Plusy i minusy meczu z Widzewem

Plusy i minusy meczu z Widzewem

fot.:

Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po piątkowej porażce 0:1 (0:0) z Widzewem Łódź? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.



 

Sytuacje ofensywne z niczego

Patrząc w statystyki piątkowego meczu Widzewa ze Śląskiem można odnieść wrażenie, że wrocławianie w żaden sposób nie ustępowali beniaminkowi, szczególnie pod względem ofensywnym. 10 oddanych strzałów (w tym dwa celne) to zaledwie jedno uderzenie mniej od zespołu rywala, zarówno ogólnie jak i pod względem strzałów zmierzających w bramkę. Śląsk w Sercu Łodzi przyjął scenariusz szczeciński, godząc się na przyjmowanie szturmujących ataków drużyny Janusza Niedźwiedzia przez całą pierwszą połowę. Historia ta zmieniła swoje rozdziały w drugich 45 minutach, ale nie poszła torami meczu z Pogonią (2:0), ponieważ wrocławianie nie potrafili przekuć dobrych sytuacji w konkrety. Zawodnicy trenera Ivana Djurdjevicia byli jednak bardzo uważni w pressingu i wielokrotnie łapali łodzian na złym rozegraniu akcji od własnej bramki. Z tego wzięła się przecież najlepsza szansa wrocławian do objęcia prowadzenia, gdy przed szansą stanął John Yeboah, który jednak za długo przekładał sobie piłkę podaną od Caye Quintany. Na samym początku meczu niemiecki skrzydłowy także próbował zaskoczyć defensywę rywala po dwójkowej akcji z Martinem Konczkowskim. Podobnie jak w derbowym starciu z Zagłębiem (0:3) zabrakło jednak piłki trzepoczącej w siatce. A jak mówi stare i jak widać niezmieniające się piłkarskie porzekadło: „Niewykorzystane sytuacje lubią się mścić”.

Koncentracja do ostatnich minut

Co z tego, że Śląsk przez 92 minuty harował w defensywie, dobrze działał w asekuracji i oddalał zagrożenie z własnego pola karnego, skoro wszystko runęło jak wątpliwej trwałości budowla z piasku na plaży w Mielnie? Wrocławianie pomimo kilku groźnych sytuacji, gdy zespół ratować musiał po raz kolejny niemal niezawodny Rafał Leszczyński, pokazali, że potrafią być defensywnym monolitem. Dobitnie obrazują to statystyki, wskazujące, że Śląsk w Łodzi podjął rękawicę rzuconą przez rywala, a zrobił to z większą ochotą niż on sam. 40 do 30 w pojedynkach na ziemi i 15 do 5 w wygranych pojedynkach powietrznych na korzyść gości utwierdza nas w przekonaniu, że zielono-biało-czerwoni na poważnie podeszli do piątkowej rywalizacji, wykazując charakter i serce do walki. Najbardziej jednak mierzwi sytuacja z 92. minuty, gdy piłka przefrunęła niemal przez całe pole karne, by znaleźć głowę Bartłomieja Pawłowskiego, przekazującego futbolówkę do Kristoffera Hansena, kończącego akcję bez skrupułów. Serbski szkoleniowiec na pomeczowej konferencji stwierdził, że ma pretensje do zespołu o te kluczowe momenty i trudno mu się dziwić, bo to już szósty ligowy gol w tym sezonie tracony przez Śląsk w doliczonym czasie drugiej połowy. Był już Tomasz Pieńko omijający rywali jak tyczki w 95. minucie, była nieuwaga Łukasza Bejgera w meczu z Koroną (1:1) zakończona rzutem karnym dla rywala. Ile jeszcze nieszczęśliwych wydarzeń musi mieć miejsce, by piłkarze Śląska zrozumieli, że tablica świetlna z liczbą doliczonych minut nie równa się zaprzestaniu grania?

Jedna jedyna akcja

Moment, w którym łodzianie w końcu wcisnęli piłkę do siatki po wielu próbach bicia głową w mur i stworzeniu sobie dużej liczby podbramkowych sytuacji przejdzie do historii jako ten, podczas którego w polskim Manchesterze odnotować można było mini trzęsienie ziemi. Świst powietrza, jakie zeszło z podopiecznych trenera Janusza Niedźwiedzia po trzech remisach na wiosnę i upragnionej wygranej po bramce w ostatniej akcji meczu słyszalny był jeszcze długo po zakończeniu spotkania przy alei Piłsudskiego. Drugiego takiego stadionu z iście angielską atmosferą na próżno szukać w całej Polsce, a epicki „Taniec Eleny” z filmu „Bandyta” w reżyserii Macieja Dejczera powoduje, że przez ciało każdego człowieka zgromadzonego w Sercu Łodzi momentalnie przechodzi dreszcz emocji i poczucie uczestniczenia w wielkim futbolowym święcie, celebrowanym na murawie przez 22 ludzi tworzących spektakl. Te przedstawienie po raz drugi w rundzie wiosennej kończy się jednak porażką Śląska, a gol w ostatnich sekundach przywodzi na myśl wydarzenia z niecieczańskiego horroru w reżyserii Mateusza Grzybka, zaserwowane wrocławianom na stadionie Bruk-Betu Termaliki Nieciecza, kiedy to ostatnia akcja gospodarzy wywołała euforię i dała komplet punktów Słoniom (3:4). Hello darkness my old friend?

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.