Portret Roberta Picha
fot.: Paweł Lipnicki
Którą to już młodość przeżywa Robert Pich? Można się zastanawiać, czy w swoim mieszkaniu nie ma on ukrytego obrazu, który starzeje się zamiast niego, jak miało to miejsce w powieści Oscara Wilde'a. 7 lat we Wrocławiu, choć z małymi przerwami, w tym czasie Słowak brał udział w 95 bramkach dla WKS'u i jest na dobrej drodze, aby dołączyć do klubu 100. W kontekście krążących plotek to dobry moment, by ponownie spojrzeć na jego historię w stolicy Dolnego Śląska.
Żeby sobie uświadomić skalę osiągnięć Roberta Picha, trzeba zrobić małe porównanie. Jest tylko jeden zawodnik, który w tym wieku na najwyższym poziomie miał udział przy większej liczbie bramek. Jest to oczywiście kapitan mistrzowskiej drużyny z 2012 roku – Sebastian Mila, który dla WKS-u zdobył 39 bramek, a przede wszystkim aż 89 razy asystował swoim partnerom, co łącznie daje mu 128 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej. Żaden inny zawodnik w ostatnich latach nawet nie zbliżył się do tej dwójki.
Zimowe wzmocnienie
Musimy wrócić do czasów, gdy prezesem Śląska był Paweł Żelem, a na ławce trenerskiej zasiadał Stanislav Levy. Zimowe okienko sezonu 13/14 oznaczało kilka transferów przychodzących, poza Pichem do Wrocławia sprowadzeni zostali Lukas Droppa, Tom Hateley czy Juan Calahorro. To jednak kupiony za 25 tysięcy euro Pich miał na długie lata, choć z małymi przerwami osiąść w stolicy Dolnego Śląska.
Na pierwszą bramkę Słowaka musieliśmy długo czekać, przełamanie nastąpiło w pierwszej kolejce sezonu 2014/15. Śląsk gościł wtedy Ruch Chorzów, wygrał 2:0 po bramkach Sebastiana Mili, przy której Pich asystował, a w 78 minucie już on sam zakończył kontrę wrocławian. Tom Hateley podał piłkę na lewą stronę do podłączającego się Słowaka, a ten w swoim stylu ściął do środka i uderzył nisko po dalszym słupku.
Pierwsze trzy kolejki należały do Picha. Ruch, Pogoń, Zawisza, te zespoły na początku sezonu zostały ustrzelone przez niego, łącznie w tamtych rozgrywkach zdobył 10 bramek, do których dorzucił 5 asyst i mocno przyczynił się do tego, że Śląsk awansował do eliminacji Ligi Europy. Oczywiście, musiał on zaliczyć spadek formy jesienią, ale wrócił do niej w końcówce rozgrywek. Śląsk wtedy m.in. wygrywał w 30 i 36 kolejce z Wisłą Kraków 1:0, za każdym razem po jego bramkach.
Bramkowe otwarcie eliminacji
NK Celje, z tą drużyną Śląsk się mierzył w pierwszej rundzie eliminacji Ligi Europy. Pierwszy mecz po 2 latach przerwy WKS wygrał 1:0, a oczywiście bramkę zdobył bohater poprzedniego sezonu. Warto obejrzeć skrót tamtego meczu, widać analogię z golem, który padł w pierwszym meczu z Araratem.
(akcja bramkowa od 2:45)
Słowak nadal był świetnie dysponowany, latem dorzucił 3 bramki w ekstraklasie, dwie asysty w rewanżowym meczu z Celje i jedną z Termalicą. Wtedy jednak mocno zwrócił uwagę 1.FC Kaiserslautern i w ostatnim dniu okienka dołączył do niemieckiej drużyny. Ostatnim golem w tamtym sezonie był ten z Podbeskidziem. W następnych miesiącach za zachodnią granicą nie potrafił wywalczyć miejsca w podstawowym składzie, a wiosenny powrót do Wrocławia przyniósł dwie asysty.
Pojawiasz się i znikasz
To jest też ewenement. Dwie próby w Kaiserslautern były nieudane, trzeci powrót do Śląska symboliczny. Drużyna Jana Urbana walczyła o utrzymanie, a Pich niczym syn marnotrawny powrócił zimą, aby wesprzeć swój klub i odbudować formę w dobrze znanym sobie miejscu. I już w pierwszym meczu, z Wisłą Płock strzelił, wydawało się, że Śląsk wygra 1:0 po jego bramce w 82 minucie, ale wszystko zostało zniweczone w samej końcówce.
Tamten Śląsk miał problemów wiele, ale Pich pokazał, że nigdzie nie czuje się tak dobrze, jak w Ekstraklasie. Jan Urban wypracował utrzymanie, a Słowak 7 bramek i 2 asysty. Bardzo ważny był zwłaszcza występ z Termalicą. Tam on wykorzystał w 4 minucie podanie Morioki, a także to jego dośrodkowanie przedłużył Zwoliński do Kokoszki, który dał w końcówce wygraną. Śląsk był wtedy tuż nad strefą spadkową i kto wie, jak by się potoczył ten sezon bez tak kluczowej wygranej.
Krótkie wybuchy formy
To co można zarzucić sprowadzonemu w 2014 zawodnikowi, to że jego forma to sinusoida. W kilku meczach potrafi się wyróżniać, strzelać bramki, a potem na jakiś czas się blokuje. Za chwilę znów wraca skuteczność i znika. Od sezonu 17/18, czyli pierwszego rozegranego w pełni od drugiej przygody w Kaiserslautern wypracował kolejno 11, 17, 15 i 11 bramek dla WKS-u.
Gdy jednak przyjrzymy się głębiej zobaczymy, że brakowało u niego ustabilizowania formy. Kibice mogą wierzyć w to, że ten sezon będzie wyglądał inaczej, że wsparcie będzie miał on także w drużynie, która będzie walczyła o najwyższe cele w Polsce, może dodatkowo w Europie, a przy tym prezentowała ofensywną grę. To jest także ważne dla Picha, który zupełnie inaczej musiał funkcjonować choćby w zespole Vitezslava Lavicki, a inaczej u Jacka Magiery. Pamiętamy wylewające się z pomeczowych rozmów rozżalenie, że pod wodzą Czecha wszystko obraca się wokół defensywy, kreowanie akcji jest odstawione na bok.
W kontekście krążących plotek i potencjalnych ofert także powinien sobie odpowiedzieć na pytanie, czy zmiana miejsca w takim wieku, przy takiej dyspozycji jego jak i całej drużyny jest opłacalna. Mimo wahań nastrojów, ostatecznie ma szacunek u wielu kibiców, jest bliski statusu legendy. Ale przede wszystkim, historia pokazuje, że nigdzie tak dobrze się nie odnajdywał jak w Śląsku. Hipotetyczny Cypr to inna liga, klimat, kraj.
Pierwsze bramki celebrował biegiem z szeroko rozłożonymi rękoma. Następnie specyficznym ślizgiem na kolanach. Teraz, jak na przedstawiciela klubu o wojskowych korzeniach przystało - salutuje. We Wrocławiu zapisuje wyjątkowe karty w historii Śląska i na ten moment nikt nie wyrywa się do tego, aby tą opowieść nagle zamknąć.