Przespana pierwsza połowa. Radunia Stężyca 4:2 Śląsk II (RELACJA)
fot.: Paweł Lipnicki
Gdyby w starciu Śląska II Wrocław z Radunią zostawić widzom do oglądania tylko drugą połowę, mogliby pomyśleć, że na murawie starły się ze sobą dwa równorzędne zespoły. Niestety, los kazał nam przeżyć także pierwszą część gry, w której wrocławianie stracili 3 gole i na nic zdało się odrabianie strat za sprawą Przemysława Bargiela i Piotra Samca-Talara.
Prowadzeni przez szukającego ciągle zwycięstwa Arkadiusza Batora wrocławianie na starcie z walczącą o miejsce barażowe Radunią wyszli w tradycyjnie przebudowanej jedenastce, a z meczu ze Stalą Rzeszów (1:2) ostało się tylko 6 graczy. Szansę debiutu na drugoligowych boiskach otrzymał broniący dotychczas w CLJ-ce Oskar Mielcarz, a po raz pierwszy od listopadowego starcia z Pogonią Siedlce (1:2) w linii defensywnej zameldował się Kacper Radkowski. Zmiany zaszły także w środku pola, gdzie operowali Adrian Bukowski i Jakub Jezierski. Ponadto, w pierwszej jedenastce zabrakło miejsca dla grającego ostatnio często od pierwszej minuty Przemysława Bargiela. Czy takie ustawienie sprawdziło się z będącym w gazie po zwycięstwie z Ruchem Chorzów (1:0) beniaminkiem ze Stężycy?
I OD NOWA POLSKA LUDOWA
Tuż przed startem spotkania otrzymaliśmy od spikera informację, że zaszła mała zmiana w wyjściowej jedenastce gospodarzy, a mianowicie Jakuba Letniowskiego, który doznał kontuzji w ostatniej chwili, zastąpił Dmytro Baszłaj. Pierwszy sygnał do obudzenia się w tym spotkaniu dostał Bartosz Boruń, który został objechany przez Szymona Nowickiego. Wahadłowy stężyczan oddał strzał z ostrego kąta w 3. minucie, ale dobrze wszedł w ten mecz Mielcarz, zatrzymując te uderzenie. Długo nie trzeba było czekać na otwarcie wyniku, bowiem jeszcze przed upływem pięciu minut tego spotkania fatalną interwencją „popisał się” właśnie prawy wahadłowy Śląska, który próbował skierować piłkę głową do golkipera, ale zrobił to zbyt lekko, a z okazji skorzystał Dawid Retlewski. Napastnik stężyczan zdobył swoją 7. bramkę w tegorocznych rozgrywkach, pieczętując dobrą formę w ostatnich tygodniach.
„WIDZIAŁEM DRUŻYNY CIEŃ”
Jeśli mielibyśmy mówić o impulsie ze strony Śląska, to takowego nie było. Rozkręcała się za to ekipa w niebieskich koszulkach, a szansę na 2:0 wykreował Daniel Łuczak, jednak strzał głową był niecelny. W ofensywie goście próbowali… i podwyższyli prowadzenie jeszcze przed upływem kwadransa. Świetne podanie prostopadłe od Baszłaja otrzymał Kuba Lizakowski, który nie dał żadnych szans bramkarzowi Śląska, zdobywając gola w drugim meczu z rzędu. Wrocławski zespół był już na kolanach, a przecież ledwo rozpoczęło się spotkanie w Stężycy. Zawodnicy ze stolicy Dolnego Śląska poruszali się jak dzieci we mgle, a podopieczni Sebastiana Letniowskiego konstruowali kolejne groźne ataki. Próby wrocławian obejmowały zaledwie niecelny strzał z dystansu i uderzenie z woleja Piotra Samca-Talara, który gdyby przymierzył nieco celniej, to miałby na swoim koncie piękną bramkę. Ale że przyłożył nogę w niewłaściwy sposób, to piłka wylądowała w malinach…
Oczywiście pierwsza połowa nie mogła zakończyć się tak niskim zapasem bramek dla Raduni, a w tym meczu zabrakło tylko jednego… głupio sprokurowanego rzutu karnego. A więc jak do tego doszło? W pole karne wrocławian wpadł Nowicki, którego powalił w najprostszy sposób Szymon Michalski (chwilę później dostał „wędkę” od trenera Batora), prokurując podręcznikową jedenastkę dla gospodarzy. Do piłki na wapnie podszedł jeden z najbardziej aktywnych graczy w tym meczu, czyli Wojciech Łuczak, który pewnym strzałem zmylił Mielcarza. Ledwo Śląsk wznowił, a Radunia po błędzie w rozegraniu mogła podwyższyć prowadzenie, ale w ostatnim momencie wślizgiem zareagował Mateusz Stawny, zażegnując niebezpieczeństwo. Wrocławianie swoich szans szukali po stałych fragmentach albo pomyłkach gospodarzy, jak w próbie Sebastiana Bergiera z dystansu, gdy z bramki wyszedł Kacper Tułowiecki. Śląsk wyglądał po pierwszej części gry jak cień drużyny. Jak zareagował na to trener Bator?
JEDNAK DOTARLI DO STĘŻYCY
Zareagował oszczędnie, bo goście wyszli na drugą połowę z jedną zmianą (Borunia zmienił Jehor Matsenko), a to Radunia znowu szalała w ofensywie. Niezłą szansę miał Przemysław Szur, ale był na spalonym. Śląsk praktycznie nie istniał w ofensywie, a jeśli istniał, to któryś z zawodników „palił” akcję. Nie można wymarzyć sobie lepszego spotkania do określenia „pełna kontrola meczu”. W międzyczasie kartkami z rękawa zaczął sypać sędzia, a oberwało się nawet trenerowi Śląska, który otrzymał napomnienie. Burzyło to nieco dotychczasowy wizerunek spokojnie przechadzającego się za linią boczną myśliciela rozgrywającego mecz we własnej głowie.
Kontrola nad spotkaniem jednak wymknęła się stężyczanom z rąk, gdy z akcją indywidualną pognał Samiec-Talar, który obsłużył podaniem wprowadzonego jeszcze w pierwszej połowie na plac Przemysława Bargiela. Były zawodnik włoskiego Milanu nie miał prawa się pomylić i zmniejszył rozmiar porażki, rozbudzając apetyty wrocławian. Z każdą kolejną akcją wracała nadzieja w poczynaniach graczy w białych koszulkach. Z akcją pognał wspomniany wcześniej strzelec gola, zagrał do lewej strony do Bergiera, a ten dograł na dłuższy słupek do wbiegającego Samca-Talara, który wbił piłkę do siatki. Nic tego nie zapowiadało, ale Śląsk wrócił do żywych, będąc zakopanym kilka metrów pod ziemią.
ARKADIUSZ BATOR W POSZUKIWANIU ZWYCIĘSTWA: ROZDZIAŁ 7
Trener Letniowski zareagował na te gole Śląska potrójną zmianą, a podopieczni Arkadiusza Batora nie mieli zamiaru zwalniać. Oko w oko z golkiperem stężyczan stanął Samiec-Talar, ale tym razem górą był Tułowiecki. W końcu doczekaliśmy się typowo drugoligowego starcia, obfitującego w potężną dawkę emocji. Radunia nie chciała wprowadzać jeszcze większej nuty niepokoju w swoje poczynania i próbowała powiększyć nikłą przewagę nad Śląskiem. W 71. minucie miał na to szansę wprowadzony chwilę wcześniej Damian Szuprytowski, ale nie zdecydował się na zagranie do Łuczaka, przez co stracił piłkę.
Na boisku w ostatnim kwadransie zapanował impas, a żadna z ekip nie mogła wyprowadzić zabójczej akcji, która przeciążyłaby szalę w znaczny sposób na którąś ze stron. Jednak na 5 minut przed upływem regulaminowego czasu gry świetną dwójkową akcję wyprowadzili z prawej strony Retlewski i Łuczak. Ten pierwszy odegrał piętą do partnera, a egzekutor rzutu karnego ustrzelił dublet w tym spotkaniu, "zabijając" już ten mecz. Nie spodziewaliśmy się po tak słabej pierwszej połowie powrotu do żywych podopiecznych trenera Batora, ale m.in. dzięki dobrej zmianie Bargiela gra wrocławian uległa znacznej metamorfozie i tylko brak konsekwencji i ciągłości powoduje, że Śląsk znów kończy mecz bez punktów. A może należało pójść za ciosem po drugiej strzelonej bramce? Tego już się nie dowiemy, a czarna seria Śląska przedłużona do ośmiu meczów bez zwycięstwa ciągle trwa. Mecz w Stężycy był już szóstym w tym sezonie z przynajmniej czterema straconymi przez wrocławian golami...
Radunia Stężyca 4:2 (3:0) Śląsk II Wrocław
Retlewski 5’, Lizakowski 13’, Łuczak 33’ (k.), 86’ - Bargiel 57’, Samiec-Talar 59’
Radunia Stężyca: Tułowiecki – Orłowski, Szur, Murawski – Lizakowski (73’ Kuźniarski), Witek (60’ Deja), Baszłaj, Nowicki (60’ Kopania) – Stępień (60’ Szuprytowski), Łuczak (89’ Miller), Retlewski
Śląsk II Wrocław: Mielcarz – Stawny (53’ Szmigiel), Radkowski, Wypart – Boruń (46’ Matsenko), Sz. Michalski (37’ Bargiel), Jezierski (82’ Młynarczyk), Bukowski, Gerstenstein – Wypart, Samiec-Talar (82’ Idzik), Bergier
Żółte kartki: Nowicki, Retlewski, Lizakowski, Szuprytowski, Szur - Sz. Michalski, Wypart
Sędziował: Artur Aluszyk (Szczecin)