Pawłowski: Kolejni rywale są w zasięgu Śląska (WYWIAD)
fot.: Mateusz Porzucek
Jedenaście bramek zdobytych w pierwszych czterech meczach europejskich pucharów to najlepszy wynik Śląska od ponad 40 lat. Jednym z najważniejszych piłkarzy tamtego zespołu był Tadeusz Pawłowski, który w sezonie 2014/2015 jako ostatni trener wywalczył z wrocławianami prawo gry na arenie międzynarodowej. Dziś uważnie śledzi poczynania podopiecznych Jacka Magiery i ocenia, że awans do fazy grupowej to realna kwestia.
W pierwszych czterech tegorocznych meczach w europejskich pucharach Śląsk zdobył jedenaście bramek, czyli najwięcej od sezonu 1978/1979, gdy z panem w składzie eliminował Pezoporikos Larnaka z Cypru (2:2 i 5:1), a także Vestmannaeyję z Islandii (2:0 i 2:1). Śledzi pan tegoroczne zmagania wrocławian, podoba się panu ta jakość w ofensywie?
To na pewno bardzo pozytywne, że zdobywamy dużo bramek, jednak poczekałbym na lepszych przeciwników. Oczywiście, trzeba umieć strzelać gole również przeciwko słabszym zespołom, jednak ja z samego mojego doświadczenia wiem, że w czasach, kiedy ja grałem wylosowanie drużyny z Cypru, Malty, Islandii czy nawet Irlandii wiązało się z łatwym zwycięstwem i te pierwsze rundy wygrywaliśmy bardzo wysoko. Przeciwników, z którymi do tej pory mierzył się Śląsk porównałbym właśnie do Bohemians Dublin czy wspomnianego Pezoporikosu. Na pewno trzeba się cieszyć, bo na przykład nie zadowalamy się zwycięstwami na styk, tylko są one przekonywujące. Kiedy są gra ofensywna i bramki, to zawsze kibicom się podoba.
Co było największą siłą tamtego zespołu prowadzonego przez Aleksandra Papiewskiego?
Łatwo było rozpędzić się w meczach z takimi rywalami w pierwszych rundach. Drużyny, szczególnie cypryjskie, dziś reprezentują już zupełnie inną klasę i granie z czołową czwórką tamtejszej ligi z pewnością stanowi większe wyzwanie niż wtedy. Pamiętam jak graliśmy w Larnace, to my przez cały dzień poprzedzający mecz byliśmy na plaży, pełny luz. Owszem, nasz mecz nie był najlepszy, zremisowaliśmy, ale wiedzieliśmy, że w rewanżu we Wrocławiu nie będzie żadnych problemów. To samo w Dublinie, gdzie wtedy był jeszcze zespół półamatorski. Liga islandzka też się rozwija, przecież zespół Breidablik w poprzedniej rundzie Ligi Konferencji Europy wyeliminował Austrię Wiedeń (1:1 i 2:1), która co prawda ma problemy finansowe, przez co grają tam sami młodzi zawodnicy, ale kiedyś było to nie do pomyślenia. Trzeba cieszyć się z tych zwycięstw, bo to nie jest żaden przypadek. Oglądamy efektowne bramki wynikające z ofensywnej gry Śląska, dobrych wahadeł, formy Roberta Picha czy skutecznego wykańczania akcji przez napastników.
Czy wrocławianie w tegorocznej edycji europejskich pucharów już tak się rozpędzili, że śmiało mogą celować nawet w awans do fazy grupowej?
Myślę, że jest to realne, bo kolejni przeciwnicy, i Hapoel i przegrany pary Rapid Wiedeń – Anorthossis Famagusta to są zespoły w zasięgu Śląska. To nie są drużyny pokroju Liverpoolu czy Borussi Monchengladbach z naszych czasów, albo Sevilli ostatnio. Izrael, Austria, okej, to już są zespoły grające piłkę europejską, pressing jest lepszy, nie popełnia się tak naiwnych błędów w obronie, jak to robili zawodnicy Araratu Erywań. To drużyny bardziej skompensowane, gdzie cztery fazy gry, czyli przejście, bronienie i fazy przejściowe z ataku do obrony są już na wyższym poziomie. Jednak to są cały czas drużyny, które możemy spokojnie ograć przy dobrej organizacji gry oraz wysokiej formie, a takiej w tej chwili jest Śląsk.
Zielono-biało-czerwoni poprzedni awans do europejskich pucharów wywalczyli pod pańską wodzą w sezonie 2014/2015. Krótką przygodę na arenie międzynarodowej przypłacili jednak „pocałunkiem śmierci” w ekstraklasie, a przez kolejne lata nie potrafili nawet zakończyć rozgrywek w górnej połowie tabeli. Miałby pan jakieś rady dla trenera Jacka Magiery jak nie dopuścić do powtórki?
My mieliśmy taki problem, że nie było mistrzostw Europy czy świata, więc nie było tak długiej przerwy w rozgrywkach (ostatni mecz w lidze Śląsk rozegrał 7 czerwca, a walkę w Europie rozpoczął 2 lipca – przyp. red.). Mieliśmy dokładnie tydzień przerwy między sezonami. Teraz wrocławianie mają zdecydowanie wyrównaną, mocną jakościowo kadrę, więc może pozwolić sobie na wiele roszad, a ja pamiętam, że jechałem na pierwszy mecz z NK Celje w Słowenii z pięcioma juniorami. Wygraliśmy 1:0 w ogromnym upale z rywalem naprawdę dobrze grającym w piłkę, więc uważam ten wynik za dosyć duży sukces. Tutaj nie ma co porównywać. W tym roku można było wypocząć, wyleczyć kontuzje, a przede wszystkim przepracować okres przygotowawczy, czyli przygotować dobry obóz. Przy tak rozpoczętych kwalifikacjach europejskich pucharów i rozgrywkach ekstraklasy, nabiera się pewności siebie.
Ta drużyna powinna rosnąć z dnia na dzień. Sukces konsoliduje zespół, motywuje kibiców do przychodzenia na stadion, ale przede wszystkim pozytywnie wpływa na atmosferę. Trener Magiera dzisiaj może spokojnie rotować. Wystawienie Szymona Lewkota czy Łukasza Bejgera, dwóch tak młodych chłopaków w systemie z trójką obrońców to przecież jest majstersztyk! A jednocześnie, w odwodzie jest też bardziej rutynowana linia defensywy z Wojciechem Gollą czy Markiem Tamasem. Do tego dwaj bardzo dobrzy bramkarze w formie. Naprawdę jest to realne, żeby dojść bardzo daleko, ale trzeba zawsze skupiać się tylko na kolejnym meczu.
Wspomniał pan o meczu w Celje z lipca 2015 roku, w którym bramkę na wagę zwycięstwa zdobył niezastąpiony Robert Pich. To niesamowite, że mija tyle lat, a on ciągle jest na topie w Śląsku.
Ja bym powiedział, że cała ta jego historia to są wzloty i upadki. Jest dobra forma, bramki, a w pewnym momencie odejście do Kaiserslautern, nieporadzenie sobie tam, szybki powrót. Albo jak ostatnio seria kilkunastu meczów bez bramki w ekstraklasie i teraz po dublecie w obu spotkaniach z Araratem. Szczególnie ten gol z takiego półwoleja, dropsztyku, to było coś fantastycznego, to nie była łatwa piłka. Robert jest zawodnikiem, który na pewno też już zapisał się złotymi zgłoskami w historii klubu. Życzę mu, żeby dalej zdobywał te bramki, ale również utrzymał formę, bo nie jest łatwo w tym wieku, przy tej posturze, na pewno trzeba będzie też umiejętnie szafować jego siłami. Odpowiednie prowadzenie będzie bardzo ważne, by utrzymał formę strzelecką, ale również piłkarsko-biegową, bo przygotowanie motoryczne to też był problem Roberta.
Zdążył pan już odwiedzić Stadion Wrocław po poluzowaniu pandemicznych obostrzeń, można spodziewać się pańskiej obecności na meczu z Hapoelem Beer Szewa?
Nie, nie, jestem w Austrii i byłoby ciężko to wszystko zorganizować. Na pewno planuję przylecieć pod koniec sierpnia, ale zobaczymy czy się uda. Nawet z kolegami tutaj dużo rozmawiamy, opowiadam im o Śląsku, o mieście, niektórzy już nawet byli, ale nie chciałem ich ciągnąć na te słabsze mecze. Czekam na spotkanie o trochę lepszej jakości, a przede wszystkim z większą liczbą ludzi na trybunach, wtedy jest znacznie fajniejsza atrakcja. Chciałbym pokazać im tą najlepszą stronę Wrocławia.