Pękala: Niektórym ludziom nie można ufać (WYWIAD)

19.08.2024 (18:00) | Krzysztof Rakowicz / Marcin Polański

fot.: Paweł Kot

W Śląsku Wrocław zadebiutował w wieku 15 lat, swego czasu był uznawany za ogromny piłkarski talent, mierzył się z Diego Maradoną, a od kilkunastu lat mieszka w austriackiej Bregencji. Historia Mirosława Pękali, zawodnika Śląska w latach 1977-1984, obfituje w wiele przygód. Legenda WKS-u postanowiła podzielić się nią z nami i zdradzić kilka tajemnic z dawnych dziejów wrocławskiego klubu.

Wywiad został przeprowadzony 5 sierpnia 2024 roku w austriackiej Bregencji. 



 

Dziękujemy za spotkanie i za to, że mamy okazję porozmawiać z jedną z legend Śląska, który w tym sezonie miał okazję grać w europejskich pucharach. Takich dwumeczów rozegrał pan sporo. Jak wspomina pan te spotkania na arenie międzynarodowej w barwach Śląska?

Mirosław Pękala: Niektóre pozytywnie, a niektóre negatywnie. I powiem, że to jest przeżycie, bo nie gra się co roku w jakichś europejskich pucharach, to jest niemożliwe w polskiej lidze. W tamtych czasach nie było tak, że człowiek sobie jeździł i zagrał sobie w Niemczech, Hiszpanii i tak dalej. Gdzie na przykład w NRD mieliśmy bardzo dobre kontakty z Dynamem Drezno i FC Magdeburg. Przyjeżdżali do nas na zgrupowanie, my jeździliśmy do nich na zgrupowanie i to była taka kooperacja. Tam mieli problemy z piłkami, to zawsze pożyczaliśmy im około czterdziestu. W Polsce wtedy zaczęli produkować już piłki, co były z osłoną. A wcześniej były piłki tylko ze skóry. Jak dostawałeś nią na głowę, to dostawałeś na głowę dwa kilo. Później niektórzy piłkarze głupieją, nie? (śmiech)

Śląsk w tym sezonie miał okazję zagrać dwumecz ze szwajcarskim FC Sankt Gallen. Kiedyś natomiast miał miejsce dwumecz z Servettą Genewa, w którym brał pan udział. Jak wspomina pan te spotkania?

Człowiek był młody i tak dalej, to całkiem inaczej wyglądało. Żeśmy pozwolili na to, na co nie powinniśmy. Jeden czy drugi wypił w lampkę wina. Później do łóżka, bo o 12 mecz. Także młodość ma też swoje zalety, ale ma również negatywne strony. Poza tym piłkarz jest też człowiekiem. Od poniedziałku do czwartku dwa razy dziennie trening, jesteś o ósmej w klubie, trening, o pierwszej do domu i o siedemnastej znowu trening i kiedy jesteś? O dwudziestej jesteś w domu z powrotem, cały dzień człowiek zajęty. Jak w fabryce idziesz od 7 do 16 i to by było na tyle. To są takie rzeczy... To był nasz błąd. Nie ta mgła, co tam była dzień wcześniej, tylko my byliśmy we mgle na drugi dzień.

Teraz myślę, że mgły nam raczej nie grożą.

Nastawienie zawodników zmieniło się drastycznie. Każdy uważa, co robi, kiedy robi, jak robi i z kim robi. Trzeba uważać, bo jak nie jesteś w formie, to przychodzi następny i do widzenia.

Jak za pana czasów wyglądało wsparcie kibiców Śląska?

Tak samo, jak teraz. Śląsk jakby nie było, ma dużo wiernych kibiców, którzy pomagają drużynie. Tylko my graliśmy na Oporowskiej, na obiekcie, gdzie było miejsca na dziesięć tysięcy ludzi. I zawsze ten stadion był wypełniony po brzegi. Czy żeśmy grali dobrze, czy źle, zawsze był wypełniony. Było 3 czy 4 tysiące takich wiernych kibiców, od których zawsze dostaliśmy od nich takie samo wsparcie. Zawsze...

Ale były też mecze na Stadionie Olimpijskim.

Ja nie lubiłem tego stadionu, nie wiem, dlaczego tam graliśmy. Stwierdzono, że na spotkania z lepszym przeciwnikiem potrzeba więcej miejsc dla fanów. A poza tym tam było podgrzewane boisko. Także w lutym włączali ogrzewanie, lód się topił i boisko było całe w wodzie. Także to był dla nas horror.

Czy ma pan świadomość, że jest pan częścią historii Śląska, taką osobą, która w świadomości kibiców nie jest jednym ze stu czy dwustu piłkarzy, tylko takim, który gdzieś tam się wyrył?

Ja jestem taki malutki w historii Śląska. Byli więksi. Sybis, Pawłowski, Kalinowski, Garłowski, Kowalczyk, Kopycki, Karpiński, Jacek Nocko i później przyszli inni - Waldek Prusik, Tarasiewicz i jeszcze później przyszli kolejni.

Którzy zawodnicy szczególnie się wyróżniali i miło było patrzeć na ich grę?

Przede wszystkim Janusz Sybis. On był ulubieńcem publiczności. Wysoki nie był, ale miał dobry drybling. Później grał w reprezentacji i Polska grała mecz wyjazdowy z Włochami. Na bramce Włochów stał Dino Zoff, który w tamtym czasie miał na koncie tysiąc minut bez straconej bramki. Janusz zdobył bramkę... Ja nie wiem, dlaczego później go nie powoływali do reprezentacji. Może przez wzrost, albo może z tego powodu, że był z Wrocławia, a nie Górnego Śląska lub Warszawy.

Jak zaczęła się pańska przygoda ze Śląskiem Wrocław?

Mój tata pracował w kopalni w Słupcu. To jest troszeczkę oddalone od Nowej Rudy, gdzie byłem zawodnikiem Piasta. W pewnym momencie miałem oferty z Zagłębia Wałbrzych, Górnika Wałbrzych i Śląska Wrocław. Ale zanim to się wydarzyło, to mój tata był sędzią i często sędziował mecze we Wrocławiu. I po południu gwizdał jakiś tam mecz. W tym dniu Śląsk grał pierwsze spotkanie po zdobyciu Pucharu Polski z ŁKS Łódź. I stadion był wypełniony do ostatniego miejsca. Spodobał mi się doping kibiców. Wydaje mi się, że tata zabrał mnie tam, żebym wiedział, jak to wygląda, bo podejrzewam, że Śląsk już wtedy miał kontakt z moim ojcem. No i tydzień po meczu przychodzę do domu ze szkoły, a tam czeka na mnie umundurowany Ryszard Brzoza, kierownik sekcji piłki nożnej. Miał dla mnie umowę. Myślałem, że chcą mnie wziąć do juniorów. Okazało się, że jednak do pierwszej drużyny. Powiedziałem, że nie ma żadnego problemu. Spakowałem torby, wyjechałem i dostałem dwa pokoje na Oporowskiej. Tam sobie mieszkałem spokojnie. Mieli mnie pod ręką. (śmiech)

Ale właśnie zapisał się pan w historii jako ten jeden z najmłodszych debiutantów Śląska w historii. 15 lat, 9 miesięcy i 30 dni. To jest nie lada wyczyn.

Za granicą dzisiejszych czasach jest tak, że jak masz 15, 16, 17 lat i jesteś dobry, to od razu wrzucają cię do pierwszego zespołu.

W Ekstraklasie jest inaczej. Młodym zawodnikom ciężko jest wywalczyć pierwszy skład.

Bo jest tak, że życie trenera jest krótkie. Właśnie. Pamiętam swój debiut z Ruchem Chorzów. Był taki przepis, że mogło być tylko 15 zawodników w kadrze plus bramkarz rezerwowy. Miałem taką umowę, że jak się zakwalifikuję do pierwszej piętnastki, dostanę tyle i tyle pieniędzy. Trener Władysław Żmuda wziął mnie do kadry. Wpuścił mnie na ostatnie pięć minut, bo było 0-0. No i pamiętam z Tadkiem Pawłowskim, tam zrobiliśmy kontrę. Idę sam na sam z Czają (bramkarzem rywala - przyp.red.). On się nagle zrobił strasznie szeroki, a ja nie wiedziałem, co zrobić i strzeliłem z całej siły. Zamiast trafić w piłkę, to wykopałem taki dołek w ziemi. Ale była kontra Ruchu, rzut rożny i uratowałem Śląsk na linii.

Wyrównało się. Ale poza tym Śląskiem były też mecze w reprezentacji. Teraz też Śląsk zbyt wielu reprezentantów nie ma i nie miał przez ostatnie lata.

Bo jest ciężko, konkurencja jest duża. To, co zagrali na mistrzostwach Europy, to nie było najlepsze. Ale to jest reprezentacja z przyszłością, tak mi się wydaje.

A co się wydarzyło w meczu przeciwko Argentynie?

To były młodzieżowe mistrzostwa świata w 1979 roku. Mieliśmy problem z Maradoną. W tamtym momencie już był bardzo dobry. A my mieliśmy ciężką grupę z Jugosławią, Indonezją i Argentyną. I ten kluczowy mecz był z Jugosławią. No ale wygraliśmy 2:0. Naszym trenerem był Marian Bednarczyk i przed meczem z Argentyną powiedział - "Obojętna mi ta srona Madarona. Ten mecz też wygramy!" -. Przegraliśmy z nimi 1:4, ale wyszliśmy z grupy. Później trafiliśmy na Hiszpanów. To był ciężki mecz, ale 0:0 i w karnych żeśmy ich przeszli. I w półfinale mieliśmy do czynienia z Rosją. A to był już taki mecz, gdzie powiedzmy... była wroga atmosfera. I przegraliśmy 0:1. I o trzecie miejsce z Urugwajem. Przegraliśmy po karnych. Ale jakby nie było czwarte miejsce, to jest czwarte miejsce.

Tomasz Pękala (syn Mirosława Pękali): Mamy książkę z Japonii, z tych mistrzostw. Musimy ją oddać do muzeum.


KLIKNIJ W PONIŻSZE ZDJĘCIE, BY URUCHOMIĆ GALERIĘ Z WYWIADU AUTORSTWA PAWŁA KOTA


Nie wiem, czy pan wie, ale być może jest pan rekordzistą świata w ilości rozegranych meczów w kadrze młodzieżowej. Ponad 90 występów się uzbierało w kadrach młodzieżowych. To bardzo dużo, trzeba przyznać.

Wtedy się grało co drugi, trzeci tydzień. Jakieś turnieje były robione we Francji, w Norwegii, Finlandii. Zagrałeś mecz w niedzielę, po nim pociąg do Warszawy, a stamtąd na turniej. Także ja też nie miałem dużo czasu, żeby pomóc klubowi. Ale się nazbierało tyle meczów, że nawet tego nie liczyłem.

Wróciłbym do Śląska, konkretniej do sezonu wicemistrzowskiego i karnego Tadeusza Pawłowskiego...

Adamczyk złapał, z tego, co wiem. 

Jak to przeżywaliście w szatni potem? Jakieś wspomnienia z tego wydarzenia?

Dzień przed meczem byliśmy mistrzem Polski. Na drugi dzień się okazało, że ta rzeczywistość była całkiem inna. Z jakiego powodu? To dokładnie nie wiem.

To był duży zawód?

Naturalnie. Dlatego się cieszę, że Wisła Kraków spadła z Ekstraklasy do I ligi, oby spadli też do II. Powiedzcie im to.

Po meczu wypiliśmy po piwie i poszliśmy do kasyna.

TP: Jak tata boi się powiedzieć, to ja powiem małą anegdotę, że Tadek Pawłowski lubił muzykę i miał dużo płyt. A oni tak źle się czuli, że wyrzucali te płyty przez okno.

Musieli nas szukać trzy dni, żebyśmy się zebrali na trening. Byliśmy tak rozgoryczeni... Czasami niektórym ludziom nie można ufać. Trzeba uważać. W sporcie i w prywatnym życiu.

Zapytam o trenerów, bo miał pan okazję współpracować z wieloma uznanymi trenerami. Jakieś wspomnienia związane z nimi? Chyba trener Łazarek był takim, z którym się dobrze współpracowało.

Przez pięć lat w Lechii Gdańsk było siedmiu czy ośmiu trenerów. Jak możesz zbudować drużynę jako trener? Wszyscy trenerzy byli dobrzy na swój sposób. Żaden nie chce źle dla drużyny. Naturalne jest, że ten kto gra, to dla niego jest super. Ten, kto siedzi na ławce, to będzie narzekał na trenera. Łazarek był bardzo dobrym trenerem. Władysław Żmuda, Orest Lenczyk... Jan Caliński nie miał pojęcia o piłce, ale to z nim właśnie żeśmy zrobili wicemistrza Polski. Bo pozwolił nam robić to, co my chcemy, ale za to wymagał zaangażowania w to, co robimy.

Byliśmy na zgrupowaniu w Rumunii. To było takie zgrupowanie, że mieszkaliśmy w takiej chacie, która prawie się rozlatywała. A siłownia miała dziesięć metrów kwadratowych. Czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu nie widziałem.

TP: A jak to było z tym bieganiem po lesie?

To było w Zakopanem. Co roku jeździliśmy do Zakopanego, do Kir. Też mieliśmy taki średni dom, ale tam taka pani gotowała nam dobre jedzenie. Trenerzy wymyślili sobie, że zawiozą nas na szlak i będą kazali nam wrócić w określonym czasie. Trener Caliński też z nami był. A było tak, że była główna ulica w Kirach, gdzie trzeba było dotrzeć do autokaru. Byłem w grupie z Romanem Faberem i z Jackiem Noską. Postanowiliśmy pobiec skrótem. Jednak było za dużo śniegu, nie szło biec i spóźniliśmy się godzinę. Caliński krążył po naszej okolicy i krzyknął do nas: - "Jak chcecie, to was podwieziemy, reszta już dawno pojechała." -. Wróciliśmy, Janusz Sybis już ładnie wykąpany, a my godzinę za późno. Nie było konsekwencji, po prostu chcieliśmy jak najmniej się zmęczyć na zgrupowaniu. W tamtych czasach to nie było tak, że wszystko było zabronione.

A z kim panu dobrze się grało, z kim dobrze funkcjonowało się w drużynie Śląska?

Tadek Pawłowski był od myślenia. Miał dobry rzut wolny, rzut karny. Ten przypadek z Wisłą trzeba pominąć. Było dużo starszych i też były takie grupki. Tu czterech, tam pięciu, ci młodzi trzymali z młodszymi. Aczkolwiek Tadek trzymał i z młodszymi i ze starszymi. Także nie było żadnych problemów, żeby to razem funkcjonowało. I to dobrze szło. Później przyszedł trener Lenczyk, zmienił drużynę, postawił więcej na młodszych zawodników. Starszego, który nie pasował, wysłali tam, gdzie trzeba wysłać... na emeryturę piłkarską. No i tak mieliśmy za Lenczyka. Jakby nie było, osiągaliśmy dobre wyniki.

TP: Zawsze mówiłeś o Pawle Królu.

A, Paweł Król.

TP: Faber chyba też, nie? Taraś...

Taraś, Faber, Krzysztof Jarosz. Było dużo młodych chłopaków. Później dołączył do nas Zbigniew Majewski.

Mówiliśmy o tym, że zaczął pan grać w seniorach we wczesnym wieku. Jak przekonać starszych zawodników do tego, że jest się równorzędnym w drużynie, mimo tego, że ma się tych kilkanaście lat?

Niektórym to nie pasowało, bo to jest dla nich zagrożenie. Na pierwszym treningu jak się musiałem przestawić, to mi się łydki trzęsły. Tam byli zawodnicy, których znałem z telewizji, z gazety i tak dalej. Musiałem się przedstawić. Przedstawiłem się i się śmiali ze mnie. Zygmunt Kalinowski był niezłym szydercą. Mi to wszystko było obojętne. Czy mnie uważają za młodego, czy nie, robię to, co umiem. Później, jak zacząłem niektórych kręcić, to zobaczyli, z kim mają do czynienia. I tak krok po kroku walczyłem o miejsce w składzie.

A jak to było z reprezentacją seniorską? Jest taka historia, że jako młodzieżowa reprezentacja zastąpiliście seniorską na tournee w Japonii. I po 10 latach stwierdzono, że byliście wtedy kadrą seniorską. Wtedy nawet nie wiedział pan, że debiutuje w kadrze seniorskiej. Jak to było?

To była drużyna olimpijska wtedy. Myśmy pojechali na zgrupowanie do Japonii. Cztery mecze zagraliśmy, co tydzień jeden mecz tu, jeden tu, jeden tu, jeden tu. I my byliśmy tak zwanym selection team. To znaczy, może to być, a może nie być pierwsza reprezentacja. I te cztery mecze zaliczyli do pierwszej reprezentacji, gdzie normalnie nie powinno tak być, ale jak chcą, to niech mają. Niech będzie w statystyce. Na statystykę też tak się nie patrzę za dużo. U Japończyków jest podobno tak, że jak nie wygrają meczu, to będą cię tak długo zapraszać, dopóki nie wygrają.

To jak tu jesteśmy w takim gronie, to zapytam, jakie to jest uczucie, kiedy syn próbuje iść w ślady ojca i też gra w piłkę? Czy to cieszy?

Niech robi to co lubi, inni to widzą, respektują i akceptują i nie jest taki zły i tak dalej. Może była możliwość troszeczkę więcej osiągnąć, ale nie wystarczyło i z tym trzeba żyć. Takie życie. Kontuzję złapał, złamanie śródstopia... Tak to jest. Ale jestem dumny z niego. Dobry chłopak.

To jest najważniejsze.

Jest dobrym trenerem. W razie czego jak w Śląsku coś nie pójdzie, to... (śmiech)

TP: Akurat nie mam ambicji. Twoja drużyna zagra cztery beznadziejne mecze i co? Od razu powiedzą, że nic się nie zgadza. Taka jest prawda.

Nie powiedzieliśmy, jak to się stało finalnie, że osiadł się pan właśnie tutaj, że spotykamy się tutaj w Bregenz (Mirosław Pękala mieszka w austriackim Bregenz - przyp.red).

Jeszcze pod koniec mojej gry w Lechii Gdańsk było tak, że... Aha! Lechia Gdańsk jest mi winna jeszcze talon na samochód. (śmiech)

Trzeba coś innego zrobić, bo miałem już 28 lat, dzieci i tak dalej. Trzeba było trochę o przyszłości pomyśleć. Teraz w Polsce jest całkiem inaczej. Jak się przyłożysz, to zdobędziesz dobre wykształcenie i dostaniesz dobrą pracę. Za moich czasów tak nie było. Nawiązałem kontakty z menadżerem w Wiedniu. Wcześniej Rysiek Sobiesiak i Józef Kwiatkowski grali tam. No i ustaliliśmy, żebym się pakował. Tadek Pawłowski w tym czasie był w Bregenz. Rok czasu grałem w Wiedniu, ale to było tak, że w tych czasach mogło tylko dwóch z zagranicy grać. A oni wtedy mieli dwóch dobrych zawodników z Jugosławii. Przez to ciężko było mi wywalczyć miejsce w składzie. I tak z Tadkiem złapaliśmy kontakt i mówi: - "Mirek, pakuj swoją torbę, załatwimy przez menadżera Feinera. że przyjdziesz tu do mnie." -. Co prawda była to trzecia liga, ale to nie miało znaczenia. Miałem więcej pieniędzy, byli dobrzy sponsorzy i tak dalej. Poza tym to jest ładny region, nie?

A no właśnie. Spotykamy się tutaj, rozmawiamy, ale chyba był taki czas, że uciekał pan przed mediami, albo nie wiem... nie było zainteresowania. Ciężko znaleźć jakieś rozmowy z ostatnich lat.

Czasami mam propozycję rozmów przez telefon. Ja tego nie lubię. To nie jest tak jak teraz, siedzimy tu i rozmawiamy na żywo, tylko przez telefon to nie jest tak bezpośrednie. Ktoś po drugiej stronie słuchawki, może inaczej zinterpretować to, co powiem i znowu się zrobi coś, że jest o czym mówić. Naturalnie nie będę jechał do Wrocławia czy do Warszawy na wywiad albo coś w tym rodzaju, bo to nie ma sensu.

A czy ma pan dzisiaj kontakt z jakimiś zawodnikami, z którymi dzielił pan szatnię w Śląsku?

Nie.

A na przykład Tadek Pawłowski, który do dziś tutaj mieszka?

Czasami tak, tylko on ma swoje życie, a ja mam swoje. Nie chcę przeszkadzać, bo ma problemy rodzinne na głowie. Także lepiej troszeczkę mieć dystans.

A w wolnych chwilach zdarza się właśnie gdzieś tam przeglądać pamiątki?

Tak, patrzę sobie tam od czasu do czasu. Mam tyle gazet starych. Starych gazet, bo mają czterdzieści lat.

TP: Jako mały chłopak znalazłem dwie torby napchane gazetami.

Ja to sobie zbierałem.

TP: Na przykład znalazłem kasetę, gdzie był nagrany mecz z Anglią.

Co to jest?

TP: Jest nagrany cały mecz, jak grasz z Anglią.

To był 1980 chyba. Była jeszcze stara gazeta. Ona jest wklejona do albumu.

A czy wspomina pan szczególnie jakiś mecz? Jakieś wydarzenie? Jakieś sytuacje?

Wszystkie mecze były ważne.

TP: Nie no, ten mecz z Wisłą oczywiście...

To był szczególny mecz. Do dzisiaj mi siedzi w głowie.

TP: To każdemu chyba co grał.

Jak się mówi? Krakusie centusie. (śmiech)

TP: Oni potem spadli, nie?

Wtedy musieli spać. Teraz się to wszystko na pewno zmieniło.

Kiedyś było tak, że walczyliśmy o trzecie miejsce i graliśmy mecz z Szombierkami w Bytomiu. Potrzebowaliśmy jednego punktu. No to, okej. Posadzili mnie na ławce i dostałem pieniądze. W Szombierkach grał taki Włodarczak. No to poszliśmy do kibla, ja mu dałem te 400 tysięcy. Ale był taki deszcz, że dwie trzecie boiska było pod wodą. Strzeliliśmy gola na 1:0, a byliśmy umówieni na remis. Robiliśmy wszystko, co możliwe, żeby oni zdobyli bramkę, ale nie wyszło.

TP: To były kompletnie inne czasy. Takie historie słyszałem...

Normalnie już przed startem rozgrywek spotkali się prezesi. Co i jak, to...

Piłkarski poker. Spotkało się pięciu, w tym roku ten i ten. Tak było. Ale przynajmniej coś się działo, nie? Takie smutne, że przychodzą ci piłkarze, tylko pracują, pracują, pracują, pracują i guzik z tego mają. Chociaż te pieniądze się zmieniły na pewno. Tak to jest.

A co teraz porabia pan na co dzień? Robi pan coś wspólnego z piłką?

Nie, oglądam ją w telewizji. Oglądałem ostatnio Wisłę Kraków z Polonią Warszawą.

I jakie wrażenia z tego meczu?

Muszę powiedzieć, że jesteście na dobrym poziomie.

Czy ma pan trochę żalu o to, że pańska kariera mogła być bardziej obfita, z sukcesami?

Jakby się wcześniej zdecydowali na powołanie mnie do pierwszej reprezentacji, to bym nie grał tu na wsi w Bregenz, tylko w Realu Madryt.

Rozmawiali Krzysztof Rakowicz i Marcin Polański.


Parterem Śląsknetu podczas dwumeczu z St. Gallen jest Uniwer-Trans

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet na kanale WhatsApp. Odwiedź nas także na Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.