Plusy i minusy rewanżu z Hapoelem

Plusy i minusy rewanżu z Hapoelem

fot.: Krystyna Pączkowska / slaskwroclaw.pl

Kto zasługuje na pochwałę, a kto na krytykę po czwartkowym spotkaniu z Hapoelem Beer Szewa? Zapraszamy na kolejną odsłonę naszego cyklu, w którym podsumowujemy najważniejsze wydarzenia z meczu Śląska Wrocław.



 

PLUS MECZU

Patryk Janasik

W czwartkowy wieczór w Petach Tikwie grał tylko przez 25 minut, jednak tyle wystarczyło, by pozostawić po sobie najlepsze wrażenie spośród wszystkich piłkarzy Śląska. Owszem, Janasik był na boisku również wtedy, gdy jego zespół w łatwy sposób dawał sobie wbić dwie bramki, o żadną z nich nie można jednak winić wahadłowego wrocławian, a i próżno było szukać drugiego piłkarza w białym trykocie, który z podobnym animuszem ruszyłby do odrabiania strat. Być może zresztą właśnie dlatego występ Janasika w rewanżu przeciwko Hapoelowi trwał tak krótko, bo zawodnicy czwartej drużyny ligi izraelskiej szybko zorientowali się na kogo powinni uważać i nie przebierali w środkach, by za wszelką cenę wyeliminować go z gry. Groźne akcje prawym skrzydłem, dośrodkowania oraz nieszablonowość w czwartkowy wieczór charakteryzowały grę Janasika, a gdybanie co mógłby ugrać Śląsk, gdyby nie jego kontuzja obrośnie w legendy. Piątkowe badania mają przynieść dokładną informację na temat stanu zdrowia byłego zawodnika Odry Opole.

MINUSY

Szymon Lewkot

Młody zawodnik Śląska po niefortunnej interwencji z 2. minuty, która uruchomiła nieszczęśliwą lawinę wydarzeń z udziałem zielono-biało-czerwonych w Petach Tikwie kompletnie się rozregulował i nie przypominał zawodnika przygotowanego do gry w meczu o takiej stawce. Lewkot popełniał kolejne błędy, co stanowiło wodę na młyn dla Hapoelu, a liczba karygodnych złych zachowań tylko przed przerwą była chyba większa niż przez całą jego dotychczasową karierę w pierwszej drużynie wrocławian. Trener Jacek Magiera niespodziewanie nie zdjął go jednak już w przerwie, a dał okazję do zmazania plamy, czarę goryczy przelała jednak żółta kartka w pierwszym kwadransie drugiej połowy, co zaowocowało zmianą Łukasza Bejgera. Nad Lewkotem nie ma się co pastwić, bo właśnie takie doświadczenia okażą się na wagę złota w dalszej części jego ciekawie zapowiadającej się kariery. W Petach Tikwie niestety był jednak jak tykająca bomba w defensywie swojego zespołu.

Krzysztof Mączyński

Nie takiego kapitana Śląska oczekiwalibyśmy w najważniejszym meczu od dawna. Nie chodzi już tylko o niewielką efektywność w grze Mączyńskiego, między innymi w kwestii stałych fragmentów gry, ale także o gotującą się głowę w sytuacjach, kiedy bezcenne byłyby kapitański spokój i autorytet. Pomocnik wrocławian na stadionie Hapoelu żółtą kartką został ukarany już przed przerwą, a w drugiej połowie robił wszystko, by nie dokończyć meczu. Agresywnie faulował, wdawał się w kompletnie niepotrzebne dyskusje z przeciwnikami i arbitrem, a ostatecznie nie zrobił nic, by jednak poderwać jeszcze swój zespół do walki o awans. Zawodnicy czwartej drużyny ligi izraelskiej widzieli zresztą, kto jest największym emocjonalnym zapalnikiem wśród wrocławian i niewiele brakowało, a doprowadziliby do przedwczesnego opuszczenia boiska przez Mączyńskiego.

Erik Exposito

Trudno powiedzieć, jaki plan na wykorzystanie hiszpańskiego napastnika w Petach Tikwie miał trener Jacek Magiera, wiadomo jednak, że nie wypalił, bo postawa Exposito nie przyniosła Śląskowi nawet minimum korzyści. Oczywiście można przypominać wyłożenie piłki do uderzenia sprzed pola karnego Schwarzowi w drugiej połowie czy starcie w polu karnym, po której być może niejeden sędzia VAR zastanowiłby się czy nie należałoby zaprosić głównego do monitora. Tego wszystkiego było jednak zdecydowanie zbyt mało, a Hiszpan niejako sam ukręcił na siebie bicz pokazując już w tej edycji europejskich pucharów, że stać go na występy zdecydowanie lepsze niż ten czwartkowy. Inna sprawa, że 72 minuty gry to dla Exposito w Izraelu było zdecydowanie za dużo, a wchodzący przy wyniku 0:3 Fabian Piasecki oraz Caye Quintana mogli już tylko co najwyżej głęboko westchnąć, co by było, gdyby mieli okazje przejąć dowodzenie ofensywą od bezproduktywnego Hiszpana znacznie wcześniej.

WYDARZENIE MECZU

Nie rozdzierajmy szat

Choć rozmiary czwartkowej porażki bolą, warto sobie uporządkować kilka spraw. Śląsk 2021 rok w ekstraklasie rozpoczął od jednego zwycięstwa w pierwszych ośmiu meczach i zmiany szkoleniowca, która pierwotnie planowana była na lato, ale okazała się niezbędna w połowie marca, gdy na grę zespołu Vitezslava Lavicki już nie dało się patrzeć. Dlaczego o tym przypominam? Bo wywalczenie awansu do europejskich pucharów nie było obowiązkiem wrocławian na ostatniej prostej sezonu 2020/2021. Jacek Magiera od początku mówił oczywiście, że chce zająć jak najwyższe możliwe, czytaj czwarte miejsce, wszyscy mieli jednak świadomość dopiero rozpoczynającej się pracy, którą odpowiedzialnie można będzie ocenić dopiero za rok. Wrocławian w ostatniej kolejce poprzedniego sezonu spotkał jednak bonus, nieprawdopodobnie szczęśliwy zbieg okoliczności, niezasłużony dar od piłkarskiego losu. Magiera z dnia na dzień musiał odnaleźć się w sytuacji, którą pod uwagę brali tylko niepoprawni optymiści i ze swojego zadania wywiązał się co najmniej dobrze. Jego prawdziwa praca we Wrocławiu zaczyna się właśnie teraz, dwa awanse w kwalifikacjach Ligi Konferencji Europy to baza, na której można budować. Od ostatniego meczu Vitezslava Lavicki na ławce Śląska nie minęło jeszcze pięć miesięcy. Gdyby po którejś z lutowo-marcowych męczarni ze stemplem Czecha ktoś powiedział mi, że w połowie sierpnia niektórzy będą mówić o kompromitacji z powodu braku awansu do fazy play-off europejskich pucharów, tylko szeroko bym się uśmiechnął.


Partnerem redakcji jest firma bukmacherska Superbet - zapoznaj się z najnowszą ofertą

Superbet posiada zezwolenie na zakłady. Hazard wiąże się z ryzykiem, a udział w nielegalnych grach jest karalny. Dozwolone dla osób powyżej 18 roku życia

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.