Koszmarna końcówka. Motor-Śląsk 2:1 (RELACJA)
fot.: Paweł Kot
Mecz przyjaźni aż do samej końcówki toczył się po myśli Śląska w tym sensie, że wrocławianie prowadzili 1:0 po golu Jakuba Świerczoka. Wystarczył błąd dwójki stoperów i genialne trafienie z rzutu wolnego, by WKS został z niczym.
Trener Jacek Magiera przed meczem z Motorem Lublin po raz kolejny „zamieszał” w wyjściowym składzie. Obok zdrowego już kapitana Aleksa Petkowa wystawił Serafina Szotę, który – podobnie jak Jakub Jezierski – pojawił się w wyjściowej jedenastce w meczu ekstraklasy po raz pierwszy od… innego meczu przyjaźni, z Lechią Gdańsk w 1. kolejce. Największą niespodzianką mógł być jednak występ od pierwszego gwizdka ustawionego na szpicy Jakuba Świerczoka. Junior Eyamba po fatalnym występie z Lechem Poznań stracił miejsce w składzie i zagrał dziś w meczu rezerw ze Stalą Brzeg, w jego miejsce na skrzydle Marcin Cebula.
ŚLĄSK NIJAKI, ALE WRESZCIE NA PROWADZENIU
Pierwszy wart odnotowania akcent spotkania to wyraźnie przygotowany stały fragment gry rozegrany w drugie, trzecie tempo. Petr Schwarz zagrał w kierunku Jehora Macenki, który zgrywał w pole karne, ale zanim piłka dotarła choćby do Piotra Samca-Talara, Motor wyjaśnił sytuację. Dziesięć minut później po piąstkowaniu dośrodkowania z rzutu rożnego przez Rafała Leszczyńskiego płaski strzał w kierunku części bramki opuszczonej przez golkipera oddał Sergi Samper, ale próbę znakomicie zablokował Serafin Szota.
Wychowanek FC Barcelony z minuty na minutę stawał się – nomen omen – motorem akcji lublinian i szukał współpracy na boisku z Kaanem Caliskanerem. Po wymianie piłki między tą dwójką, Leszczyński, aby zapobiec utracie gola, wyszedł w kierunku Michała Króla. Faktu pustej bramki gospodarze nie wykorzystali, bo walkę z Mbayem Ndiayem o górną piłkę wygrał Marcin Cebula.
Motor miał przewagę w liczbie podań na połowie Śląska, widoczny był pomysł na grę, ale oddał tylko dwa celne strzały i oba (główka Caliskanera i uderzenie Ndiaye’a po zejściu do środka) były proste do obrony. W 36. minucie świetne cięte podanie górą od Sampera zmarnował wychodzący w tempo Samuel Mraz, główkując obok bramki.
W 37. minucie, gdy Śląsk oddał pierwszy celny strzał, powinno być 1:0 dla wrocławian. Samiec-Talar nie trafił czysto w piłkę i wyszło z tego bodaj pierwsze dobre płaskie zagranie do Jakuba Świerczoka. Po jego strzale z 18-20 metrów Ivan Brkić do boku zbił piłkę, do której dopadł Petr Schwarz i uderzył bez przyjęcia, ale obił prawy słupek. Dość szczęśliwie rozpoczęta akcja została pechowo zakończona.
Śląsk grał nijako, dał się zdominować. Niby czyhał na kontry, ale najciekawiej zapowiadającą się zmarnował ociągający się z decyzją o podaniu Cebula. Poza piłkami od Leszczyńskiego do Świerczoka trudno było coś więcej powiedzieć o pomyśle WKS-u na grę w ofensywie. Wrocławianie opuszczaliby boisko pozostawiając swoim występem do przerwy niesmak, ale na szczęście inny plan na to miała trójka: Cebula, Samiec-Talar, Świerczok. Ten pierwszy posłał crossową piłkę do Samca-Talara, a Świerczok znakomicie wkleił się w linię spalonego i z bardzo dużym spokojem uderzył leciutko obok Brkicia, wykorzystując prostopadłe podanie od wychowanka Śląska. Dzięki temu WKS po raz pierwszy w tym sezonie wyszedł na prowadzenie.
ŚLĄSK UŚPIONY I UKARANY
Druga połowa mogła dla Śląska rozpocząć się fantastycznie, gdy po wybiciu Leszczyńskiego stoperzy lublinian zaspali i nie zauważyli, że na piłkę czyha Samiec-Talar. Skrzydłowy przejął ją, ale w swoim stylu złamał akcję do środka i to pozwoliło Markowi Bartosowi na przerwanie akcji faulem w 48. minucie. Wrocławianie domagali się czerwonej kartki, ale sędzia Marcin Szczerbowicz nie przychylił się do protestów.
Śląsk przede wszystkim dobrze bronił rezultatu, w paru momentach nabrał większej pewności siebie w rozegraniu piłki na połowie rywala. Szkoda jednak, że nie wiązało się to z częstszymi celnymi próbami na bramkę Brkicia. Stoperzy byli czujni w defensywie, ale i pozostali - jak Cebula, przejmując świetne dogranie do Ceglarza - zachowywali się odpowiedzialnie.
Ogółem brakowało jednak w tym spotkaniu atrakcyjniejszych momentów, groźniejszych okazji. Najlepszą okazję na podwyższenie rezultatu zmarnował Jakub Jezierski po dośrodkowaniu Macenki. Wrocławianie mogli czuć się uśpieni i czas pokazał, że tak było. Szota i Petkow ruszyli we dwóch do górnej piłki, która spadła im za plecy, a tak dogodnej okazji nie zmarnował Christopher Simon w 83. minucie.
A tak jak brakowało ognia na murawie, nie można było narzekać na brak fajerwerków w samej końcówce, gdy padł fantastyczny gol z rzutu wolnego. Na nieszczęście dla Śląska - jego autorem był Bartos. Wrocławianie chcieli bezpiecznie dowieźć prowadzenie, ale najpierw zaspali stoperzy, a potem WKS stracił drugiego gola i został ukarany za minimalizm.
MOTOR LUBLIN - ŚLĄSK WROCŁAW 2:1 (2:1)
Simon 83', Bartosz 90'+8' - Świerczok 44'
Śląsk Wrocław: Leszczyński - Macenko (Bejger 90+4'), Szota, Petkow, Żukowski - Cebula, Schwarz, Pokorny, Jezierski (Guercio 78') - Samiec-Talar (Ortiz 87') - Świerczok (Musiolik 87')
Motor Lublin: Brkić - Palacz, Bartos, Najemski, Stolarski (Wójcik 74') - Caliskaner (Simon 61'), Samper, Wolski - Król (Van Hoeven 80'), Mraz, Ndiaye (Ceglarz 61')
Żółte kartki: Mraz, Bartos, Król - Cebula. Świerczok.
Sędziował: Marcin Szczerbowicz
Widzów: 14 436
