Koszmar Michała Szromnika nazywa się Bruk-Bet
fot.: Marcin Folmer
Sobotnie popołudnie nie mogło przybrać bardziej fatalistycznych barw niż widzieliśmy na wrocławskim niebie po meczu z czerwoną latarnią ligi z gminy Żabno. Jednym z głównych mankamentów w grze wrocławian okazały się błędy indywidualne, które przytrafiły się głównie człowiekowi, od którego oczekiwaliśmy więcej odpowiedzialności, czyli Michałowi Szromnikowi. Zapraszamy na tekst w ramach #EchaMeczu.
Do tej pory urodzony w Gdańsku golkiper był raczej ogniwem, od którego rozpoczynano w szatni kompletowanie pierwszej jedenastki Śląska. W ostatnich tygodniach forma 29-latka zaczęła niepokojąco spadać, a pomimo tego, że ciągle w blokach czekał Matus Putnocky, pozycja Szromnika ciągle pozostawała utrzymana. Pierwsza lampka zapaliła się po straconym golu w Częstochowie, natomiast po spotkaniu z Bruk-Betem zaczęła żarzyć się cała sygnalizacja świetlna informująca o problemach podstawowego golkipera wrocławskiej drużyny.
NIESPODZIEWANY BOHATER
Doskonale pamiętamy świetne wejście do klatki pierwszego zespołu Michała Szromnika w starciu 12. kolejki poprzedniego sezonu z Rakowem (0:0), w którym gdańszczanin uchronił Śląsk przed większymi stratami i swoją znakomitą postawą oczarował wielu kibiców. Później były przegrane derby z Zagłębiem (1:2), ale znowu ozłocone latającym między słupkami Supermanem w zielonej bluzie bramkarskiej. Były zawodnik m.in. Chrobrego Głogów sukcesywnie udowadniał, że ciężką pracą można zaklepać sobie miejsce w składzie i nie oddawać go nikomu innemu, nawet jak za plecami prosto w kark chucha doświadczony ligowiec specjalizujący się w obronie rzutów karnych.
- Matus Putnocky w tym sezonie ekstraklasy: 5 meczów, 9 wpuszczonych goli, 0 czystych kont
Matus Putnocky, bo o nim mowa, dostawał znacznie mniej szans po eksplozji formy Szromnika, a ciekawy zabieg postanowił zaaplikować szatni Śląska Jacek Magiera, który zechciał naruszyć strefę komfortu dotychczasowej “jedynki” i dać szansę bardziej doświadczonemu golkiperowi w Szczecinie przeciwko Pogoni (1:2). Wszyscy wiemy, jak skończył się ten eksperyment. Matus otrzymał 4 mecze, w których stracił łącznie 8 goli i nie ustrzegł się poważnych błędów, jak chociażby przy pierwszym golu Portowców czy przy dośrodkowaniu na głowę Czorbadżijskiego ze Stalą (2:1), gdy zaliczył pusty przelot. Wydawało się, że dla Szromnika był to dostateczny impuls do wykrzesania z siebie jeszcze więcej. Wraz ze spadkiem dyspozycji całego zespołu, zaczął do niej niebezpiecznie równać także pozyskany z Głogowa golkiper.
PIERWSZE SYGNAŁY
Oczywiście, pozycja bramkarza jest specyficzna. Nie każdy może pozwolić sobie na utrzymanie maksymalnej koncentracji przez cały mecz i bycie ciągle pod prądem. Doskonale udowadniają to przykłady z tego sezonu naszej rodzimej ligi w osobach Daniela Bielicy z Górnika Zabrze czy Kacpra Bieszczada z Zagłębią, którzy dostając szansę najpierw grali solidnie, by po czasie pokazać swoje przywary. Nie stawiajmy jednak Szromnika w gronie młodych rokujących golkiperów, jakimi są wymienieni wyżej. Musiał niestety nadejść pewien kryzys, być może "wieku bramkarskiego".
- Michał Szromnik w tym sezonie ekstraklasy: 25 meczów, 36 wpuszczonych goli, 5 czystych kont
- Przeciwko Bruk-Betowi: 8 wpuszczonych goli w tym sezonie, w całej karierze: 14 wpuszczonych goli
Niespodziewanie objawił się on jednak podczas ostatniego pozytywnego akcentu wrocławian, czyli zatrzymania pod Jasną Górą Rakowa (1:1). Z której strony nie oglądać powtórki wolno lecącego strzału Patryka Kuna, nie sposób ukryć wrażenia, że Szromnik mógł się w tamtej sytuacji zachować lepiej. Mała kropla dziegciu, ale jednak psująca całą beczkę miodu, jakim był pojedynek z pretendentem do tytułu. A pamiętajmy, że to golkiper Śląska często był ostoją w kryzysowych momentach, jak np. w Łęcznej, gdzie ścigał się z Adrianem Kostrzewskim o to, kto popisze się efektowniejszą paradą bramkarską. No i przyszła ta nieszczęsna Nieciecza...
NAJGORSZY MECZ W ŚLĄSKU
Nieciecza, po której do tej pory Szromnik mógł mieć całkiem niezłe wspomnienia, pomimo przegranej w październiku 3:4. To przecież jego interwencja przy rzucie karnym Piotra Wlazły podtrzymała resztki tlenu we wrocławskich płucach, które jeszcze bardziej dotlenił Adrian Łyszczarz (a Mateusz Grzybek całkowicie spuścił z nich powietrze). W sobotę na Pilczycach nie wychodziło jednak nic. Pierwszy gol to podanie wprost pod nogi Davida Domgjoniego, który rozprowadził akcję zakończoną strzałem przy słupku Michala Hubinka. Drugi gol to już kompletnie niezrozumiałe zachowanie Szromnika, który odbił piłkę od Murisa Mesanovicia i umożliwił mu po prostu podwyższenie wyniku. Przy kolejnych golach nie miał już żadnych szans, ale 2 błędy w jednym spotkaniu mocno obciążają jego konto.
Nie sposób odnieść wrażenia, że to właśnie po doświadczonym golkiperze Śląska spodziewalibyśmy się więcej ogłady i opanowania. Sobotnie spotkanie jednak udowodniło, że proste błędy spotykają już każdego w tej drużynie. Teraz tylko zastanawiać się, na kogo trafi na dalekim Podlasiu w starciu z Jagiellonią. Oby tym kimś okazał się jakiś rezerwowy, bo na stratę kolejnych bramek wrocławski zespół najzwyczajniej w świecie nie stać...