Mistrz Celeban: Chciałbym to jeszcze kiedyś powtórzyć
fot.: Bartłomiej Wójtowicz
Jego zielono-biało-czerwona historia rozpoczęła się w 2006 roku, kiedy trener Ryszard Tarasiewicz wypożyczył go z Pogoni Szczecin. Do dzisiaj rozegrał w Śląsku ponad 350 meczów, zdecydowaną większość w pierwszym składzie. 6 maja minęło dokładnie 8 lat od zdobycia mistrzostwa Polski, największego sukcesu Piotra Celebana w barwach Śląska. – Wszyscy trzymali się razem, była też dobra mieszanka doświadczonych zawodników z młodszymi no i pasowaliśmy do siebie charakterologicznie – powiedział nam wczoraj.
Jak wstałeś wczoraj – pogłaskałeś medal?
Nie, nie było nawet na to czasu, bo z rana dostaliśmy informację, że mamy trening jednak o innej godzinie. Medal i inne pamiątki mam oczywiście w domu.
Była w klubie jakaś celebracja specjalna?
Nie, nic nie było, teraz jesteśmy na takim etapie, że przyjeżdżamy, robimy trening i wyjeżdżamy. Dalej są restrykcje. Możemy trenować w większej grupie, ale dalej musimy uważać. Na szczęście u nas te wyniki od razu były negatywne, teraz trzeba dalej się trzymać planu.
6 maja 2012 roku – pamiętasz cały ten dzień, jak to wyglądało od rana?
Nie, pamiętam tylko to co się działo na boisku i w szatni odprawę Sebastiana Mili. Mecz trwał niby 90 minut, ale to zleciało bardzo szybko, bo było tyle emocji.
Było dużo głosów, że Wisła Wam się podłoży, ale boisko pokazało, że to było bardziej jakieś budowanie napięcia i dodatkowej presji. Pewnie nie było to przypadek, że ktoś próbował tworzyć takie teorie.
O tytuł walczyli wted jeszcze Ruch Chorzów i Legia Warszawa, ale wszystko zależało od nas. Wtedy była zgoda kibiców Śląska z Wisła i ktoś wytworzył teorie spiskowe, ale to bzdura była. To było śmieszne i niedorzeczne. Pokazaliśmy na boisku i przez cały sezon, a nawet dwa sezony, że zasługujemy na to pierwsze miejsce. Mistrzostwa nie zdobywa się jednym meczem, tylko trzydziestoma, bo wtedy nie było jeszcze tych dodatkowych 7 spotkań.
Co się działo w przerwie tego meczu w szatni? Są różne opowieści na ten temat.
Trener Lenczyk stał na zewnątrz i czekał aż najpierw my zawodnicy między sobą porozmawiamy, ale to nie był pierwszy raz, on miał takie praktyki. Zawsze zostawiał nam 5-6 minut i jak opadały pierwsze emocje, przychodził i dawał nam wskazówki. Powiedział nam wtedy, żebyśmy dalej konsekwentnie realizowali swoje założenia, żebyśmy zabezpieczali tyły i czekali na swoje okazje.
No właśnie, bo o tym jego czekaniu pod szatnią wtedy urosły legendy i spekulacje.
Nic wielkiego tam się wtedy nie działo, każda przerwa właśnie tak wyglądała. Zresztą to nie jest tylko metoda Lenczyka, inni trenerzy też tak robią. Teraz na przykład trener Lavicka też to stosuje, że najpierw my schodzimy do szatni, w tym czasie trener dyskutuje ze swoimi asystentami i dopiero po chwili przychodzi do nas.
Na czym polegała siła tej mistrzowskiej drużyny?
Wszyscy trzymali się razem, była też dobra mieszanka doświadczonych zawodników z młodszymi no i pasowaliśmy do siebie charakterologicznie. Ten zespół od 2008 roku budował trener Ryszard Tarasiewicz, później różne cegiełki były dołączane przez trener Oresta Lenczyka. Niektórzy chłopacy grali dla Śląska właśnie od 2008 roku lub dłużej. W pewnym momencie załapaliśmy formę, zbudowaliśmy automatyzmy i drużyna dobrze funkcjonowała. Nie da się kupić 20 zawodników i zdobyć nimi mistrzostwo, to musi być krok po kroku, wypracowane schematy na treningu i przeniesienie ich na mecze. Nie było w naszej grze żadnego przypadku.
Jak wspominasz trenera Lenczyka i jego rolę w zdobyciu mistrzostwa? Słyszę czasami o nim skrajne opinie – jedni go uwielbiali, inni nie mogli go znieść.
Trener miał swoją filozofię i swój pomysł na prowadzenie zespołu. W tamtym momencie kładł bardzo duży nacisk na przygotowanie fizyczne i to było wtedy specyficzne, ale wszystkie metody, które on kiedyś stosował, teraz funkcjonują w trochę innej formie w siłowniach czy na crossficie. Trener do wszystkiego podchodził spokojnie, wynikało to z jego doświadczenia, ale w niektórych moment nas zaskakiwał. Na przykład mecz na ŁKS-ie i trener w 43 minucie zmienił Łukasza Madeja, który jest wychowankiem ŁKS-u. Albo Piotra Ćwielonga na Lechu Poznań ściągnął też tuż przez przerwą. Ale ogólnie mogę o nim mówić tylko w samych superlatywach, bo zrobił przez 2 lata coś, co innym trenerom się nie udaje – najpierw doprowadził nas do wicemistrzostwa, później mistrzostwa. Na palcach jednej ręki można policzyć szkoleniowców, którzy mogą pochwalić się podobnymi sukcesami w Ekstraklasie.
Śląsk wtedy osiągał dobre wyniki, ale też miał swój styl.
Dokładnie, mieliśmy solidnych zawodników i trener potrafił też to wszystko dobrze poukładać. Nie sztuką jest zagrać 1-2 dobre mecze, sztuką jest być przez 2-3 sezony w czołówce, a my z trenerem Lenczykiem to osiągnęliśmy i należy mu się za to szacunek.
Tę drużynę zbudował trener Tarasiewicz, a trener Lenczyk tylko spił śmietankę?
Po części to jest prawda. Pamiętam moją pierwszą rozmowę z trenerem Tarasiewiczem jak przyszedłem ponownie do Śląska w 2008 roku. Powiedział mi: „Piotrek, budujemy zespół, który za 4 lata będzie mistrzem Polski”. Miał wizję i wszystko robił w tym kierunku, żeby to osiągnąć. Ściągał tylko takich zawodników, którzy mu pasowali mentalnie. Trenera Tarasiewiecza zasługa w tym sukcesie jest przeolbrzymia i nie można o tym zapominać. On z 3. ligi wprowadził ten klub z powrotem do Ekstraklasy, później zdobył Puchar Ekstraklasy, był za to wszystko chwalony. 80% wkładu w mistrzostwo jest moim zdaniem trenera Tarasiewicza. Trener Lenczyk jak przyszedł dołożył swoje metody i to się tak dobrze skumulowało, że przyszły efekty, nastąpiła eksplozja każdego zawodnika. Dzięki temu każdy z nas osiągnał swój największy sukces w karierze – czy któryś z nas później osiągnął jeszcze coś tak dużego?
No właśnie, trener Lenczyk moim zdaniem wyciągnał z potencjału tego zespołu 150%.
Byliśmy dobrym zespołem, mieliśmy bardzo dobrych zawodników, ale patrząc wtedy np. na Legię z o wiele większym budżetem i szerszą kadrą, to w piłce potrzebne jest coś więcej niż tylko kasa i nazwiska. Byliśmy wszyscy w formie, była dobra atmosfera w szatni, pomogła też więź z kibicami, bo były momenty kryzysowe, ale oni nas mega wspierali. Było wiele czynników, które zebrane wszystkie razem pozwoliły nam na wygranie ligi.
Pamiętasz coś z fetowania, świętowania tego mistrzostwa?
Oj, świętowanie trwało długo. Powiem tak – było grubo i tyle w temacie (śmiech). Było grubo w każdym aspekcie. Bardzo miło wspominam ten czas, bo było co świętować.
Feta w rynku z kibicami to na pewno niezapomnione chwile.
No jasne. Odkryty autokar, cały rynek zielony od kibiców. Była euforia i będę to wszystko pamiętał do końca życia. Za każdym razem jak jestem na rynku wszystko dokładnie pamiętam, nie da się tego zapomnieć. Ale chciałbym to jeszcze kiedyś powtórzyć.
Ktoś poprosił mnie, bym zapytał, czy wiesz coś może o berle i koronie, których wtedy Legia szukała…
(śmiech) Pomidor (śmiech).
Grając przeciwko Wiśle wiedziałeś już, że odchodzisz ze Śląska?
Nie, jeszcze nie było to przesądzone, ale rozmów z klubem o przedłużeniu kontraktu już też nie było. Po 2-3 tygodniach nastąpiła taka refleksja, że to było ostatnie spotkanie w barwach Śląska, ale życie toczyło się dalej i trzeba było się skupić na innych sprawach. To był w ogóle zwariowany rok dla mnie. Po meczu z Widzewem 4 marca, który zremisowaliśmy po golu dla nich w 96 minucie, dowiedziałem się, że mój ojciec nie żyje. Trener Lenczyk bardzo dobrze się zachował jak mu powiedziałem po powrocie do Wrocławia o tej sytuacji. Przytulił mnie jak przyjaciela i powiedział „jedź i wróc jak będziesz gotowy”. Szybko pojechałem do Szczecina, wróciłem tydzień później na mecz z Koroną Kielce. Trener Lenczyk wziął mnie na rozmowę i spytał, czy jestem gotowy zagrać, powiedziałem, że tak, „no to grasz”. Moja żona była wtedy w ciąży, 24 kwietnia urodził się mój pierwszy syn Fabian. Także najpierw smutek przez śmierć taty, później radość po narodzinach syna, za chwilę euforia po mistrzostwie, a na koniec brak nowego kontraktu. I wtedy zaczął się nowy rozdział – FC Vaslui.
Czego Ci życzyć?
Powtórzenia tego wyniku – podium lub mistrzostwa. Jeżeli każdy zawodnik będzie w dobrej formie, to może się udać. Przef nami tylko 1,5 miesiąca intensywnej roboty. Dla większości z nas to granie co 3 dni będzie czymś nowym, w dodatku w czerwcu i lipcu temperatury w Polsce są wysokie. To może być dobre przetarcie przed europejskimi pucharami – daj Boże, żebyśmy się tam dostali znowu. Teraz trenujemy, ale jak to później wszystko będzie wyglądało już przed meczami, jakieś dodatkowe testy, jak będą przebiegały same spotkania – my w tym momencie tego nie wiemy. I chyba nikt nie wie – wszyscy będą się tego uczyć na bieżąco mecz po meczu, bo to dla każdego będzie coś nowego.
Ciekawe, czy w ogóle uda się te rozgrywki wznowić.
Uda się, już większość klubów dostała zgody na treningi grupowe. W pewnym momencie zapanowała panika, że zawodnikom czy trenerom z innych klubów te testy przesiewowe wyszły dodatnie, ale wiemy, że to jeszcze o niczym nie świadczy, bo potrzebna jest dalsza diagnostyka. Możemy tylko sugerować się tym, co mówią lekarze. My jako piłkarze jesteśmy w miarę młodzi, zdrowi. Kurde – grajmy, nie panikujmy. Oczywiście trzeba uważać, ja jadę na trening, wracam i siedzę w domu, więc zagrożenia nie ma prawie żadnego. Raz na tydzień wstaję o 6 i jadę na zakupy i koniec. Jeśli ktoś przestrzega zasad higieny, nosi maskę, dezynfekuje ręce i co ważne – ogranicza niepotrzebne kontakty – to prawdopodobieństwo zarażenia się znacznie spada. Jak inni mogą pracować i mieć styczność z innymi ludźmi, to my mamy panikować? Bez przesady. Po to też trenujemy, żeby nasza odporność rosła i ona jest większa niż innych ludzi. Życie każdego wygląda teraz trochę inaczej, ja studia zaliczam online, syn też ma lekcje zdalne. Jak zaczniemy grać, to też ludzie będą mieć trochę rozrywki w domach. Grajmy już tę ligę.
Co studiujesz?
Zarządzanie na Wyższej Szkole Handlowej, teraz zaliczam drugi semestr pierwszego roku.
Czyli chcesz zastąpić prezesa?
(śmiech) Nie, ale nigdy nie wiadomo, co życie przyniesie.
Dziękuję za poświęcony czas i oczywiście szacunek za to mistrzostwo.
Dzięki, ale czekamy na nowe, żeby świętować jeszcze grubiej (śmiech).
