Powiedz, ile masz wyjazdów, a powiem ci kim jesteś (FELIETON)
fot.: Paweł Lipnicki
„Argumentum ad wyjazdum” wobec kampanii marketingowej #ToJestTwójKlub – przed nowym sezonem zastanawiamy się, czy w Śląsku da się zakochać. Czy wprowadzenie nowej osoby do Śląskowego mikrokosmosu to zadanie łatwe?
Pod ostatnim postem o naborze do redakcji Śląsknetu pojawiło się kilka komentarzy, że powinniśmy być „bardziej po kibicowskiej stronie”.
Chyba wolelibyśmy czytać artykuły o skrajnych poglądach uzewnętrzniające subiektywne opinie poszczególnych redaktorów, a nie na siłę silące się na niby obiektywizm.
Bądźcie bardziej po naszej kibicowskiej stronie, bo jesteście dla nas i z nami.
Prośba o więcej i mocniej i szerzej zaangażowanie w reprezentację głosu kibiców, którzy nie mają szans przebić się do świadomości zarządu.
Ciekawe głosy, które rozbudziły dyskusje też wewnątrz redakcji. Sęk w tym, że taka dyskusja o poczuciu przynależności kibicowskiej często sprowadza się do wspomnianego we wstępie „argumentum ad wyjazdum”. Ile masz wyjazdów? Pada najchętniej z ust bardziej doświadczonych kolegów. A ja zapytałbym przewrotnie: jakie to ma znaczenie?
Czemu ma to być podstawą do oceny opinii jako wartej lub niewartej uwagi? Nie urwałem się z drzewa, by głosić tu tezy, że na trybunach wszyscy powinny być równi i spędzać czas w atmosferze miłości bliźniego. Rozumiem, że raczej hermetyczny świat kibicowski rządzi się swoimi zasadami. Każdy wchodzący na trybuny powinien te zasady uszanować, a w zamian otrzymać szacunek niezależnie, czy jest to jego pierwszy czy setny mecz i ile ma wyjazdów na koncie. Przychodzi na stadion wspierać Śląsk i to wystarczy, by zakwalifikować go jako pełnoprawnego kibica. Śląsk jako klub z miasta stu mostów powinien łączyć nie dzielić.
Na pewno wielu z Was przyprowadziło kiedyś na stadion osobę „z zewnątrz” niezwiązaną emocjonalnie ze Śląskiem. Jeśli nie, zachęcam do tego w nadchodzącym sezonie, bo perspektywa takiego obserwatora może otworzyć oczy na wiele kwestii. Z moich doświadczeń wynika, że takie osoby najmocniej przyciąga poczucie wspólnoty, wspólnego celu z ludźmi, którzy jeszcze przed chwilą byli dla nich obcymi.
Ja na początku myślałem, że takiego „świeżaka” to trzeba zabrać na trybunę C, by w spokoju się oswoił z atmosferą. Problem jest taki, że na trybunach naszego ogromnego stadionu można usiąść tak, że w promieniu kilku metrów od ciebie nie ma nikogo. Niby fajnie, na pierwszy raz nieinwazyjnie, ale takie osoby raczej wracały do domu kompletnie niezainteresowane powrotem. Za to osoby, z którymi wybierałem się w centrum „młyna” często bawiły się świetnie. Wiele robi tu oczywiście poziom danego meczu i dopingu, co jest materiałem na inną dyskusję.
Wniosek jest jednak taki, że ludzie szukają na trybunach wspólnoty, a my jako kibice chyba lubimy te trybuny dzielić. Piszecie, że mamy być „tubą głosu kibiców”, to ja zapytam, skąd ten głos płynie? Od karnetowiczów z trybuny C, od „kumatych” z sektora B, od ekspertów z Twittera, czy od tych, co przyszli pierwszy raz i chcą się podzielić wrażeniami? Ile trzeba mieć wyjazdów na koncie, by wyrazić sensowną opinię?
Symptomatyczny był obrazek z tego sezonu, gdy na domowym meczu z Pogonią Szczecin na sektorze „Oporowska” kibice wyznaczyli jego granicę, by zebrać się „w kupie” i krzyczeć jednym głosem. Efektem był jeden z lepszych dopingów w całym sezonie. Bo spójny głos kibicowski nie potrzebuje żadnej tuby, by wybrzmieć. Wy chcecie, byśmy byli tubą, ale w momencie, gdy te głosy kibicowskie są podzielone, nie dziwcie się, że wolimy zostać przy obiektywnym przekazywaniu informacji o Śląsku. By nie jątrzyć, nie wchodzić w sprawy, na których się nie znamy. I to wcale nie znaczy, że nie jesteśmy emocjonalnie związani ze Śląskiem. Jesteśmy, tylko te emocje kierujemy ku stronie piłkarskiej, która nie pozostawia tylu niedomówień.