Przegląd Sportowy z ze świąteczną wizytą u Gortiego
GDYBYM SIĘ teraz załamał, byłby to koniec mojej kariery. Może zmarnowałem pół roku, może więcej? Ale trzeba się wziąć w garść i znowu liczyć na uśmiech losu, który i tak już mnie szczodrze obdarzył - mówi Ireneusz Gortowski, któremu skomplikowana kontuzja kolana uniemożliwia grę w piłkę jeszcze przez wiele miesięcy.
Kolano w naprawie
Najpierw trudno było uwierzyć, że król drugoligowych strzelców sezonu 2000/2001 ma tak poważny problem. Gdy pierwszy raz rozmawialiśmy z nim na ten temat, wydawało się, że po prostu wyolbrzymia fakty. Później zaskakujące konsekwencje upadku potwierdził na konferencji prasowej trener Marian Putyra. - W tym kolanie zerwał wszystko, co było do zerwania. Szybko do nas nie wróci - jego słowa zabrzmiały jak wyrok. - Dzisiaj wiem, że aż tak źle nie jest. Ocalały tylne przyczepy kolanowe, ale reszta łącznie z łąkotkami nadaje się do "naprawy" - mówi Gortowski, który do niedawna poruszał się wyłącznie o kulach.
Gortowski piłkę zaczynał kopać w MKS Oława. Wykazywał talent do strzelania szczególnie efektownych goli. Piłki odbijały się od słupka, poprzeczki, zgarniały pajęczyny pod spojeniem i wpadały do siatki. Właśnie w Oławie wypatrzył go Polar Wrocław, ale nie spieszono się z transferem. Najpierw były próby, w których niedoświadczony napastnik musiał wykazać, że nadaje się do zespołu, któremu marzy się rola solidnego drugoligowca. Wreszcie dobito targu; "Gorti" ruszył w świat, choć w końcu nie tak odległy, bo na Zakrzów miał raptem dwadzieścia kilometrów.
Przed debiutem na zapleczu pierwszej ligi oławski piłkarz był wniebowzięty, choć wiedział, że ciężko o miejsce w podstawowym składzie. Często wchodził do gry jako rezerwowy, lecz umiał wykorzystać szansę. Szybko się uczył, był ambitny i efekty wreszcie przyszły. Przed dwoma laty stał się prawdziwym objawieniem drugoligowych boisk. Strzelał gola za golem, a niemal każdy następny był piękniejszy od poprzedniego. W meczu z ŁKS Łódź posłał piłkę z ponad 20 metrów, a ona odbiła się od poprzeczki i minęła linię bramkową. - Nie wiem, może mi wiatr pomógł - żartował wówczas. Osiągnął kolejny szczebel piłkarskiego wtajemniczenia i liczył, że jako drugoligowy król strzelców wreszcie otrzyma szansę w ekstraklasie. Konkretnych ofert jednak nie było, toteż zaczął się poważnie zastanawiać, czy nie przenieść się do... Włókniarza Kietrz, gdzie przyjęliby go z otwartymi rękoma. Na szczęście w Śląsku skończyła się już era Janusza Wójcika i postanowiono budować drużyną skromniejszymi nakładami, za to na solidniejszych postawach. Gortowski został zaproszony na sprawdzian. Zaczął się nowy, ale bardzo burzliwy rozdział w jego piłkarskiej karierze.
Tydzień bohatera
Początkowo był... kibicem, tyle że nie musiał płacić za bilet. Sam nie zdawał sobie wtedy sprawy z takiej roli. - Jak tylko wyleczę drobny uraz, wracam do gry - mówił. Dopiero później wszyscy dowiedzieli się, że Gortowski nie został zgłoszony do rozgrywek w drużynie Śląska. - W lipcu nie było na to pieniędzy, a potem zostaliśmy ukarani zakazem transferów - bezradnie rozkładał ręce ówczesny prezes Janusz Cymanek. A tu z drużyną rozstał się Piotr Włodarczyk i dramatycznie szukający oszczędności Śląsk musiał zwolnić nawet trenera. Gortowski był załamany, bo wychodziło na to, że nigdzie nie może grać. Musiał czekać, choć za bardzo nie wiedział, na co.
Dopiero przed ósmym ligowym meczem, z Legią na Łazienkowskiej, udało się rozwikłać tę sprawę - tylko dlatego, że piłkarze, którym klub zalegał pieniądze, zgodzili się na rozłożenie płatności, co oznaczało cofnięcie zakazu transferowego. Gortowski wystąpił na Legii i okazał się prawdziwym dżokerem: w ekstraklasowym debiucie strzelił gola, a Śląsk pokonał słynną drużynę 4:3. Od tamtej pory, a więc przez półtora roku, Legia już nie przegrała u siebie ligowego meczu...
Gortowski tak się rozochocił, że w następnym spotkaniu (z Groclinem) też zdobył bramkę i przy innej asystował. Był w gazie bez dwóch zdań. W Polsce zrobiło się o nim głośno. Wszak nie każdy w dwóch debiutanckich meczach w ekstraklasie strzela dwa gole, na dodatek chodziło o mecze zwycięskie. To był najwspanialszy tydzień w jego piłkarskim życiu.
Później przekonał się, że strzelanie w lidze bramek wcale nie jest takie łatwe. Rywale zaczęli go dokładniej pilnować, zdarzały się następne urazy, bo niestety okazał się podatny na kontuzje. Nie potrafił przyczynić się do utrzymania drużyny, choć marzył o roli wrocławskiego bohatera.
Król z markera
Zdawało się, że odejdzie ze zdegradowanego Śląska. Długo trwały negocjacje, aż wreszcie podjął decyzję: zostaję. - Gdyby nawet w trakcie rozgrywek pojawiła się oferta z ekstraklasy, chętnie bym do niej wrócił - mówił otwarcie. Na podkoszulku markerem napisał hasło "Wrócił król" i miał na myśli powrót do roli drugoligowego supersnajpera. I znowu miał znakomite wejście - w inauguracji dwa gole, a po trzech spotkaniach - cztery. Szybko dorzucił jeszcze jednego i na tym... poprzestał.
Teraz ma dużo czasu, by zastanowić się nad swoją piłkarską historią. Nie brak opinii, że po takiej kontuzji nigdy się nie wraca do dawnej formy, co od dziesięcioleci najlepiej ilustruje przypadek Włodzimierza Lubańskiego. Gortowski jednak wierzy w istnienie wyjątków od każdej reguły. Przed dwoma tygodniami skończył dopiero 26 lat. Życie wciąż uczy go pokory. Kiedy pojawi się na boisku, przekonamy się, jakie wnioski wyciągnął z tych surowych lekcji. Bo że się pojawi - w to nikt nie wątpi.
źródło: własne/Przegląd Sportowy