobrazić końcówkę sezonu. Gdyby nie było tej całej afery z koronawirusem, to awansowalibyśmy bezpośrednio. Tak uważam.
Masz kontrakt jeszcze do końca przyszłego sezonu. Jeśli nie uda Wam się awansować, a Twój status w zespole znacząco się nie poprawi, to będziesz chciał powiedzieć już „stop” i zaczniesz rozglądać się za nowym klubem? Czy jednak będziesz dalej walczył z drużyną o awans w przyszłości?
Chciałbym zostać w Adanie jak najdłużej. Odbyłem już parę rozmów odnośnie przedłużenia kontraktu. W zasadzie mój pech polega na tym, że ja wchodząc w optymalną formę i zaczynam dobrze wyglądać na boisku, to przychodzi kontuzja. Teraz wróciłem po operacji więzadła w kostce. Leczyłem się z tego pięć miesięcy. Powoli, małymi kroczkami zaczynałem nabierać wiatr w żagle i nagle odpaliłem. Asysta, asysta, naprawdę grałem dobre mecze, nie dość że robiłem wiatr na skrzydle – tak jak mam to w zwyczaju. Często było do mnie dużo pretensji o to, że robię dużo szumu na skrzydle, dużo walczę, ale mam mało liczb. W końcu te liczby zaczęły przychodzić – to był okres, w którym na cztery mecze zaliczyłem dwie asysty i wniosłem dużo jakości. I znowu to samo, kontuzja i na obozie nie mogłem trenować z drużyną dwa tygodnie w grudniu. Co prawda, nie była ona aż tak groźna, ale na tyle uciążliwa, że nie mogłem w tym czasie normalnie pracować na treningach. Przyszła nowa runda, nowi zawodnicy, pierwszy mecz wygraliśmy wysoko, ja w tym meczu byłem przygotowany na 50%. Do teraz zagrałem w czterech czy pięciu meczach wchodząc z ławki, co było skutkiem moich częstych kontuzji. Jednak mimo tego, chciałbym zostać tutaj jak najdłużej, klub i właściciel też chciałby, żebym dalej u nich grał. Walczę dalej, nie poddaję się i zobaczymy jak to będzie z tym awansem – nie przywiązuję jednak do niego aż tak dużej wagi, bo w piłce nigdy nie wiadomo jak to będzie. Raz jest się tu, raz tam i wszystko może się szybko zmienić. Jest mi tutaj dobrze, rodzina również jest w miarę szczęśliwa, a to jest najważniejsze.
Szczerze – myślałeś kiedy mógłby nastać dzień, w którym powiesz sobie: Zarobiłem już tyle w Turcji, że jestem zabezpieczony i mogę wrócić do kraju i tu pograć sobie do emerytury?
Szczerze? Kurczę, nie wiem. Wydaje mi się, że chciałbym jeszcze pograć tutaj ze trzy lata i móc wrócić do Polski. Paradoksalnie, ja nigdy nie byłem typem zawodnika, który długo siedziałby w jednym klubie. Zmieniałem zespoły i lubiłem to. Nie lubię siedzieć w jednym miejscu i chyba to we mnie zostało. Nie wiem, czy chciałbym wrócić do Polski. Może spróbowałbym obrać bardziej egzotyczny kierunek, zobaczyć ich podejście do piłki, inną kulturę, inny świat. W różnych krajach wygląda to inaczej. Oczywiście, nie musi być to kierunek zmanipulowany pieniędzmi, bo myślę, że po tych latach w Turcji, byłbym już wystarczająco zabezpieczony finansowo. Mówiłem również żonie, że chciałbym jeszcze wrócić do ojczyzny, ale nie w wieku, gdzie miałbym już wszystko w dupie. Uważam jednak, że nie chciałbym wrócić do Ekstraklasy. Zdecydowanie wolałbym przyjść do zespołu z I ligi, która nie będzie broniła się przed spadkiem, ale wręcz nie pogardzi awansem. Takiej, która ma aspiracje na Ekstraklasę, a o spadku w ogóle nie ma mowy. Chciałbym trafić do takiej drużyny i to mnie bardzo kusi, więc zobaczymy jak to będzie wyglądało za kilka lat.
W Adanie jesteś bardzo rozpoznawalną postacią, ale czy spotkałeś się z jakimiś przejawami hejtu, jak miało to miejsce w Polsce?
Ani razu nie spotkałem się tu z hejtem. Tu nie ma czegoś takiego, że ktoś powiedziałby coś brzydkiego, bo kogoś nie lubi. Jeżeli już ktoś coś mówi, to faktycznie ma to sens. To nie jest tak, jak w Polsce. Niedawno ktoś wysłał mi wiadomości typu „chciałbym Cię spotkać, napluć prosto w twarz, zerżnąć Ci żonę” i tego typu teksty. To już jest „patolka”. Takie pisanie jest bez sensu. Zdarzają się również oczywiście kozaki, którzy myślą, że wiedzą o czym piszą, a można ich jednym zdaniem wyprowadzić z tej ich opinii i pokazać, że nie mają racji. W Turcji natomiast nie spotkałem się z niczym takim. Może wiąże się również to z tym, że często nie rozumiem co kibice mówią, bo nie znam tak dobrze tureckiego. Komunikuję się tu po angielsku, więc może dlatego, choć wątpię, bo zupełnie inaczej podchodzą do takich spraw tutaj niż w Polsce.
Czy przez tę łatkę, którą w przeszłości do Ciebie przypięto, czujesz jednak jakąś niechęć do powrotu do Polski?
Nie, absolutnie. Dziwi mnie to, jak ktoś pisze, że polska liga jest do dupy. Mamy piękne stadiony, fenomenalnych kibiców, życie jest naprawdę lekkie i przyjemne. Wiadomo, jest hejt jaka to Polska jest do dupy, ale to mówią osoby, które są chyba zranione i chcą na siłę udowodnić coś komuś z przeszłości typu: „mówiłeś o mnie źle, to teraz ch** Ci w dupę, ja Ci pokażę, jaki to jestem super”. Dla mnie takie gadanie jest bez sensu. Zazwyczaj mówią to Polacy, nie zagraniczni. Obcokrajowcy gdy odchodzą i po jakimś czasie rozmawiam z nimi, to zawsze mówią, że zajebiście wspominają Polskę. Ja również uważam, że Polska to fenomenalne miejsce do gry w piłkę. Jeżeli w jakiś sposób się wyróżniasz, to możesz trafić do mocniejszego zespołu. Bardzo mi się podoba to, jak myśl szkoleniowa poszła do przodu, są tu ciekawe postaci w piłce nożnej jeżeli chodzi o dziennikarzy czy trenerów. Mamy również kibiców, którzy bardzo utożsamiają się z klubami, infrastruktura idzie do przodu. Życie w Polsce jest naprawdę fajne. Nie boję się żadnego powrotu i nie chcę, gdy wrócę do kraju, żeby ktokolwiek pisał czy mówił, że: „uu, podwinął ogon, nie udało mu się i wrócił, bo nie ma gdzie wracać”. Nie, ja nie patrzę na powrót do Polski jako jakieś zesłanie. Byłem w Legii, Lechii, ŁKS-ie, Śląsku Wrocław – w każdym z tych klubów byłem bardzo dobrze traktowany. Mam pozytywne wspomnienia i czułem się świetnie. Wiadomo, że Legia Warszawa będzie dla mnie zawsze klubem numer jeden, ale już wiele razy powtarzałem, że ten rok spędzony we Wrocławiu oceniam naprawdę jako jeden z lepszych w życiu, jeżeli chodzi o życie prywatne, jakie osoby poznałem w klubie i kibiców, którzy z czasem zaczęli mnie pozytywniej odbierać. Oczywiście, nie wszyscy kibice, ale zawsze starałem się, dawałem z siebie 100% i nigdy nie byłem fałszywy, nie bałem się odpowiedzialności, starałem się mówić prawdę i tak będzie zawsze. Gdybym wrócił za rok, dwa – bo może być również taka okazja. Ktoś powie: „a, nie udało mu się, znowu pajac wraca”. Nie – ja po prostu podejmuję decyzje mając również inne propozycje i wracam do Polski ze świadomością, że ja chcę tam wrócić. Tak samo było, gdy przychodziłem do Śląska. Uwierzcie mi, ja byłem na weselu Marcina Kamińskiego i byłem tak szczęśliwy, że idę do Śląska Wrocław i wracam do Polski z drugiej ligi niemieckiej. Przez trzy, cztery dni żona mówiła: „Kuba, ja w końcu widzę, że Ty teraz jesteś naprawdę szczęśliwy”. Polska Ekstraklasa jest według mnie fajnym miejscem, gdy jesteś młodym zawodnikiem i chcesz się wypromować, albo gdy jesteś obcokrajowcem po przejściach i masz jakość. Bardzo dobrze się tu gra, wszystko jest profesjonalne, Canal + fajnie realizuje transmisje, jest to fantastyczny sponsoring. Dlatego chyba ktoś musiał zrobić krzywdę temu, kto mówi, że polska liga jest do dupy, bo ja tak nie uważam.
Czyli Jakub Kosecki oddziela polską mentalność od polskiej piłki?
Nie ma między tymi dwoma rzeczami żadnej zależności. Zdaję sobie sprawę, że gdybym przyszedł teraz do jakiegoś polskiego klubu, to zaczęło by się gadanie: „ooo, Kosecki, przychodzi do naszego klubu panienka”. Nie raniłoby mnie to, bo ja swoim sposobem bycia akceptuję to, że mają prawo oceniać to, że ja taki mogę być – a, że jestem innym człowiekiem, to staram się to pokazywać na treningach czy na boisku i przekonać ich tym, że jest inaczej. Nie ma więc to żadnego znaczenia.
W pożegnalnym filmiku do kibiców powiedziałeś, że czułeś się w Śląsku Wrocław jak w domu. Myślałeś, żeby w przyszłości faktycznie wrócić do tego domu? W wywiadzie dla weszło.com powiedziałeś, że bardzo chętnie byś do nas jeszcze wrócił.
Bardzo chętnie, zdecydowanie wróciłbym. Ja lubię wyzwania i przychodząc do Śląska zdawałem sobie sprawę z tego że, żeby przekonać ludzi będąc otwartym i szczerym, mówiąc prawdę o tym, że jestem Legionistą, mam Legię we krwi, da się oddzielić to, co się o mnie pisze w portalach plotkarskich od tego, co prezentuję na boisku. Staram się zawsze angażować w życie drużyny, w szatni rozmawiać z młodymi zawodnikami, trzymać się starszyzny, robić atmosferę w ekipie. Takie wyzwania są fajne. W ostatnim meczu z Cracovią strzeliłem gola, wiedziałem, że po nim już odchodzę z klubu. Jeszcze przed meczem jednak powiedziałem trenerowi, że nie wiem czy faktycznie odejdę, a on powiedział do mnie: „Dobra Kosa, nie przejmuj się, wyjdziesz dzisiaj w pierwszym składzie”. W ogóle, trener Pawłowski, to dla mnie świetny człowiek, bardzo go szanuję. Wracając – po tym meczu jak zawsze poszedłem z piłkarzami pod młyn, żeby podziękować kibicom. Przybijaliśmy piątki i jeden z kibiców powiedział do mnie: „Kosa, chodź. Ktoś chce z Tobą porozmawiać”, a ja do niego: „Co? Chcecie mi powiedzieć, żebym spie***lał?”. Wtedy jeden z fanatyków powiedział właśnie: „Nie, Kosa. Chcieliśmy Ci właśnie powiedzieć, że podoba nam się w Tobie to, że jesteś zawsze otwarty, szczery i na boisku zawsze zasuwasz na maksa dla dobra zespołu i chcielibyśmy, żebyś z nami został w Śląsku Wrocław”. To był taki moment, w którym ja wróciłem do domu i musiałem jeszcze raz porozmawiać z żoną i zastanowić się, czy ja faktycznie chcę odchodzić z klubu i grać o awans z pierwszej ligi tureckiej do Superligi i czy warto iść za tymi pieniędzmi. Był ten moment, musiałem się poważnie zastanowić nad tym, bo przez ówczesny rok wszystkie osoby w klubie bardzo mnie wspierały. Szkoda, że sportowo nie wyglądało to tak, jak planowano, bo broniliśmy się przed spadkiem, ale życie i miasto piękne, osoby w klubie, stadion i kibice, to wszystko naprawdę wspominam to rewelacyjnie.
Wielu kibiców Śląska zmieniło zdanie o Tobie po tym, co robiłeś na boisku. Uważasz, że Twoim największym problemem w Śląsku były właśnie kontuzje?
To było najgorsze. Gdy czujesz się w jakimś miejscu jak w domu, czujesz się chciany, że możesz o wszystkim z każdym w klubie porozmawiać, że masz dobrych znajomych w szatni, jesteście jedną drużyną, to uskrzydla. Nawet przez te wyniki, które nie wyglądały zbyt dobrze, to my się trzymaliśmy razem. Jeśli czujesz się w tym miejscu dobrze, to ta forma prędzej czy później przyjdzie - ja tak się czułem w Śląsku. Myślę, że na początku nie byłem jeszcze gotowy na 100%, ale już z Arką zagrałem dobry mecz, asysta z Termalicą, inne mecze też całkiem dobre i nagle kontuzja. Zerwane więzadła w kostce i znowu męczyłem się przez półtora miesiąca. Wróciłem na mecz z Lechem, tam wywalczony karny, wszystko było dobrze i potem z Piastem znowu to samo – naderwane więzadła piętowe, zapalenie Achillesa. Bardzo długo leczyłem tę kostkę. Nie mogłem rozwinąć skrzydeł, trudno było dojść potem długo do tej optymalnej formy. Później już przez jakieś osiem meczów prezentowałem faktycznie tę formę, którą jestem w stanie zaskoczyć i wszyscy to widzieli. Nie ma co ukrywać, pojawiły się również głosy o reprezentację – nie wiem czy to była prawda, czy nie. Wróciłem na ten wysoki poziom z którego byłem znany chociażby w Legii.
Odszedłeś z zespołu, gdy zacząłeś znów stawać na nogi, wyróżniać się i powoli stawać gwiazdą zespołu. Dlaczego akurat w tym momencie postanowiłeś odejść, biorąc pod uwagę, że kontrakt miałeś na łącznie 3 lata?
Pieniądze mam tu zdecydowanie większe niż w Polsce. Czytałem dużo o możliwościach finansowych klubów z polskiej ligi i niestety, tu nie ma co porównywać z tym, jakie pieniądze mój obecny klub może zaoferować zawodnikom. Chciałem bardzo zarobić te pieniądze. Kiedyś ojciec opowiadał mi taką sytuację, idziesz do sklepu jako Jakub Kosecki, który miał ambicje i mówił do ciebie: „Kuba ja mam dla Ciebie klub, będziesz mógł sobie dobrze zarobić”, a Ty mu odpowiadasz: „Nie, dzięki. Ja mam ambicje, chcę grać w Premier League, Primera Division, Lidze Mistrzów. Będę szedł do innego klubu za małe pieniądze, ale mam te ambicje i chcę grać w większych ligach, to ja zrezygnuję z tych pieniędzy”. I jest drugi Jakub Kosecki, który również ma ambicje, ale zdaje sobie sprawę z tego, jak życie piłkarza jest krótkie, chce zarobić pieniądze, żeby zaopatrzyć się na przyszłość. I masz tych dwóch Jakubów Koseckich, idziesz do sklepu, kupujesz zabawki dla dziecka, kupujesz dla siebie ubrania, dla żony różne rzeczy i wychodzi ci rachunek 15 tysięcy złotych – powiedziałem dużo, 15 tysięcy, ale chcę, żeby ta scena została dobrze odebrana. Pierwszy Jakub Kosecki mówi: „Wie Pani co? Ja nie mam tych 15 tysięcy złotych, ale ja miałem ambicje na grze w Lidze Mistrzów! Da mi Pani te rzeczy za 2 tysiące złotych?”. Popatrzyłaby się na Ciebie jak na debila, pokazała, gdzie jest wyjście i pożegnała się. Jakub Kosecki, który gdzieś te ambicje miał, ale postanowił iść za pieniędzmi, żeby zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie zapłaci te 15 tysięcy i nie będzie miał żadnego problemu. To mi powiedział kiedyś tata i zawsze gdzieś o tym myślałem i taka jest prawda. Życie piłkarza nie jest zbyt długie i trzeba się zabezpieczyć. Wiadomo, można w różne rzeczy zainwestować, ale fajnie jest jednak zarobić tych pieniędzy więcej, żeby mieć mniej problemów w przyszłości. Możliwe, że ta historia zostanie głupio odebrana, ale coś w tym jest – trzeba myśleć również o rodzinie. A jeżeli ktoś zaoferuje ci naprawdę duże pieniądze, to aż żal nie skorzystać.
Twoja żona rodziła, gdy grałeś w Śląsku. Dostałeś kontrakt na 3 lata. Traktowałeś to jako typowe zabezpieczenie i deskę ratunku czy zamierzałeś rozglądać się za nowym klubem już szybciej?
Nie. Chciałem być zabezpieczony jeśli chodzi o długość kontraktu. Umówmy się, Śląsk Wrocław nie jest anonimowym klubem – to jeden z największych zespołów w Polsce z pięknym stadionem, miastem i świetnym gronem kibiców. To nie jest tak, że ja tam szedłem i potem jest koniec, że idziesz do Śląska Wrocław, nie udaje Ci się i idziesz na jakieś zadupie. Jeśli odchodzisz, to idziesz do innego klubu w Ekstraklasie, bo Śląsk ma swoją wielką renomę i ma dobrą pozycję na rynku transferowym. Ja chciałem kontrakt na 3 lata, żeby wiedzieć, że spokojnie mogę się przygotować do bycia częścią tej nowej drużyny, bo wtedy ten projekt powstawał. Była to spora inwestycja w nową drużynę. Chciałem się przygotować, bo myślałem, że potoczy się to inaczej i od początku będziemy walczyć o mistrzostwo, a nie o spadek. Jak widać, trochę to musiało potrwać, żeby Śląsk zaczął walczyć o mistrza Polski czy europejskie puchary. Patrzyłem na to bardziej tak: „Okej, w pierwszym roku może jakiś awans do europejskich pucharów, albo chociaż walka o nie, a potem atakujemy jeszcze wyżej”. Chciałem być częścią tego planu i o to w tym chodziło.
Według niektórych, za szybko się poddałeś w walce z kontuzjami i po słabym dla klubu sezonie. Natomiast według nich masz jeszcze coś do udowodnienia i liczą, że nie powiedziałeś jeszcze ostatniego słowa we Wrocławiu.
No zobaczymy. Różnie bywa ze zdrowiem, jednak charakteru nigdy mi nie zabraknie. Może coś wielkiego jest jeszcze przede mną. Z drugiej strony, jestem w Turcji już dwa lata, obecny trener jest już moim ósmym – ciągle kogoś zwalniają. Zostały ze mną może łącznie cztery osoby. Mówimy tu o fizjoterapeutach, zawodnikach i tak dalej. Sześciu zawodników przychodzi, dziesięciu odchodzi. Następne okienko: dziesięciu odchodzi, ośmiu przychodzi – i tak co chwilę. Ja się już sam pytałem prezesa czy ja mam odchodzić, jak to ma wyglądać? Oni wszyscy chcą, żebym tu został. Dwa lata to jest naprawdę duży sukces przy takim zakręceniu, zwalnianiu trenerów i zawodników. Mogą się ludzie śmiać, że to spore osiągnięcie, ale byli zawodnicy, którzy podpisywali kontrakty na 60 tysięcy euro netto miesięcznie i po dwóch miesiącach już ich nie było w klubie, różnie to bywa tutaj.
Pięknie to brzmi: „Jakub Kosecki blisko statusu klubowej legendy po rozegraniu dwóch sezonów w Adanie Demirspor”
Dokładnie tak (śmiech). Może to faktycznie głupio brzmi, ale strasznie szybko wszystko się tutaj zmienia. Wszyscy przychodzą, odchodzą. Ja powiedziałem swojemu menadżerowi po pierwszych dwóch okienkach transferowych: „Thomas, dla mnie większym sukcesem będzie to, że ja w tym klubie zostanę do końca kontraktu i wywalczę pierwszy skład niż mistrzostwo polski i Puchar Polski z Legią Warszawa”. Zaczął się śmiać ze mnie. Trochę tak to wyglądało, naprawdę. Ciągle, gdy łapię już z kimś jakiś fajny kontakt, to za chwilę muszę go żegnać. Nawet śmieją się trochę ze mnie, że jestem klubową żabą, bo jak ktoś jest ze mną w pokoju na zgrupowaniach, to zaraz go nie ma w drużynie. Był Anderson, potem Jonathan Legear, Tanju Kayhan, Mitrovic, Pote – byli, a za chwilę już ich nie było w klubie. Teraz, gdy piłkarze są ze mną w pokoju, zastanawiają się co z nimi dalej będzie (śmiech). Turcy są kąpani w gorącej wodzie i nic z tym nie zrobisz. Czasem lepiej byłoby przeczekać pewne rzeczy, ale to są ich pieniądze, niech robią co chcą.
Tobie jako zawodnikowi nie przeszkadzają takie częste roszady w szatni?
Przeszkadza, każdy o tym mówi. Ja jestem tu od początku, odkąd nowy prezes przyszedł i to się ciągle zmienia. Teraz nie ma chyba nawet zawodnika, który grałby każdy mecz. Grasz dziesięć meczów, okienko transferowe, przychodzi trzeci nowy trener z innymi planami na zespół. Tego kupujemy, tego wywalamy. Nowy zawodnik przychodzi i nagle on gra zamiast Ciebie. Siedzisz na ławce jeden, dwa mecze, prezes widzi, że nie wygląda to tak, jak powinno, zwalnia trenera, przychodzi kolejny. I znowu zmieniają, wracają zawodnicy, którzy grali wcześniej i znowu kolejny trener, nowi zawodnicy. Przychodzi nowy zawodnik, to musi grać. Tak to wygląda. Czasami aspekt sportowy przestaje się liczyć. W grę zaczynają wchodzić inne rzeczy. Nie wiem jak to nazwać – układy? Musisz być cierpliwy, ciężko trenować i czekać na swoją szansę.
Koniec część 1. Cześć 2 już w środę z samego rana!