Olimpijski nie sprzyja: Śląsk - Warta 1:1 (0:1)
Nie musimy bić rekordów, zwyciężać po 4:0, 5:0. Po prostu musimy wygrywać - powiedział po remisowym spotkaniu z Wartą Poznań trener Ryszard Tarasiewicz. Nikt we Wrocławiu nie spodziewał się, że goście narzucą aż tak ciężkie warunki Śląskowi. Podopieczni trenera Bogusława Baniaka grali z ogromnym poświęceniem i przede wszystkim byli bardzo dobrze ustawieni taktycznie, sprawiając spore problemy wrocławianom. Przy odrobinie więcej szczęścia mogli nawet pokusić się o zwycięstwo. Śląsk stracił kolejne punkty i spadł na trzecie miejsce w tabeli, a Warta dwóch piłkarzy, którzy obejrzeli w tym pojedynku czerwone kartki. Nic nie zapowiadało tak sporych emocji na Stadionie Olimpijskim. W pierwszej połowie mecz toczony był w słabym tempie i paradoksalnie to przyjezdni byli stroną przeważającą. W poczynaniach obu zespołów było sporo niedokładności i niecelnych podań. Bardzo dobrze zorganizowana druga linia Warty nie pozwalała na groźne ataki wrocławianom. Gra pozycyjna gospodarzy nie przynosiła pożądanych efektów. To Śląsk pierwszy wpakował piłkę do siatki przeciwnika, ale według sędziego Dariusz Sztylka był spalonym i bramka zdobyta głową w 31 minucie nie została uznana. Odpowiedź gości była szybka i skuteczna. W 38 minucie po rzucie rożnym i sporym zamieszaniu pod bramką Radosława Janukiewicza, gola z bliskiej odległości zdobył Paweł Iwanicki. Nie można tak tracić bramek, trzeba gdzieś zawsze włożyć nogę. Trudno, najwyżej odniesie się kontuzję - skomentował całą sytuację szkoleniowiec wrocławian. Śląsk nie przejął inicjatywy, nadal częściej przy piłce byli gości, a piłka jak bumerang wracała na połowę wrocławian. W 44 minucie Tomasz Magdziarz powinien zdobyć bramkę na 2:0, ale zmarnował wyborną okazję. Mając przed sobą tylko Janukiewicza piłka po uderzeniu kapitana Zielonych poszybowała nad poprzeczką. Gra Śląska w pierwszej połowie do złudzenia przypominała mecz z Drwęcą Nowe Miasto Lubawskie, który wrocławianie przegrali w fatalnym stylu również na Stadionie Olimpijskim. Na potwierdzenie tych słów jeszcze przed przerwą z bliskiej odległości groźnie uderzył Paweł Kaczorowski, były gracz Śląska, ale na szczęście niecelnie.
Drugie 45 minut wrocławianie rozpoczęli od mocnego uderzenia i to dosłownie. Po raz kolejny swoje umiejętności strzeleckie zaprezentował Patryk Klofik, który popisał się fantastycznym uderzeniem zza pola karnego i nie dał szans Jakubowi Szmatule na skuteczną interwencję. Takie piękne gole chcielibyśmy oglądać w każdym meczu Śląska. Ale w tej statystyce nie liczy się efektowność, a efektywność, a z tym w spotkaniu z Wartą gospodarze mieli niemałe problemy. Sytuacji podbramkowych w całym meczu było sporo, ale w kluczowych momentach brakowało zimnej krwi i podjęcia dobrych decyzji. Wrocławianie przejęli inicjatywę i starali się skonstruować akcję, która dałaby im prowadzenie w meczu i ponowne wyjście na prowadzenie w ligowej stawce. Tak się jednak nie stało. Nie pomogły nawet dwie czerwone kartki dla gości. Do opuszczenia boiska przez sędziego zmuszeni zostali Paweł Kaczorowski i Paweł Posmyk. Szczególnie ma czego żałować ten pierwszy, bo do momentu wykluczenia z gry był jednym z lepiej prezentujących się graczy swojego zespołu. Mówiłem chłopakom, żeby byli cierpliwi, że przeciwnikom wyczerpią się baterie - komentował trener Tarasiewicz. I miał rację. Końcówka pojedynku należała zdecydowanie do gospodarzy, którzy jednak nie potrafili udokumentować swojej przewagi zwycięską bramką i na Stadionie Olimpijskim, według wielu sprawiedliwie, zespoły podzieliły się punktami.
źródło: własne
