Obranej drogi nie zmienię – wywiad z Ryszardem Tarasiewiczem (część druga)

- Rozmawiał już Pan z prezesem Waśniewskim lub przewodniczącym Birką i wie, jakimi pieniędzmi na transfery będzie dysponował?
- Rozmawiałem z zarządem i w sprawach transferowych mam wolną rękę. Jeżeli jakiś zawodnik mi się spodoba, mam to przedstawić zarządowi. Każdy taki przypadek będzie indywidualnie rozpatrywany. Nie ma konkretnej sumy. Na dzisiaj możemy zaproponować zawodnikom dziesięć tysięcy euro pensji i nie zrobi to spustoszenia w budżecie. Szukamy graczy, którzy zaakceptują te warunki. Jeżeli ktoś będzie chciał więcej zarabiać, zarząd to rozpatrzy i myślę, że zaakceptuje. Ale musi to być piłkarz, który zasługuje na takie pieniądze. Muszą to odczuć także zawodnicy, bo w polskiej piłce niektórzy zarabiają znacznie więcej od innych, a tak wielkiej różnicy w poziomie nie widać.
- Dwóch, trzech nowych graczy trafi do Śląska?
- Chciałbym, żeby trafiło na pewno dwóch. Nie musi być na siłę trzech. Szukamy napastnika i dwóch skrajnych pomocników.
-Nie będzie tłoku na prawej stronie, gdzie jest Łukasz Madej i Marek Gancarczyk?
- Życzę Markowi, żeby jak najszybciej doszedł do siebie.
- I jest jeszcze Szewczuk.
- Tylko Tomek to nie jest zawodnik, który będzie wygrywał pojedynki jeden na jeden na małej przestrzeni. On potrzebuje jej więcej. Łukasz Madej równie dobrze się czuje w środku pola. Chciałbym, żeby Marek zaczął w marcu grać, ale miał poważny uraz wiązadeł krzyżowych. Nie ma więc takiej alternatywy. Sebastiana Milę szkoda na lewą pomoc. Z konieczności może tam grać Patryk Klofik. Mam nadzieję, że dojdzie on do siebie. Nie wiadomo, co będzie z Jankiem. Kreatywna linia pomocy może sama wygrać mecz. Można grać też na dwóch rozgrywających w środku pola. Mogą to być Madej z Milą. Tłoku wśród pomocników nie będzie.
- Skoro ma Pan zapewnienie zarządu, że będą środki na pensje, to chyba nie będzie trudno znaleźć chętnych do gry w klubie, np. Paragwajczyków?
- Nie do końca. Mieliśmy na oku zawodnika, który był interesujący, ale poszedł do Anderlechtu, bo dali mu tam 20 tys. euro. Jest kolejny zawodnik – dobry napastnik – ale w innym klubie dostanie 35 tys. euro miesięcznie. Akurat ci, co mi się podobają, dużo kosztują.
- A temat lewego pomocnika Miguela Angelo Samudo z Club Libertad Asuncion nadal istnieje?
- Było z naszej strony zainteresowanie, ale temat jest już nieaktualny. Transfer kosztowałby 1,5 mln euro, a zarobki byłyby rzędu 40 tys. euro miesięcznie.
- Jeżeli kierunek południowoamerykański okazuje się za drogi, to może warto byłoby spróbować w innych krajach. Były prowadzone obserwacje w Czechach, Słowenii, Słowacji...
- Był temat dwóch piłkarzy z tych rejonów. Kwota transferowa niewygórowana, bo 300 tys. euro, pensje też do przyjęcia. Ale powiem tak – nie byli to zawodnicy, którzy by mi się podobali. Nadal szukamy. Okres zimowy jest trochę dłuższy od letniego, więc mamy czas. Dobrze byłoby jednego lub dwóch piłkarzy zabrać na obóz do Zieleńca, a w najgorszym wypadku na Cypr.
- Gdyby nie udało się sprowadzić zawodników z zagranicy, to bierze Pan pod uwagę zatrudnienie znanych piłkarzy z polskiej ligi, którym kończą się umowy?
- Proszę mi powiedzieć, kogo?
- Andrzej Rybski.
- Chciałem go wcześniej, ale temat jest nieaktualny. To zawodnik, który tylko obciąży budżet. Chcę ściągnąć graczy 17/18-letnich, których wyszkolimy i nie będą dużo kosztować oraz dwóch lub trzech, co do których będę miał pewność, że w meczu z Polonią Bytom wyjdą w pierwszym składzie. Jeśli nie będą kontuzjowani.
- Czyli w grę nie wchodzi wzięcie kogoś za darmo? Nie jako pewniaka do wyjściowej jedenastki, ale jako konkurenta. Np. Roberta Kolendowicza, któremu kończy się kontrakt z Zagłębiem, i który wydawałby się lepszym konkurentem dla Janusza Gancarczyka niż Patryk Klofik, który od dawna nie gra tak, jak za czasów drugoligowych.
- Patryk to młody zawodnik i może jeszcze potrzebuje czasu. Gdy przychodził do nas na wypożyczenie, to zamienił klub pierwszoligowy na drugoligowy, więc inne było jego nastawienie psychiczne. Później w Zagłębiu mu się nie układało, a my w tym czasie byliśmy w Ekstraklasie. Może nie wierzył, że podoła. On ma duży potencjał techniczny, więc wstrzymałbym się z ferowaniem wyroków w jego sprawie. Kolendowicz przyszedłby i powiedział, że akceptuje rywalizację, ale nie sądzę, aby na dłuższą metę był zadowolony z roli zmiennika lub wiecznego rezerwowego. To piłkarz w miarę doświadczony i ograny, ale ja nie mam przekonania, że byłby podstawowym graczem. Kiedy ściągałem Milę, Celebana czy Pawelca, miałem pewność, że będą grali w pierwszym składzie. O Antku Łukasiewiczu wiedziałem, że długo nie grał, ale jak dojdzie do formy fizycznej, to będzie podstawowym zawodnikiem.
- Czy rozwiązaniem dla Klofika i innych młodych piłkarzy – Krzysztofa Kaczmarka, Tymińskiego, Bilińskiego – byłoby wypożyczenie do klubów z niższych lig, np. do Ślęzy?
- Myślimy nad tym, ale nigdy nie podejmowałem takich decyzji, póki nie wiedziałem, czy kogoś pozyskam. To byłoby nie w porządku wobec zawodników ogłaszać wcześniej, że są nieprzydatni do zespołu, a później zostawiać ich, bo nie udało się nikogo pozyskać. Co im później powiedzieć? Jak oni mieliby pracować w takiej atmosferze? Wszystkich swoich graczy potrzebuję, a gdy trzeba było, to na boisko wchodzili Patryk Klofik i Kamil Biliński. Stawią się 12 stycznia na zajęciach, poczekamy do 20 stycznia i zobaczymy, jaka będzie sytuacja. Być może dla niektórych będzie lepiej, aby zaistnieli w innych klubach i grali regularnie w piłce seniorskiej, by się ogrywać. To logiczna droga.
- Widzi Pan w polskiej lidze zawodników, którzy nadawaliby się do Śląska i klub byłby w stanie ich wykupić?
- Powiem szczerze, że nie. Za dobrego polskiego gracza muszę wydać 2 mln złotych. Myślę, że za granicą znajdę lepszego i tańszego. Kluby mają wygórowane żądania w porównaniu do umiejętności. Prosty przykład. Robert Szczot poszedł do Górnika za straszne pieniądze, zarabiał więcej niż zawodnicy, którzy mają od niego większy potencjał piłkarski. Miał utrzymać ligę dla Zabrza, a to nie jest zawodnik, który może nagle przechylić szalę zwycięstwa. To nie jedyny taki przykład.
Za dwa lub trzy lata dojdziemy do takiej sytuacji, i to rozumieją moi zawodnicy i zarząd, że nie będzie szans, aby sprowadzić gracza, który będzie tu grał za 10 tys. euro. Zapomnijmy o tym. Nie ma szans. Dzisiaj z kosztami, jakie wydajemy na pensje, jesteśmy na ósmym miejscu. Może nawet na dziesiątym. Wiem o tym.
- Podpatruje Pan graczy z niższych lig, np. z Górnika?
- Wcześniej już podpatrywałem, ale jeżeli ja mam wydać...
- Mają problemy finansowe...
- Ale nie mogą się pozbywać piłkarzy. Mają cel: muszą awansować. To kogo oni się pozbędą? Bonina? Gdy ja go chciałem, to zażądali 4 mln złotych.
- Takich pieniędzy chciał Górnik za swoich piłkarzy?
- Mają wpisane takie sumy odstępnego. Nie tylko on. Większość. Nie będę mówił nazwiskami. 3,5, 4, 5 milionów złotych. Mają to w kontraktach. Na pół roku lub rok przed wygaśnięciem kontraktu przedłużają go i mają wpisane: 1 mln 200 tys. euro. Niech nawet zgodzą się go sprzedać za kwotę o 400 tys. mniejszą. Ale to jest nadal 3 mln złotych za polskiego zawodnika. Nie ma konkurencji, nie ma jakości i właśnie dlatego ceny są wygórowane.
- Zagłębie Lubin pozyskało Traore z GKP Gorzów za mniejsze pieniądze. To był chyba trafiony transfer...
- Tak, uważam, że trafiony. To piłkarz, który podniósł poziom piłkarski Zagłębia. Tylko dlaczego to się stało, gdy po czterech meczach Zagłębie miało zero punktów na koncie? To wcześniej o nim nie wiedzieli? I nagle się znalazły pieniądze? Ciekawe...
- A co z Anglikiem Parisem Simmonsem?
- Muszę przeanalizować wszystkich zawodników. Teraz cały czas wysyłamy faksy do klubów, propozycje, czekamy na odpowiedzi.
- Dużo takich ofert wyszło z klubu?
- W ostatnich dziesięciu dniach około ośmiu. Jedna jest już nieaktualna, druga pół na pół. Pewnych rzeczy nie przeskoczymy i to nie jest tak, że Śląsk nie chce wydawać pieniędzy. Śląsk wyda pieniądze na bardzo dobrych zawodników, którzy przyjdą i będą zasługiwać na te pieniądze. Jeszcze raz jednak powtórzę, że siła pieniądza na zachodzie Europy i w niektórych klubach Ameryki Południowej w porównaniu do naszych realiów jest znacząca.
- Pamiętam, gdy po kilku meczach bez zwycięstwa powiedział Pan, że przeholował trochę z treningami. Stwierdził Pan, że zawsze miał ochotę wprowadzić nowy typ przygotowań i jeżeli będzie miał bezpieczną sytuację, powtórzy to zimą.
- Dołożę jeszcze.
- Kiedy to zaprocentuje?
- Już tłumaczę. To nie jest ilościowo więcej, tylko jakość jest inna. Bardziej wyczerpująca. Dużo pracujemy na bazie beztlenowej i mieszanej, czyli tlenowej i beztlenowej. Zawodnicy podniosą wytrzymałość szybkościową. Na boisku po kilku dynamicznych akcjach będzie mniej przestojów i to pozwoli zawodnikowi być bardziej aktywnym. Tego się nie robi w trzy miesiące, organizm musi się zaadoptować do takiej pracy. Podstawą jest również odpoczynek po tych obciążeniach. Jego brak może się przerodzić w dramat.
- Czego życzyłby Pan sobie na nowy rok?
Od strony sportowej nie ma żadnych problemów. A najważniejsze jest zdrowie. Dla zawodników to jest podstawa. Zresztą dla wszystkich. Jeżeli człowiek nie ma energii, to nie daje z siebie maksa.