Lechia - Śląsk 1:2 (0:1) - relacja

Rzadko się zdarza, by dwa kolejne ligowe mecze z udziałem futbolistów Śląska były prezentowane w telewizji. Po nienajlepszym spotkaniu z Zagłębiem Sosnowiec przyszedł czas na pojedynek z Lechią w Gdańsku. Na trybunach panowała fantastyczna atmosfera. Piękna pogoda była jednym z czynników, który sprawił, że stadion przy ul. Traugutta wypełniony był po brzegi.


 

Po ostatnim gwizdku arbitra powody do radości mieli tylko wrocławscy fani. Był to już piąty mecz w którym gospodarze jako pierwsi stracili gola i musieli odrabiać straty, jednak kolejne trzy punkty w zasiliły konto Śląska. Oglądając grę wrocławian można było przeżyć swoiste deja vu, bowiem mecz miał przebieg bardzo podobny do tego z Widzewem.



Znów w pierwszych minutach błąd popełnił Janukiewicz. Kalkowski dośrodkował z rzutu rożnego, golkiper Śląska minął się z piłką, na nasze szczęście znany z występów w Śląsku Marcin Janus uderza niecelnie głową. W zespole gospodarzy aktywny był Kalkowski. Najpierw zbyt szybko pędził w stronę bramki i znalazł się na pozycji spalonej, a chwilę później w bezpośrednim pojedynku górą był bramkarz WKSu. Odpowiedzią na ataki Lechii była akcja z 10 minuty. Z rzutu wolnego dośrodkował Rosiński, główkował Kowal, a tor lotu piłki przeciął jeszcze obrońca gospodarzy Piotr Wilk i futbolówka wpadła do siatki. Śląsk prowadził 1:0, początek wymarzony i jakże podobny do łódzkiego! Kilka minut później do piłki ustawionej w mniej więcej tym samym miejscu podszedł Rosiński, lecz tym razem zdecydował się na bezpośrednie uderzenie i niewiele brakowało by Mateusz Bąk znów zmuszony był do wyjmowania jej z bramki. Gospodarze ruszyli do odrabiania strat, jednak grając tylko z jednym nominalnym napastnikiem – Krzysztofem Rusinkiem nie mogli wiele zdziałać. Dwie najgroźniejsze akcje Lechii były dziełem błędów graczy Śląska. W 17 minucie błąd popełnia Rudolf, futbolówkę przejął Kalkowski ale znów nie potrafił pokonać Janukiewicza. Kwadrans później piłkę w środku pola przechwycił Szczepiński i wykorzystując niezdecydowanie wrocławian popędził w stronę bramki na szczęście dla Śląska akcję zakończy niecelnym uderzeniem. Kilka minut później znów zabrakło zdecydowania po rzucie rożnym, ale po raz kolejny Janus nie był skuteczny. W ostatnich minutach pierwszej połowy gra uspokoiła się, żadna z drużyn nie potrafiła skonstruować skutecznej akcji.



W przerwie meczu w obu zespołach doszło do zmiany. Trener Marcin Kaczmarek zdecydował się na ustawienie bardziej ofensywne i obrońcę zmienił na napastnika. W Śląsku Kowala zastąpił Wielgus. Czym było podyktowane zdjęcie z murawy strzelca gola? Oddajmy głos Waldemarowi Tęsiorowskiemu: Kowal miał drobny uraz i nie był w stu procentach gotowy do gry. W pierwszych 45 minutach dał z siebie wszystko i nie chcieliśmy ryzykować. Z ławki wszedł Wielgus i od razu ustrzelił bramkę, zatem było to dobre posunięcie. Akcja, o której wspomniał trener odbyła się w 48 minucie. Budka prostopadłym podaniem uruchomił Wielgusa, a ten nie zmarnował okazji i Śląsk prowadził już dwoma bramkami. Niestety podobnie jak w Łodzi wrocławianie zamiast dobić rywala uśpieni prowadzeniem dali sobie narzucić ich styl gry. Dobrym posunięciem było wprowadzenie Kazubowskiego, który ożywił grę Lechii w ataku. Jednak jeszcze lepiej dysponowany był Janukiewicz, jego świetne interwencje walnie przyczyniły się do zwycięstwa. Najpierw w 53 minucie dwukrotnie obronił uderzenia Biskupa, a w 68 minucie sobie tylko znanym sposobem sparował futbolówkę po strzale Kazubowskiego z 2 metrów! Trzy minuty później górą był gracz Lechii. Prostopadłe podanie Wojciechowskiego i techniczne uderzenie napastnika gospodarzy dają Lechii nadzieję na korzystny rezultat. Zanim padł ten gol w Śląsku musiało dojść do kolejnej zmiany. Urazu doznał Wołczek i z konieczności na prawej obronie zastąpił go Radosław Flejterski. Gospodarze widząc, że jest to słabsze ogniwo wrocławskiej drużyny często przeprowadzali akcje ofensywne tą stroną boiska. W grze Śląska widać było sporą nerwowość, ale podopieczni Ryszarda Tarasiewicza nie ograniczali się tylko do obrony korzystnego wyniku. Dwie dobre okazje na postawienie kropki nad i miał Wielgus. Jednak największe emocje (znów przypomina się Łódź) przyniosły ostanie minuty pojedynku. W doliczonym czasie gry najpierw dwukrotnie zablokowany został Brede, w odpowiedzi Wielgus wypuszcza Wana, ale ten przegrywa pojedynek z Bąkiem. Gdy wszyscy czekali na końcowy gwizdek arbitra w doskonalej okazji znalazł się Biskup, ale Janukiewicz znów fenomenalnie interweniuje i więcej goli nie pada.



Śląsk znów wygrał i to cieszy. Jednak są także powody do zmartwień. Wąska kadra jest dużą bolączką. Kontuzja eliminuje z gry kolejnego gracza. Słabo gra Dudek, mimo to cały czas pojawia się w wyjściowym składzie, kiedy wyczerpie się kredyt zaufania u trenera? Nienajlepiej jest także ze skutecznością pod bramką rywali. Na razie szczęście sprzyja WKSowi, w dobrej dyspozycji jest także Janukiewicz, jednak w kolejnych meczach karta może się odwrócić i wtedy zimna krew pod bramką może mieć decydujący wpływ na zdobycie punktów!



Lechia Gdańsk - Śląsk Wrocław 1:2 (0:1)

0:1 Kowal (10.min)

0:2 Wielgus (48.min)

1:2 Kazubowski (71.min)


Lechia: Bąk – Brede, Janus, Sierpiński, Wilk – Biskup, Mysiak, Wojciechowski, Szczepiński, Kalkowski – Rusinek



Śląsk:Janukiewicz- Rudolf, Ignasiak, Wołczek(61. Flejterski) - Rosiński, Dudek (56. Wan), Sztylka, Szewczyk, Budka- Ulatowski - Kowal (46. Wielgus)




Sędziuje: Mariusz Rogalski (Śląski ZPN)


Aura: Niebo bezchmurne.


Widzow: ok. 10 tys.

źródło: własne

Marcin Polański

Autor

Marcin Polański

W Śląsknecie od 2003 roku (z przerwami urlopowymi), przez niemal 10 lat redaktor naczelny.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.