Piotr Waśniewski: Nasza praca to biznes
- Nie można postawić tezy, że Śląsk sprowadza piłkarzy za darmo. Po prostu płaci mniej. Wielu zawodników z tych, którzy w ostatnich okienkach transferowych trafili do Śląska, kosztowało setki tysięcy złotych pomimo tego, że nie płaciliśmy innemu klubowi – mówi w rozmowie ze ŚląskNetem Piotr Waśniewski, prezes Śląska Wrocław. Priorytetem w zimowym okienku transferowym było pozyskanie napastnika. Pojawił się bramkarz i pomocnik, a napastnika jak nie było, tak nie ma.
Śląsk Wrocław szuka wzmocnień w ofensywie, czyli zarówno napastników, jak i ofensywnych pomocników, którzy podniosą jakość gry w ataku. Dlatego kupiliśmy z Wisły Kraków Piotra Ćwielonga, który może z powodzeniem występować na tych dwóch pozycjach. Oczywiście, nie chcielibyśmy na tym poprzestać. Ostatnio mieliśmy na tapecie dwóch bardzo dobrych napastników. Jeden z nich – utalentowany gracz z Ameryki Południowej – był już naprawdę blisko Śląska, jednak w ostatniej chwili transfer został zablokowany przez jego trenera, choć doszliśmy już do porozumienia zarówno z klubem, jak i z samym zawodnikiem. Nie jest więc tak, że nie rozglądamy się za wzmocnieniami, ale nie chcemy brać pierwszego lepszego gracza tylko po to, by ładnie to wyglądało w skarbie kibica. Pamiętajmy, że wciąż mamy Sotirovicia i Szewczuka, kupiliśmy Ćwielonga, z wypożyczenia wrócił Łudziński, a Madej dochodzi do formy, jaką prezentował przed wyjazdem z kraju. Wszystko wskazuje więc na to, że wiosną ofensywa drużyny będzie na wyższym poziomie niż w poprzedniej rundzie. Mimo tego wciąż staramy się pozyskać zawodnika, który zagwarantuje wysoką jakość i nie będzie jedynie figurantem w składzie.
Można powiedzieć, że Łudziński zastąpił w kadrze Bilińskiego.
Można tak uznać. Ale powtórzę - nie musimy i nie chcemy robić niczego na siłę. Także dlatego, że największym problemem Śląska nie jest brak napastników, tylko kontuzje. Jestem przekonany, że większość ekstraklasowych drużyn chciałaby mieć u siebie takiego napastnika jak Sotirović. Kłopot polega na tym, że jest on niestabilny pod względem zdrowotnym. Jest to poważny dylemat dla trenera Tarasiewicza, bo jeśli Sotirović będzie zdrowy, ciężko pogodzić będzie obecność w składzie dwóch klasowych napastników. Podobnie jest w tej chwili z bramkarzami. Mamy ich trzech i jest jasno określone, który z nich jest numerem jeden. Dwóch kolejnych jest zbyt dobrych, żeby jeden siedział na trybunach. Są też zbyt młodzi, aby zarabiać pieniądze i nie grać, a jednocześnie mają na tyle dobre umiejętności, że w wielu klubach Ekstraklasy mogliby być pierwszymi bramkarzami.
Podjęta została decyzja, że to Ivo Vazgeč opuści klub. Jak wygląda obecnie jego sytuacja?
Vazgeč ma wolną rękę, wystawiliśmy go na listę transferową. Jego menedżer wie, że chcielibyśmy, aby zmienił barwy klubowe. Jeżeli żadnej oferty nie dostanie, to liczymy się z tym, że będzie z nami jeszcze przez przynajmniej jedną rundę. Z jednej strony – szkoda utrzymywać trzech klasowych bramkarzy, z drugiej – gwarantuje nam to święty spokój. Nie powtórzy się sytuacja z zeszłego sezonu, gdy nie miał kto zasiąść na ławce rezerwowych, bo dwóch bramkarzy było kontuzjowanych.
Śląsk pozyskuje głównie graczy za darmo, z własną kartą na rękach. Wyjątkiem jest Piotr Ćwielong, ale on został kupiony w zamian za Janusza Gancarczyka. Czy to jest filozofia klubu i Śląsk chce w ten sposób prowadzić politykę transferową?
Po raz kolejny chcę podkreślić, że Ćwielong nie został kupiony w miejsce Gancarczyka. Myśleliśmy o tym transferze jeszcze zanim okazało się, że Janek nie przystanie na naszą ofertę i podpisze kontrakt z Polonią. A odpowiadając na pytanie: i tak, i nie. To wynika z sytuacji, która jest na polskim rynku. A jest ona specyficzna. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czym tak naprawdę jest polska liga. Na razie jest ona przystankiem docelowym tylko dla zawodników, którzy na wielką karierę raczej już nie liczą. Śląsk rozgląda się natomiast za piłkarzami, którzy mają potencjał, perspektywy przed sobą i mogą być wartościowi na tle każdej ligi, nie tylko polskiej. I dla każdego naszego klubu, który chciałby takiego gracza pozyskać, konkurencją nie są inne polskie zespoły, tylko zagraniczne. A one żyją w zupełnie innych realiach finansowych niż my. Przykład Ćwielonga i zawodników, z którymi negocjowaliśmy ostatnio, wskazuje jednak, że Śląsk nie wzbrania się przed dokonywaniem transferów gotówkowych.
Jest też jednak i tak, i to widać w całej Europie, że skończyła się tendencja na wydawanie fortuny za piłkarza. Jeszcze parę lat temu klub był panem i władcą zawodnika. I trzeba było płacić fortunę za transfer, bo to klub dzielił i rządził. Lecz pojawienie się prawa Bosmana i prawa Webstera spowodowało, że to zawodnicy mają wolną rękę. Myślę, że coraz częściej piłkarze będą zmieniali kluby po wygaśnięciu kontraktu. Każdy będzie wolał poczekać te parę miesięcy, nie zapłacić miliona i mieć gracza „za darmo”. W cudzysłowie, dlatego że wtedy zazwyczaj płaci się większą prowizję agencyjną, a także zawodnik dostaje spore pieniądze za sam podpis. Nie można więc postawić tezy, że Śląsk sprowadza piłkarzy za darmo. Po prostu płaci mniej. Wielu zawodników z tych, którzy w ostatnich okienkach transferowych trafili do Śląska, kosztowało setki tysięcy złotych pomimo tego, że nie płaciliśmy innemu klubowi.
Na jakim etapie są rozmowy z menedżerem Marka Gancarczyka na temat podpisania nowego kontraktu? I czy jego kontuzja oraz osoba pana Kołakowskiego mają wpływ na to, co klub może czy też chce mu zaoferować?
Osoba menedżera nie ma żadnego wpływu. Skupmy się przez chwilę na Janku Gancarczyku. Jest wolnym człowiekiem, nie jest ubezwłasnowolniony. Decyzja o podpisaniu kontraktu z Polonią Warszawa była jego suwerenną decyzją. Menedżer przedstawił mu dwie propozycje - ze Śląska i z Polonii. On wybrał jedną z nich, do czego miał prawo. Tak postanowił i ja to w pełni akceptuję. To całe zamieszanie z jego transferem było raczej kwestią relacji na linii trener-zawodnicy, do których Janek się nie zastosował. Trener Tarasiewicz ma duże zaufanie do swoich piłkarzy, a oczekuje od nich tylko jednego – szczerości, czyli w tym przypadku poinformowania go o podjętej przez Janka decyzji, która przecież miała duży wpływ na całą drużynę. To przykre, gdy szkoleniowiec nadstawia karku za swoich podopiecznych, pomaga im jak może, a później z Internetu bądź od dziennikarza dowiaduje się o takiej ważnej sprawie jak podpisanie przez zawodnika kontraktu z innym klubem.
Z kolei osoba pana Kołakowskiego nie jest problemem. Nasza praca to tak naprawdę biznes, a w nim emocje nie pomagają. Zawsze go odbierałem jako dobrego, ponieważ agresywnego i co za tym idzie skutecznego menedżera. Potrafi zawodnikom i klubom znaleźć interesujące oferty. Tak było z Madejem i z Łukasiewiczem, którzy pojawili się tutaj właśnie dzięki pracy Kołakowskiego.
A co do Marka – jego kontuzja w tych negocjacjach ma znaczenie. Chcę jednak wyraźnie zaznaczyć, że trzy dni po tym, jak ją odniósł, spotkaliśmy się z nim razem z trenerem Tarasiewiczem. Marek usłyszał od nas zapewnienie, że bez względu na wszystko, doceniając jego zaangażowanie i wkład w tę drużynę, chcemy przedłużyć z nim umowę. Zrobiliśmy to, choć już wówczas wiedzieliśmy, jak poważnego doznał urazu. W tej chwili dyskutujemy już tylko na temat pieniędzy. Jeżeli jednak obie strony chcą dojść do porozumienia, to na pewno dojdą.
Klub poinformował, że od nadchodzącej rundy będzie sprzedawał bilety przez Internet. Jat to będzie wyglądać?
Każdy posiadacz Karty Kibica, który zarejestruje się na naszej stronie internetowej, będzie mógł wejść na schemat stadionu, wybrać sobie miejsce, przez www.przelewy24.pl dokonać zapłaty i u siebie w domu wydrukować gotowy bilet. Nie trzeba będzie w ogóle podchodzić do kasy, a jedynie pamiętać o tym, żeby zabrać ze sobą dokument potwierdzający tożsamość. Ten bilet jest kompatybilny z naszym systemem biletowym i systemem ochrony. Próba kopiowania tych biletów nic nie da, bo taka karta wstępu tylko raz przejdzie przez czytnik.
Zostawmy Internet. Czy będą jeszcze inne punkty, obok kas stadionowych, w których będzie można kupić bilet?
Klub poważnie bierze to pod uwagę. Szkoda mówić o rzeczach, które nie doszły do skutku, ale niedawno byliśmy blisko współpracy z firmą Kolporter i utworzenia czterech bądź pięciu punktów dystrybucji w mieście. Będą jednak inne i myślę, że zbiegną się z poszerzaniem sprzedaży naszych gadżetów. Zdajemy sobie sprawę, że dostępność biletów i gadżetów może tylko pozytywnie wpłynąć na ich sprzedaż.
Kibice spoza Wrocławia dopytują się o możliwość zorganizowania samochodu, który jeździłby po regionie i spełniał rolę takiego punktu z biletami.
Nie do końca jestem przekonany do takiego pomysłu. Przede wszystkim dlatego, że każdy sposób objazdowej sprzedaży ma podstawową wadę: w ofercie są tylko te bilety, które mamy przed sobą wyłożone. Sprzedając bilety w samochodzie nie ma się dostępu do systemu, a to oznacza, że kibic, który będzie chciał kupić bilet powiedzmy na sektor „J” nie może tego zrobić, bo sprzedawca ma ze sobą tylko wejściówki na sektor „K”. I kibic może zrezygnować z kupna biletu w przedsprzedaży i zrażony w ogóle nie przyjechać na stadion. Myślę, że zdecydowanie lepszym rozwiązaniem będzie nasz nowy system sprzedaży internetowej. Przecież dostęp do Internetu jest już swobodny. Nawet jeśli nie ma się go w domu, to zawsze można skorzystać z niego w pracy, szkole, czy w kafejce lub u znajomych.
Jakie będą ceny wejściówek na nowy stadion? Wyższe czy niższe niż obecnie?
Zakładam, że będą miały tendencję spadkową. Głównie dlatego, że będziemy mieli do czynienia z większą podażą, więc trzeba będzie wywołać popyt. Jednym z elementów, by to zrobić, może być obniżka cen. Jednak nawet jeśli ona nastąpi, to nie będzie drastyczna. Przy widowiskach sportowych cena ma znaczenie, ale nie jest elementem decydującym o nagłym spadku lub wzroście liczby widzów. Pod warunkiem oczywiście, że ceny mieszczą się w ramach zdrowego rozsądku.
Gdy jednak Górnik obniżył ceny biletów do pięciu złotych, stadion w Zabrzu wypełniał się po brzegi.
Ale w związku z tym w Zabrzu zaczynają się borykać z negatywnymi zachowaniami, z którymi Śląsk na szczęście już dawno sobie poradził i które nie występują na naszym stadionie. Jest wiele innych sposobów, aby zachęcić ludzi do przychodzenia na mecze. I to nawet takich, które polegają na wpuszczaniu taniej lub za darmo, ale na innych, zdrowszych zasadach. I my już to wprowadzamy: oferujemy bilet rodzinny, mamy zniżki dla fan clubów, od dłuższego czasu zapraszamy bezpłatnie szkoły, kluby sportowe, domy dziecka. By jednak dostać od nas tego typu wejściówki, należy coś od siebie dać – choćby zorganizować się, załatwić opiekuna i wysłać imienną listę. W ten sposób mamy pewność, że takie bilety – choć darmowe – mają dla tych osób jakąś wartość. Bo niestety z reguły nie szanujemy tego, co dostajemy za darmo. Potem na stadionach widać tego negatywne konsekwencje.
Czy klub będzie na swojej stronie internetowej informował o przebiegu prac na Maślicach i zamieszczał np. fotorelacje?
Jeśli na placu budowy dzieje się coś ważnego, to informujemy o tym na naszej stronie lub w gazetce meczowej „Wokół Śląska”. Poza tym na www.slaskwroclaw.pl są linki do serwisu spółki Wrocław2012. Kibic może bez problemów tam trafić i z pierwszej ręki dowiedzieć się o postępach w pracach na stadionie.
Kilka dni temu Ekstraklasa S.A. podpisała umowę z firmą Prozone, która dostarcza system do analizy gry. Śląsk będzie z niego korzystał?
Tak, jeśli zostanie nam udostępniony.
Nie będzie się to wiązać z żadnymi opłatami.
Tym bardziej. Korzystamy już z tego typu programów, choć na nieco mniejszą skalę. Ostatnio sztab szkoleniowy zapoznał się także z jeszcze innym systemem, który obejmuje analizę sytuacji meczowych oraz kwestie skautingu. Jesteśmy otwarci na takie tematy i myślę, że nasze działania w ostatnim czasie na to wskazują. Kolejne osoby odpowiedzialne za skauting, przygotowanie fizyczne i rehabilitację pokazują, że ten klub wykonuje coraz więcej profesjonalnych ruchów.
Co pan sądzi o wprowadzeniu na piłkarskie boiska powtórek wideo dla sędziów?
Jestem ogromnym zwolennikiem, ale wiem, że to się nie zdarzy. Rozmawiałem kiedyś na ten temat z przedstawicielem PZPN-u. Niestety, jego odpowiedź była prosta - FIFA i UEFA wychodzą z założenia, że nie ma znaczenia, gdzie mecz będzie rozegrany, warunki muszą być identyczne dla każdego. Czy to będzie trzecia liga w Afryce, czy też hiszpańska ekstraklasa. Szkoda, bo takie rozwiązanie wyeliminowałoby wiele kontrowersji.
Co pan sądzi o zakazie sponsoringu dla firm zajmujących się hazardem?
Trudno, żebym polemizował z prawem obowiązującym w naszym kraju. Kilka lat temu podobna była sytuacja z papierosami i alkoholem. Teraz może być tak samo – jeśli ustawa pozostanie w obecnej formie, to na pewno inne podmioty zainteresują się reklamą w sporcie. Ewentualnie firmy bukmacherskie poradzą sobie w ten sposób, że np. założą w Polsce swoje oddziały i będą działać zgodnie z polskim prawem i normalnie się reklamować. Słyszałem też opinie, że ustawa nie do końca jest zgodna z prawem europejskim i może zostać zaskarżona. Czas pokaże, jak to się skończy.
Czy prezes wie, że współpraca ze sponsorem technicznym, czyli Pumą jest słabo oceniana przez kibiców?
Od początku było dla mnie oczywiste, że pierwsza faza współpracy z Pumą musi być trudna. Chcieliśmy się związać z profesjonalną i działającą na skalę światową firmą. Puma spełnia te kryteria, ale w związku z tym nie ma możliwości, by rozwinęła system produkcyjny z dnia na dzień. Aby powstały specjalne wyroby skierowane tylko do kibiców i piłkarzy Śląska, cała ta gigantyczna machina produkcyjna musi zatoczyć koło. To, niestety, musi jeszcze trochę potrwać.
Marzeniem pewnego wiernego kibica-kucharza jest gotowanie dla Śląska. Czy klub w przyszłości zatrudni kogoś spełniającego tę funkcję?
Obecnie Śląsk nie szuka kucharza, ale mam nadzieję, że wcześniej niż później utworzymy takie stanowisko. Choć w tej chwili trudno określić, czy będziemy zatrudniać kogoś na etacie, czy wynajmiemy firmę cateringową. Chcemy doprowadzić do utworzenia kantyny klubowej, w której zawodnicy będą jedli śniadania i obiady. To zagwarantuje nam, że będą spożywali to, co powinni, a nie to, co im wpadnie do ręki. To byłaby jedna z wielu inwestycji, dzięki którym można by ten klub uznać za profesjonalny, funkcjonujący na poziomie europejskim. Nie tylko byśmy płacili na czas i osiągali przyzwoite sportowe wyniki, ale także nasze zaplecze organizacyjne i socjalne odpowiadałoby standardom, które za granicą są normą.