Kosecki: Nagle trener krzyczy: stop, stop k***a! (WYWIAD, cz.2)

Kosecki: Nagle trener krzyczy: stop, stop k***a! (WYWIAD, cz.2)

fot.:

Zapraszamy do lektury drugiej części wywiadu z Jakubem Koseckim, która dotyczy tylko Śląska. Pierwsza część znajduje się TUTAJ, a TUTAJ można odsłuchać najważniejsze fragmenty całej rozmowy.



 

Jak porównujesz lata spędzone w Legii do tego roku spędzonego we Wrocławiu? Co było lepsze w Śląsku, a co gorsze?

Na pewno wyniki były lepsze w Legii. Lepiej mi się żyło we Wrocławiu, miasto było spokojniejsze, ludzie nie pędzili za tym, żeby się gdzieś nie spóźnić na jakieś spotkania. W Warszawie wszystko szybko leci, wszędzie samochody, ciągle ludzie w biegu. We Wrocławiu czułem ten spokój, przyjeżdżało dużo turystów na starówkę. Macie piękne parki, zoo. Widać było, że tych turystów było więcej, życie było takie harmonijne. Miasto jest piękne, bardzo dobrze mi się żyło. Miałem plan z żoną przed wirusem, żeby przyjechać do Wrocławia na tydzień, odwiedzić nasze ulubione restauracje, miejsca, zajrzeć do klubu, ale nie udało się i póki co się nie uda. Naprawdę dobrze mi się tam żyło, żonie również. Może zabrzmi to głupio, ale rok we Wrocławiu traktuję na równi z tymi czterema latami w Warszawie.

Teraz to jeszcze bardziej dałeś się pewnie polubić wielu kibicom z Wrocławia tym zdaniem (śmiech).

Pewnie przypadnę do gustu kibicom Śląska, ale nie spodoba się to kibicom Legii. Mówię to, co myślę i z jednej strony robię sobie dobrze w jednym miejscu, a kopię sobie dołek w drugim. Nie zwracam na to kompletnie uwagi. Byłem po prostu bardzo szczęśliwy i we Wrocławiu, i w Warszawie, ale jeśli mam mówić o jakości życia, tego spokoju, to oceniam ten okres podobnie do tych lat w Legii.

Jak współpracowało Ci się we Wrocławiu z trenerami Urbanem i Pawłowskim?

Trener Urban to był tata. Gdyby zadzwonił do mnie teraz z jakichś Chin, Azerbejdżanu czy Hiszpanii, gdziekolwiek by był, to od razu bym powiedział: „Tak trenerze, jestem zainteresowany, chcę odejść”. Chciałbym do trenera przyjść i z nim pracować. Nie wiem czy trener Urban chciałby pracować ze mną. Jestem bardzo charakterną osobą, więc mogliśmy mieć czasem nie po drodze, ale zawsze wszystko było wyjaśnione. Jest bardzo dobrym człowiekiem. Miał duży problem w Śląsku z kontuzjami czołowych zawodników i może właśnie przez to mu nie wyszło we Wrocławiu. Ja zawsze będę uważał go jako super trenera i osobę, dzięki której wypłynąłem na szerokie wody, a potem wszystko zależało już ode mnie – nie wykorzystałem w pełni tego i tyle.

Kto w jakich aspektach był lepszym trenerem?

Obaj są byłymi piłkarzami, rozumieli jak wygląda życie piłkarza, na co przymknąć oko, jak podejść i pogadać do zawodnika. Mieli taką samą myśl. Trener Urban miał dużo treningów z piłką, dużo gry w „dziadka”, na jeden kontakt, na małe bramki – zazwyczaj była to piłka, choć zdarzała się i na przykład siatkonoga. Trener Pawłowski spędził dużo czasu w Austrii, Niemczech. Ze względu na to, stosował takie podejście, że mieliśmy dużo interwałów, wiele treningów fizycznych. To była ta różnica. Nie sądziłem, że kiedykolwiek poczuję jeszcze do trenera to, co czułem do trenera Urbana, a trener Pawłowski, to jedyna osoba do której to poczułem.

Jak wspominasz współpracę z ówczesnym dyrektorem sportowym Śląska Adamem Matyskiem?

Bardzo dobrze. Kawa na ławę. Otwarcie mówiliśmy sobie kto czego oczekuje. Podpisaliśmy kontrakt, potem były spotkania. Mówiłem co mogłoby się zmienić. Nie mówiłem o jakichś treningach, w to nie wchodziłem. Zwróciłem uwagę na szatnię, bo mimo tego, że szatnia Śląska jest już kultowa – w saunie i na odnowie biologicznej dużo rzeczy tam się działo – to jednak mówiłem, że mogliby to zmienić. Wspominałem o takich bardziej organizacyjnych rzeczach. On też dużo mówił do mnie, gdy zrobiłem coś dobrze – gdy źle, to ustawiał mnie do pionu. Bardzo dobrze wspominam tę relację. Nie udało się Matyskowi, bo wynik był nie taki, jaki być powinien.

Czujesz żal do kogoś z klubu czy może właśnie chciałbyś podziękować za coś z perspektywy czasu?

Nie ma osoby do której miałbym jakikolwiek żal z klubu - czy to do piłkarza, czy kogokolwiek ze sztabu, czy z biura. Podziękować? Oczywiście, że tak! Chciałbym podziękować Pani Anecie, księgowej, która zajmowała się moimi sprawami, także nigdy nie było problemów z wypłatami (śmiech). A tak na poważnie, tęsknie za Żabą (Radosławem Żabskim – przyp.red.), Krzysiem Bukowskim, czy za Szamanem (Jarosławem Szandrocho – przyp.red.), którzy pracowali jako fizjoterapeuci. Czasami jak tak sobie leżę w Turcji, jest ciężko, to tak sobie myślę, że fajnie byłoby być teraz we Wrocławiu.

W jakim stopniu śledzisz to, co dzieje się w Śląsku lub Ekstraklasie?

Śledzę wszystko. Jeśli gdzieś jadę, to również odpalam sobie mecze Legii lub właśnie Śląska. Wiem praktycznie wszystko jeśli chodzi o polską Ekstraklasę. Staram się być na bieżąco.

Gdybyś wrócił teraz do Śląska, to pewnie miałbyś już wreszcie znajomą twarz z Legii Warszawa w zespole. Wiesz o kim mowa?

Broziu? Łukasz Broź?

Dokładnie tak. Jak Wy się dogadywaliście na co dzień?

Bardzo dobrze. Mieliśmy bardzo dobry kontrakt. Miał w Legii szafkę obok mnie. W Śląsku miałem jeszcze dwa treningi zanim podpisałem kontrakt. Wróciłem do Polski i jeszcze zrobiłem z zespołem te treningi – jeden indywidualny z chłopakami, którzy nie pojechali na mecz. Był w tej grupie Broziu, ja nawet proponowałem mu moje mieszkanie we Wrocławiu. Widziałem się z nim przed wylotem do Adany i miałem możliwość potrenowania z nim jeszcze w Śląsku. Bardzo fajny chłopak i szkoda, że złapał tę kontuzję, bo był w sztosie.

Myślisz, że mogłaby być z tego jeszcze dobra współpraca po tylu latach?

Z Broziem się zawsze bardzo dobrze grało, bo lubił atakować i iść do przodu. Ja dzięki temu, że ściągał na siebie obrońcę czy bocznego skrzydłowego, miałem więcej miejsca, także nie dość, że dawał radę w ofensywie, to jeszcze dawał radę wracać do obrony, więc nie trzeba było nigdy za niego potem wracać.

Dobrze współpracowałeś z młodymi zawodnikami. Za twoich czasów debiutował m.in. Sebastian Bergier. Mówiłeś wtedy, że oni będą stanowić o sile Śląska Wrocław. Okazuje się, że dziś jest na to jeszcze nadal zbyt wcześnie. Co Ty jako dojrzalszy, bardziej doświadczony kolega z byłego klubu mógłbyś im teraz powiedzieć?

Bardziej skłaniam się ku temu, żeby iść na wypożyczenie, chyba, że klub mnie już nie chce, to dogadałbym się, żeby odejść gdziekolwiek – nie musi być to nawet Ekstraklasa, może być to 1. liga. Ja sam w Legii miałem taką sytuację – nie grałem, więc postanowiłem iść do niższej ligi, ograć się. Jak jesteś młody, to myślisz tylko o tym, żeby grać – przynajmniej ja tak miałem. Kiedy szedłem z Legii na wypożyczenie do ŁKS-u albo Lechii Gdańsk, to grałem. To było dla mnie mega ważne. Treningami nie nadrobisz tego, że nie grasz w meczach.

Wiele osób zarzuca trenerowi Laviczce, że za mało korzysta z młodych zawodników. Tym bardziej w sytuacji, gdy uruchomiony został przepis o młodzieżowcach.

Tak, ale uważam to jako trochę krzywdzące. Trochę młodzieżowców gra, ale nie trzymają wymaganego poziomu Ekstraklasy. Może to trochę zabrzmi krzywdząco, jest kilku chłopaków, którzy grają, bo muszą grać. Troszeczkę ten ich poziom razi w oczy. Śląsk akurat nie ma takiego problemu, bo jest Przemysław Płacheta, który może imponujących statystyk nie ma, ale jest to super piłkarz i zdecydowanie Śląskowi się z nim udało.

Z drugiej strony łatwo takiego piłkarza zajechać, a takim przykładem jest właśnie Płacheta, który gra często od początku do końca, co mecz.

Uważam, że najgorszy jest drugi sezon. W pierwszym jeszcze jest dobrze, bo nikt nie zna, nie oczekuje od ciebie nie wiadomo czego. Potem te oczekiwania rosną i ten drugi sezon jest trudniejszy. Często nie wygląda to tak, jakby zawodnicy tego chcieli, no chyba że przewyższasz tę ligę i poradzisz sobie w niej bez problemu. Może tak być, że młodzieżowcy będą mieli te problemy, a i tak będą musieli grać. W Polsce teraz kluby szukają młodych zawodników, a jest z tym również problem, bo nawet jeśli byłby z pierwszej ligi, to kluby żądają za niego dużych pieniędzy. Dlatego właśnie najlepiej stawiać na wychowanków, a że czasami nie są oni do końca odpowiednio przygotowywani do gry w Ekstraklasie, to potem to widać. Nie mówię tego, żeby zrobić komuś na złość, ale po prostu czasem krzywdzi się tylko w ten sposób chłopaków. Szkoda, bo wiemy jak jest w Polsce, jeden, dwa mecze zagrasz gorzej i jest błyskawiczne cięcie w mediach czy gdziekolwiek.

Masz dziś jakiś kontakt z kimś ze Śląska? Z kim za czasów gry w klubie najbardziej się trzymałeś w szatni?

Byli Arek Piech, Michał Chrapek, Kamil Dankowski i Robert Pich. Ich się naprawdę blisko trzymałem. Gdzieś wyszliśmy czy w domach się spotykaliśmy, to były te osoby. A ogólnie miałem bezproblemowy kontakt z każdym zawodnikiem z szatni, z każdym się rozmawiało i żartowało. A taka paka najbliższych osób w klubie zawsze musi być. Do tego byli fizjoterapeuci, byli trenerzy: Kibu czy też trener Urban często również wchodził do szatni, żeby z nami porozmawiać. Mamy kontakt, często napisze się na Facebooku czy Instagramie, jakaś wideokonferencja. Są miłe wspomnienia, jest z kim pogadać i to cieszy.

Kosecki, Robak, Chrapek, Piech, Słowik, trener Urban, itd. Dlaczego według Ciebie z taką ekipą nie udało się spełnić wcześniej ustalonych celów?

To było zaskoczeniem dla wielu – szczególnie, że mieliśmy okres, gdzie naprawdę dobrze graliśmy. Potem mieliśmy pechową serię – nie mogliśmy wygrać na wyjeździe. Trudno mi powiedzieć, czemu tak było. Potem jak naprawdę się usiądzie i na spokojnie przekalkuluje, to my naprawdę mieliśmy duży problem z kontuzjami. Robert Pich musiał grać na prawej obronie. W derbach nie miał kto wejść ze zmiany, musieliśmy grać zupełnie innym składem. Nie mieliśmy nawet zawodników na ławkę. Takie rzeczy miały miejsce i naprawdę ciężko idzie się na trening i widzisz: ten jest obity, tego coś boli, ten w ogóle nie może trenować od dwóch tygodni, ma kontuzję. Przychodzisz na trening i masz osiem osób. Trener Urban musiał sobie z tym wtedy radzić i według mnie poradził sobie bardzo dobrze, choć te wyniki nie były zadowalające, to trener dawał radę.

Uważasz, że największym problemem Śląska z sezonu 2017/18 był właśnie brak głębi składu? Może zamiast na zmienników, za dużo pieniędzy poszło na paru klasowych zawodników?

Żeby osiągać wyznaczone cele musisz mieć zawodników z nazwiskiem, którzy mogą pociągnąć ten zespół, ale zabrakło jednak pomyślunku, żeby do tych zawodników dokupić jakichś zmienników. Bo Robak może mieć kontuzję, Chrapek, Kosecki, Pich. Kupmy jakichś zawodników, trochę gorszych, ale żeby ktoś po prostu był – i takich piłkarzy nam zabrakło, bo w pewnym momencie nie miał kto grać. Świetnym przykładem jest Danek, który złapał kontuzję i potem na prawej obronie miał być niby Augusto, ale trener Urban nie widział w nim prawego obrońcy. Ostatecznie grał tam Robert Pich, który również jest przecież zawodnikiem ofensywnym. Najważniejsze jest to, że Śląsk dał radę w tym sezonie wszystko sobie uporządkować i fajnie to wygląda, bo mają ekipę i Śląsk Wrocław musi być wielki.

Co Ciebie denerwowało w klubie, na mieście?

To bardziej zarzuty do mojej osoby. Nie potrafiłem w tych najtrudniejszych dla klubu momentach dać czegoś od siebie, wziąć pewnych rzeczy na swoje barki, bo albo kontuzje, przez które nie mogłem wyjść przed szereg w szatni i powiedzieć: „Dobra Panowie, pokażemy jaja, idziemy, damy radę”, bo po prostu byłem kontuzjowany i nie mogłem grać. Z drugiej strony czasem ta forma przez te kontuzje nie była też tak dobra i nie mogłem zbyt wiele pokazać. Na to byłem na siebie zły. I tego żałuję.

Uczestniczyłeś również w życiu nocnym Wrocławia? Mieliście jakąś grupę bankietową w klubie?

Nie no, oczywiście, że uczestniczyłem. Nie było grupy bankietowej – bez przesady. Wrocław to tego typu miasto, że chłopaki wyskoczyli na kebaba i od razu było zrobione zdjęcie. Trzeba było wiedzieć, gdzie, jak i z kim, żeby było dobrze. W moim przypadku akurat żona była w ciąży, więc aż tak o tym wtedy nie myślałem. Z tego co pamiętam były dwa wkupne, bo był trudny okres w zespole i musieliśmy sobie mocniej pogadać. Łącznie z pięć razy wychodziliśmy na miasto – czy to z moimi znajomymi, czy to z kolegami z klubu. Było naprawdę fajnie, Wrocław nocą jest równie piękny.

Masz jakieś ciekawe wspomnienia, anegdoty z tamtego okresu?

Mam kilka w głowie, ale nie nadają się do opowiadania publicznie (śmiech). Ale generalnie czułem się w Śląsku bardzo dobrze ze względu na to, kogo tam poznałem. Były to osoby, które śmieszyły te same rzeczy co mnie, mieliśmy te same głupie pomysły, nadawaliśmy na tych samych falach. Nie chodzi tu o jakieś imprezy, nie. Były to sytuacje które działy się w szatni czy w hotelach. Nie chciałbym też nikomu tym dokuczyć, a pewnych historii też po prostu nie powinno się opowiadać – niech to zostanie między nami. Wolałbym to zatrzymać to dla siebie i chłopaków, choć było naprawdę śmiesznie. Mogę powiedzieć na przykład taką sytuację: trening, przed ważnym meczem chyba z Lechią Gdańsk za czasów Tadeusza Pawłowskiego, jeszcze nie było pewne utrzymanie. Graliśmy sobie jakąś gierkę i nagle trener krzyczy: „Stop, stop k***a!”. Nikt nie wiedział o co chodzi, bo gramy dobrze, piłka chodzi tak, jak trener kazał. Trener mówi: „Stop, k***a. Patrzcie wszyscy na niebo!”.  My patrzymy, a tam kaczki lecą i trener powiedział: „Chłopaki, zobaczcie. To jest k***a gra zespołowa. To jest klucz i wy macie poruszać się na tym boisku jak te kaczki”. Wszyscy k***a patrzymy ze zdziwieniem, on gwizdnął – „dobra, gramy”.

Kogo uważałeś za największego motywatora, przywódcę w zespole?

Mario (przyp. red.: Mariusz Pawelec) i Piotr Celeban, to są dwie osoby najbardziej związane ze Śląskiem Wrocław i oni zawsze bardzo mocno motywowali. Mario mocno się wczuwał, widać, że bardzo mu zależy na Śląsku. Jego się słuchało i rzeczywiście było słychać, że u niego ta pasja, chęć zwyciężenia i ta chęć, żeby Śląsk był wielki, było to czuć nawet w głosie.

Kogo uważasz za największego w Śląsku walczaka, który nigdy nie odstawiał nogi?

Arek Piech. Na treningach nigdy nie odstawiał nogi. Zawsze jak była jakaś przebitka, to Arek nie patrzył, wpierdzielał się, nie kalkulował, czy głowę wsadzić, on zawsze walczył i na meczach i treningach.

Kto był najbardziej uzdolniony technicznie?

Michał Chrapek.

Bardziej od Kuby Koseckiego (śmiech)?

Oj nie, nie, ja nie będę siebie w to wliczał. Tak się bawić nie będziemy (śmiech). Ale tak na poważnie Chrapi miał super technikę, naprawdę. Fajnie się go oglądało.

Kto był największym wodzirejem, śmieszkiem w szatni?

Michał Mak. Oj ma chłopak w głowie (śmiech). No mistrz świata. Nie da się go nie pokochać, moja żona widziała go raz i mówi do dziś: „Jaki cudowny chłopak”. No naprawdę, śmieszny, uśmiechnięty, pozytywny, ciągle żartuje i potańczyć potrafi. Disco polo słucha – ja akurat nie słucham w ogóle, ale on cały czas. Czasami mówi się na niego nawet „Zenek”. Jeśli nie miał kontuzji i był z nami w klubie, to również cały czas trzymał się z nami w szatni. Cały czas można go słuchać, zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia. Udaje również ludzi, o Jezu (śmiech). Maki jest dobry.

Kto był najbardziej pracowity?

Piotr Celeban. Kiedyś pięć minut przed treningiem ja wchodzę do szatni, patrzę i nie wiem co on tam robi, a on jogę ćwiczył. Mówię: „chłopie, co Ty robisz?”. Facet łapał się już wszystkiego. Zagrał już 300+ meczów w Ekstraklasie bez przerw, bez kontuzji. Odżywki, sauna, prysznic, kriokomora, bieganie, zawsze o siebie dbał. Nigdy w życiu nie widziałem człowieka, który przebiegłby 10km na tętnie 180 i się śmiał. Celeban, to była osoba, która zawsze się śmiała, niezależnie od tego czy musi przebiec 10km czy więcej, czy interwały, czy ciężary. No nie wiem, on był szczęśliwy, że trzeba pracować.

Co chciałbyś przekazać ludziom związanymi ze Śląskiem Wrocław?

Chciałbym przekazać, żeby wszyscy wspierali swój klub jak tylko mogą, żeby byli rodziną, żeby pamiętali, że są nie byle jakim klubem, bo są Śląskiem Wrocław. Żeby nigdy nie myśleli, że są mniejsi od Lecha Poznań, czy to Wisły Kraków, czy Legii Warszawa, bo jest to również zasłużony, wielki polski klub z wielką ilością kibiców, który ma przed sobą piękne lata. Chcę dodać, że byłem szczęśliwy z gry w Śląsku i byłbym bardzo dumny móc jeszcze raz wystąpić w barwach Śląska. Jesteście dla mnie pozytywnym impulsem w życiu, że można po czymś złym otrzymać coś dobrego i jeśli tylko ciężko się pracuje, to osiągnie się sukces. Dziękuję również trenerowi Pawłowskiemu za to, że poświęcił mi tak dużo czasu oraz, że mogliśmy znaleźć wspólny język czy to na rybach, czy na boisku. Dziękuję wszystkim.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.