Obranej drogi nie zmienię – wywiad z Ryszardem Tarasiewiczem (część pierwsza)

W zaciszu swego gabinetu szkoleniowiec Śląska udzielił serwisowi www.slasknet.com obszernego wywiadu. Tak obszernego, że postanowiliśmy zaprezentować go w dwóch częściach. I nie ma się co dziwić, gdyż przerwa w rozgrywkach ligowych skłania do przemyśleń. Wspólnie z Ryszardem Tarasiewiczem oceniamy minioną rundę i zastanawiamy się, co przyniesie wiosna oraz zimowe okienko transferowe. Zapraszamy do lektury!


 

- Podsumujmy rundę jesienną. Który mecz w wykonaniu Śląska był najlepszy?
- Jeśli brać pod uwagę styl i jakość gry, to wyjazdowy mecz z Lechem, mimo porażki. Dobre spotkania zagraliśmy z Legią i z Ruchem. Trudno wyróżnić jeden mecz, bo dobrze zagraliśmy też z Zagłębiem Lubin pod względem organizacji gry, realizowania założeń taktycznych i dyscypliny. Tych kilka meczów było naprawdę dobrych. O najsłabszy też pewnie będzie pytanie...
- Nadal Pan podtrzymuje zdanie, że to ten z Koroną w Kielcach?
- Tak, to było najsłabsze nasze spotkanie, szczególnie w pierwszej połowie. Można powiedzieć, że Korona dominowała pod każdym względem. Klarownych sytuacji może nie miała, ale było sporo wrzutek i duże ciśnienie na naszą defensywę. Zagraliśmy bezbarwnie pierwsze 45 minut. Wyrównaliśmy szczęśliwie, choć przy przewadze jednego zawodnika Korona sobie groźnych sytuacji nie stworzyła. Dążyliśmy do wyrównania i szczęście się do nas uśmiechnęło. Ale w pierwszej połowie byliśmy nieobecni na boisku.
- Któryś z zawodników Korony zrobił na Panu szczególne wrażenie?
- Nie, większość ich znam. Jacek Markiewicz, Darek Łatka i Sobolewski grali nawet w Jagiellonii. Ten ostatni jest już doświadczony, ale dziwię się, bo nieregularnie gra.
- Dużo wiatru robił na skrzydle...
- Ogólnie mieliśmy w tym meczu problemy. Nie byliśmy dobrze dysponowani. Ale przypomnijmy sobie np. mecz z Legią, która ma od nas większy potencjał, czy też z Ruchem, w którym ani Niedzielan ani Sobiech nie zrobili nam krzywdy. Do meczu z Koroną nie ma już co wracać.
- Ocena letnich transferów: Vazgec, Spahić i Madej.
Vazgec przyszedł, bo potrzebowaliśmy drugiego bramkarza, który prezentowałby dobry poziom.
- Nie jako numer jeden, tylko do rywalizacji z Kaczmarkiem...
- Dokładnie tak mówiłem. Uważam, że w kilku meczach dobrze bronił. Popełniał błędy, ale jest młodym zawodnikiem, niedoświadczonym, tak samo jak Wojtek Kaczmarek. Każdy ma swoje atuty, więc się uzupełniali. Amirem byłem zainteresowany, choć nie do końca przekonany, co do jego wartości. Dlatego pojechał z nami do Niemiec, choć pierwotnie jechać nie chciał. Powiedziałem, że nie mogę podjąć decyzji od razu, w końcu pojechał i dobrze się zaprezentował. Potwierdził to, co o nim myślałem i uważam, że było to wzmocnienie zespołu.
- Przychodził jako środkowy obrońca?
- Dostałem informację, że jest zawodnikiem lewonożnym, który może grać na lewej obronie, w środku defensywy, defensywnego pomocnika i na lewej pomocy. Ma takie predyspozycje. Dla niego najlepszą pozycją na dzisiaj jest chyba środek obrony. Madeja znałem z ŁKS-u - zawodnik z potencjałem ofensywnym. Nigdy nie miał żadnego urazu, ale się okazało, że w Portugalii chyba więcej...
- ...spał niż trenował.
- Może nie tyle spał, co w morze na szprotki wypływał. Potrzebował czasu, żeby dojść fizycznie do kolegów z zespołu. Cały czas o tym mówiłem. Gdzieś czytałem, że to nie był problem fizyczny, tylko trzeba mu więcej zaufać. Nie. Po prostu brakowało mu siły i mocy takiej, jaką posiadali moi zawodnicy, żeby pokazać swoje umiejętności techniczne. Dzisiaj sama technika bez przygotowania motorycznego nic nie zdziała.
- Śląsk nie dostał szansy bronić Pucharu Ekstraklasy. Powtórzyła się jednak historia z Pucharu Polski i klub po raz kolejny odpadł z tych rozgrywek z teoretycznie słabszym rywalem. We wcześniejszym sezonie w spotkaniu z Nielbą Wągrowiec zagrali piłkarze, którzy nie łapali się do składu, ale w Ząbkach wystąpiła już podstawowa drużyna.
- Nie zgodziłbym się. W pierwszym składzie wyszedł Madej, który był po krótkim okresie pobytu w Śląsku. Grał też Patryk Klofik, Sebastian Mila, dla którego był to drugi mecz po kontuzji. Fojut to samo. Nie można więc tak powiedzieć. To byli zawodnicy, którzy długo nie grali.
- Liczył Pan na to, że będą chcieli udowodnić swoją wartość i pokazać, że nie stawiając na nich trener się myli?
- Nie robiłem tego, żeby udowodnić zawodnikom, że to ja mam rację. Często jednak wychodzi na moje, bo w większości przypadków zawodnicy, którzy nie grają, nie są w najwyższej formie. Jest czasami możliwość, aby zagrali piłkarze, którzy mają aspiracje i uważają, że to im należy się gra w pierwszym składzie, ale tych aspiracji w danym meczu nie potwierdzają. To był jedyny moment, w którym w spotkaniu o stawkę można było przekonać się o ich dyspozycji. To nie był jednak blamaż. Nie takie zespoły jak Śląsk Wrocław odpadały z rozgrywek z dużo słabszymi rywalami. Dolcan plasował się w czołówce pierwszej ligi. My kiedyś na Oporowskiej przegrywaliśmy 0:2 z Wisłą Kraków, wyciągnęliśmy na 2:2 i w dogrywce mieliśmy więcej sytuacji do strzelenia trzeciego gola niż Wisła Kraków. I też można byłoby powiedzieć, że zespół drugoligowy ograł lidera Ekstraklasy. Liczy się końcowy rezultat, zgadzam się z tym. Nigdy nie bałem się podejmować odpowiedzialności kosztem pewnych późniejszych odgłosów.

Mam takie odczucie, że nasze porażki są wyolbrzymiane w porównaniu do innych zespołów w Polsce. Porażki innych klubów przeważnie przechodzą bez większego rozgłosu i echa, a jak osiągną dobry wynik, to bębni się o tym przez trzy lub cztery dni. Śląsk, gdy zdarzy się gorszy wynik, wszyscy masakrują, a jak jest dobrze, to nie ma tego zachwytu.

Ja wiem, w którym kierunku idę i czego chcę. Obranej drogi oraz filozofii futbolu i prowadzenia zespołu nie zmienię. Bez względu na to, czy się to komuś podoba czy nie.
- Po zawieszeniu Pucharu Ekstraklasy polscy piłkarze rozegrają na wiosnę tylko trzynaście meczów o stawkę. Nie za mało?
- Uważałem, że to dobre rozgrywki. Nie dlatego, że je wygraliśmy. To nie było proste i takie jest moje zdanie. Negatywnie o PE może się wypowiadać ktoś, kto odpadnie na początku lub za wysoko nie zajdzie. Był to dobry poligon dla zawodników, którzy mają małe szanse na grę w Ekstraklasie. Pozytyw jest taki, że jeśli te rozgrywki nie powrócą, to ostatnim zespołem, który je wygrał, będzie Śląsk Wrocław.
- Wspominał trener o swojej drodze... Niedawno podpisał Pan trzyletnią umowę. Trudno jednak obecnie określić, o co gra Śląsk. Jest spora przewaga punktowa nad zespołami z dołu tabeli i korzystny bilans spotkań bezpośrednich. A do pucharów jest dalej niż bliżej. O co chce Pan walczyć w nadchodzącym półroczu?
- Na 99% jesteśmy faktycznie utrzymani. Bezpośrednie pojedynki z zespołami, które są niżej od nas wygraliśmy i nie sądzę, żebyśmy na wiosnę mieli przegrać cztery mecze z rzędu przy równoczesnych zwycięstwach innych zespołów. Ciężko będzie wywalczyć trzecie lub czwarte miejsce. Na tyle, na ile pozwoli nam potencjał ofensywny i dyspozycja, będziemy chcieli grać bardziej dynamicznie. Ale do tego trzeba lepszych wykonawców lub lepszej formy zawodników, których mam dzisiaj do dyspozycji. Jeśli przez okres zimowy każdy będzie trzymał się zdrowo, to będzie lepiej.
- Jeśli nawet linia pomocy jest dobrze dysponowana, to i tak nie ma komu tych akcji wykańczać.
- To prawda, ale powinniśmy Tomkowi okazać troszeczkę szacunku, bo strzelił, może i na wyrost, trochę bramek w zeszłym sezonie. Teraz na tyle, na ile mógł, pomagał zespołowi i był aktywny. Dużo bardziej aktywny niż w poprzednich rozgrywkach. Wiadomo, że napastnika rozlicza się z bramek, ale Szewczuk to nie snajper i nie można oczekiwać, że jeśli będzie miał dwie sytuacje w meczu, to jedną wykorzysta. Z tym mamy problem, ale powiedzmy sobie szczerze, że o takim stanie decyduje linia środkowa. A nasza gra w środku pola nie była tak efektywna, żeby stwarzać wiele sytuacji.
- Zakomunikował już Pan Sotirovicowi, że przyszła runda będzie dla niego ze względu na notoryczne kontuzje decydująca?
- Mówiłem mu już, że to się długo ciągnie. On ma u mnie, jak i w zespole, duży kredyt zaufania, ale nie możemy sobie pozwolić w rundzie wiosennej na następną, tak długą przerwę. Jeśli jego kontuzje będą się powtarzać, to będziemy musieli się z żalem rozstać. Nikt nie będzie się bawił w filantropa. Nie jest to żadna złośliwość ze strony klubu. On, jak i większość zawodników, jest na tyle inteligentny, że rozumie, że jeśli ktoś przez półtora roku na pięćdziesiąt spotkań gra z powodów zdrowotnych osiem czy dziesięć, to będzie trzeba szukać innych rozwiązań.
- Jak wygląda sytuacja z zawodnikami, którzy mają przedłużyć kontrakty. Janusz i Marek Gancarczykowie podobno nie mogą dojść do porozumienia...
- Janusz nie może dojść, bo jeszcze nie było rozmów konkretnych. Dudek jest już „odfajkowany”, Ulatowski zaakceptował warunki, Wołczek, Szewczuk i Sztylka tak samo. Marek Gancarczyk też chce zostać w Śląsku Wrocław i zaproponowaliśmy mu przedłużenie kontraktu po urazie, którego doznał. Najmniej posunięte były rozmowy z Jankiem Gancarczykiem, ale myślę, że nie będzie problemu. Jeśli ktoś z tej szóstki „zwariuje” finansowo, to musi wiedzieć, że Śląsk nie jest dojną krową. I niech sobie wszyscy zawodnicy i menedżerowie w Polsce zdadzą sprawę, że tu nie będzie żadnych wygórowanych pensji. Nie będzie tu żadnych wyjściówek. Co to jest za moda, że ktoś przegrywa mecz, a ma wyjściówkę zapisaną w kontrakcie i dostaje pieniądze? To jest nie do przyjęcia. Jak można za przegrany mecz jeszcze pieniądze dostawać? Gdzie my żyjemy?

Wkrótce na ŚląskNecie druga część rozmowy z Ryszardem Tarasiewiczem.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.