Plusy i minusy meczu z Górnikiem Łęczna
fot.: Paweł Kot
Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po piątkowym spotkaniu z Górnikiem Łęczna (1:1)? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.
PLUSY MECZU
Michał Szromnik
Mimo dziewiątego meczu z rzędu bez czystego konta, bramkarz Śląska w piątkowy wieczór zasłużył na słowa pochwały. Szromnik w niezwykle wymagających warunkach atmosferycznych wielokrotnie był wystawiany na ciężkie próby przez zawodników Górnika Łęczna – w obu połowach miał do odbicia po trzy uderzenia, jednak ostatecznie skapitulował tylko raz po pechowej interwencji Victora Garcii. Konieczność odrabiania strat przez wrocławian praktycznie zasługuje już na miano tradycji, a grając w ten sposób o szybkim przełamaniu serii bez zwycięstwa nie ma co myśleć. Biorąc pod uwagę zaśnieżone boisko z piątku, można się było jednak obawiać zdecydowanie większych kłopotów obu bramkarzy, więc w tym przypadku większych pretensji do Szromnika mieć nie można. Wręcz przeciwnie, gdyby nie on, niewykluczone, że bramka Adriana Łyszczarza byłaby już tylko na otarcie łez, a nie wagę punktu.
Adrian Łyszczarz
W Łęcznej zdobył piątą bramkę w sezonie, piątą po wejściu z ławki i jest już drugim najlepszym strzelcem Śląska w ekstraklasie wspólnie z Robertem Pichem. Akcja, po której Łyszczarz wpisał się na listę strzelców na stadionie beniaminka była spektakularna, choć trudno nie odnieść wrażenia, że gdyby nie śnieg uniemożliwiający złapanie przyczepności obrońcom, o takiej swobodzie w polu karnym mógłby tylko pomarzyć. Liczy się jednak to co w sieci, a jako, że gol Adiego pozwolił wrocławianom przerwać serię czterech porażek, powodów do narzekań być nie może. Jak po każdej jego bramce, czeka nas zapewne kolejny tydzień coraz bardziej męczących dyskusji, czy to przypadkiem nie jest moment, w którym Łyszczarz w końcu powinien wylądować w wyjściowej jedenastce. Skoro sprawdza się jako joker, bez gwarancji, że grając od pierwszej minuty byłby równie nieprzewidywalny, to może czas wreszcie pogodzić się, że nie warto nic zmieniać?
MINUSY MECZU
Musiał pomóc rywal
Śląska po wizycie w Łęcznej można pochwalić za nieoczywisty charakter, który zawsze jest potrzebny drużynie tracącej gola na 0:1 w tak anormalnych warunkach atmosferycznych. Sęk w tym, że odrodzenia zespołu trenera Jacka Magiery najprawdopodobniej nie byłoby, gdyby nie nieodpowiedzialna druga żółta kartka Kryspina Szcześniaka na dwadzieścia minut przed końcem regulaminowego czasu. Do tego momentu Śląsk nie wyglądał jak zespół, którego bramka wyrównująca jest kwestią czasu i gdyby nie ręka wyciągnięta przez gospodarzy, podróż na Lubelszczyznę mogła się skończyć dla niego w bardzo bolesny sposób. Wrocławianie z szansy od losu skorzystali, po wykluczeniu Szcześniaka stworzyli sobie więcej dogodnych sytuacji niż przez cały mecz, na czele z tą wyborną Roberta Picha z doliczonego czasu. Coraz delikatniejsza sytuacja w tabeli nakazywałaby jednak dbanie o ofensywną jakość od samego początku, a nie czekanie na autodestrukcję rywala, bo w podobny sposób spotkania układają się raczej rzadziej niż częściej.
Piłka śnieżna
Oczywiście, byłoby przykro, gdyby po wielogodzinnej podróży pod Lublin zastała nas informacja o odwołaniu meczu ze względu na warunki atmosferyczne, trudno byłoby jej jednak nie zrozumieć. Śnieżyca nad Łęczną rozszalała się zaledwie na półtorej godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego Pawła Raczkowskiego, a determinacja organizatorów w przygotowaniu murawy była godna pochwały, warunki wypaczały jednak sens rywalizacji. Po grze na śniegu praktycznie niewykonalne jest stwierdzenie, co w grze obu zespołów stanowiło przypadek, a co zaplanowany scenariusz, przez co również przewidywania względem kolejnych tygodni Śląska stanowią karkołomne wyzwanie. A szkoda, bo po meczu w Gdańsku (0:2) względem zespołu trenera Magiery mieliśmy dużo pytań – wszystkie przejdą na przyszłotygodniową potyczkę z Piastem Gliwice.
WYDARZENIE MECZU
Jedna jaskółka…
W piątek w Łęcznej wiosny nie zwiastowało totalnie nic, ale być może wywalczony w tak przypadkowych warunkach punkt pozwoli odbić się piłkarzom Śląska po tygodniach niepowodzeń. Wrocławianie na jakikolwiek punkt w ekstraklasie i gola z gry czekali od 27 listopada, z kolei na mecz bez porażki na wyjeździe od 23 października. Każdy kolejny tydzień przedłużania zawstydzających serii tylko potęgowałby nerwowość i brak poczucia pewności siebie, a teraz z pomocą przychodzi również terminarz. Po wyjątkowo wymagającym początku roku w postaci dalekich wyjazdów do Gdańska oraz Łęcznej, Śląska do końca lutego czekają dwa mecze przed własną publicznością. Ani Piast ani Zagłębie na Pilczycach nie poddadzą się bez walki, po remisie z Górnikiem nadzieja na nabranie rozpędu jest jednak bardziej uzasadniona niż po wcześniejszych porażkach.