Opowieść zimowa
Straszny Dwór – tak nazywa się pensjonat, w którym od soboty skoszarowani są piłkarze Śląska. Upiorów nikt jednak nie widział, choć jeden z zawodników przyznał, że każdego ranka czuje się, jakby ktoś go mordował. Ale o tym za chwilę.Ponuro też nie jest. Wysoko nad górskim krajobrazem świeci już słońce i w jego promieniach nawet mróz przestaje być uciążliwy. Jest godzina dziesiąta rano. Zieleniec budzi się do życia. W holu Strasznego Dworu zbierają się gracze z Wrocławia. Za chwilę w dwóch grupach wybiegną na zewnątrz. Bieg potrwa 40 minut, co pięć zawodnicy zwiększą tempo. To nie jest jednak ich pierwszy wysiłek tego dnia. Gdy reszta gości jeszcze spała, wrocławianie udali się na poranny trucht. Była godzina 6.45.
W czasie, gdy gracze z pola pokonywali kolejne kilometry, trójka bramkarzy pod okiem Tomasza Hryńczuka ćwiczyła na sali. Ivo Vazgec popisał się nawet celnym rzutem do kosza z drugiego końca parkietu, czego niżej podpisany nie widział. Szczęśliwie udało mi się zdążyć na powtórkę w wykonaniu Mariana Kelemena. Jego wyczyn nie był jednak odpowiedzią na zagranie Ivo. Słowak, podobnie jak ja, nie widział rzutu Szweda. - Chciałem po prostu trafić i udało się – powie Kelemen.
Chwilę wcześniej dyskutował z Hryńczukiem. – Nie, nie przekazywałem mu uwag – stwierdził nowy golkiper WKS-u lekko się uśmiechając. - To on jest trenerem.
Kelemen w rękach trzyma laptopa. W trakcie zajęć grała muzyka. Ona, jak tłumaczy bramkarz, motywuje. Komputer należy do trenera bramkarzy. – Ale muzykę wybrałem ja – nasz rozmówca nie traci dobrego humoru. A powody do zadowolenia ma. Gdy podpisywał kontrakt przyznał, że waży odrobinę za dużo. - Już trzy kilogramy zrzuciłem – chwali się. – Było 89, jest 86.
Słowacki bramkarz cierpliwie odpowiadał na pytania. - Treningi są cięższe niż w Hiszpanii, ale tam nie ma przerwy zimowej. Mamy okres zimowy i musimy nabrać siły przed ligą, która rusza już za miesiąc. Każdy kraj ma swoje metody przygotowawcze. Tutaj jest podobnie ja na Słowacji i w Rosji – kontynuował Kelemen. Po chwili zdradził, który specjalista od łapania był jego idolem w młodzieńczych latach. Z zaznaczeniem, że tylko do osiemnastego roku życia. – Później po co mi idol? – pytał retorycznie – Starałem się być już wzorem dla siebie. Ach tak, zapomniałbym o idolu. Nazywał się Schmeichel.
W międzyczasie piłkarze wracają z biegu. Jarosław Szandrocho podaje im herbatę z dodatkiem... Nie, nie cytryny, ale napoju energetycznego. Choć może cytryna wyciśnięta już tam była. Nie wiem, bo nie piłem. Pili za to Sebastian Dudek i Tadeusz Socha. Nagle piłka podbita przez pomocnika przypadkowo trafiła obrońcę w głowę. No i się Tadkowi herbatka polała. Tak, panowie piłkarze, czujne oko wszystko wychwyci.
Na parkiecie pojawił się Amir Spahić. I zaczęło się koszykarskie show. Po krótkiej rozgrzewce nastąpił konkurs rzutów z Mario Pawelcem. Ale to była tylko przygrywka do gry wielkiej, bo już po chwili pojawił się On. I rozpoczęła się bośniacko-serbska seria celnych rzutów. - Gdy byłem mały, dużo grałem w kosza i na mecze też chodziłem – wyjaśniał później Vuk Sotirović. Paweł Barylski dopowie: - W koszykówkę gramy obowiązkowo. Oczywiście jest to nasza „piłkarska” odmiana. Nie sędziujemy tak restrykcyjnie jak sędziowie w koszykarskiej lidze.
Żarty na bok, bo w żołądku robi się pusto. Pora na obiad. Jedzenie w Strasznym Dworze nie takie straszne. Zupa grzybowa, kotlet pokaźnych rozmiarów, ziemniaczki, surówka, gotowane warzywa i sok grejpfrutowy. Wszystkie wazy i talerze opustoszały. Na deser jeszcze babka. Skosztowałem. Trzykrotnie.
Gdy głód opuścił zarówno przedstawicieli mediów, jak i piłkarzy, mogliśmy porozmawiać. Mariusz Pawelec: - Czasu wolnego nie mamy zbyt dużo. Gdy już jest, wykorzystuję go na sen. Wieczorami oglądamy piłkarzy ręcznych. W pokojach jest głośno i nerwowo, bo ostro dopingujemy. Jest oczywiście cisza nocna, część z nas przegląda jeszcze prasę lub korzysta z Internetu. A później kładziemy się spać. Trenerzy nie sprawdzają, czy jesteśmy w łóżkach. Nigdy nie było z tym problemów. Jesteśmy profesjonalistami i nikomu nic głupiego do głowy nie przychodzi. Wszyscy podchodzą solidnie do obowiązków i nikt nie marudzi. Widać po nas, że nikt nie chodzi zdołowany. Chcemy pracować i coś z tą drużyną osiągnąć. Tęsknimy za rodzinami, ale taki jest nasz zawód. Plus jest taki, że lubimy naszą pracę.
Rok temu w Zieleńcu piłkarze byli wycieńczeni po biegach wahadłowych. Trenerzy dali im ostro popalić. Dwa dni temu w Dusznikach nastąpiło deja vu. Ale wrocławianie już tak nie narzekają. – Czujemy się lepiej, widać zdecydowaną poprawę. Trener mówił, że te biegi nam pomogą i tak jest. Rok temu większość marudziła, ale teraz są efekty. Mecze powinny pokazać, że bieganie nie jest dla nas żadnym problemem – opowiadał Pawelec.
Piotr Ćwielong porównuje przygotowania Śląska i Wisły. - Biegamy więcej niż w Wiśle, bo pracujemy nad wydolnością. Tam cały czas graliśmy, bo jeździliśmy na obozy do ciepłych krajów, więc trochę inaczej to wyglądało. Były boiska, zakontraktowane sparingi...
Pawelec wspomniał, że nikt nie marudzi. No to posłuchajmy: - Na treningi się nie spóźniam, ale ciężko mi wstawać. Jest tak, jakby ktoś mnie miał mordować – wzdycha Vuk Sotirović. - Nie lubię wstawać na dziesiątą, a co dopiero o szóstej nad ranem. Nie mogę się doczekać, kiedy wyjedziemy na Cypr. Odliczam już dni do końca tego obozu i wmawiam sobie, że to już zaraz. – kończy Serb. Doprawdy, trudno nie czuć do niego sympatii.
Podczas pobytu w Strasznym Dworze można było natknąć się na pewnego charakterystycznego jegomościa. Spokojnie. Wcale o nim nie zapomniałem. Kilka słów o milczącym Japończyku przeczytacie wkrótce.