Psychiczne przeciążenie
fot.: Paweł Kot
Złość, frustracja, nerwy, zawodzenie swoich, ale także cudzych oczekiwań. Narastająca presja, nacisk z trybun i życie na świeczniku. Stereotypowe życie piłkarza stało się częstym marzeniem młodzieży, lecz czy rzeczywiście jest ono tak sielankowe i piękne?
Z zamiarem napisania tego tekstu chodziłem już od dłuższego czasu, lecz ciągle brakowało mi czegoś, co popchnie mnie przed klawiaturę. Odpowiednim impulsem okazała się kolejna fala krytyki wylana na zawodników i sztab Śląska, ale również pewna inna sytuacja na naszym rodzimym podwórku. Czy ten artykuł coś zmieni? Prawdopodobnie nie, lecz jeśli skłoni do przemyśleń chociaż jednego czytelnika, to będzie to już mały sukces.
FUTBOLOWY ROMANTYZM
Piłka nożna z pełnego pasji sportu stała się bezkompromisowym biznesem. Gdy w grę wchodzą grube miliony, coraz rzadziej spotykamy unikatowych zawodników z charakterem pokroju Erica Cantony, czy boiskowych magików jak Ronaldinho. Nawet w Polsce, która, umówmy się, nie jest ważnym futbolowym punktem Europy, spotykamy się z wyścigiem szczurów od najmłodszych lat. Młodzi marzyciele nie biegają już po podwórkach, nie kopią piłki na chodnikach, a plecaki nie robią im za wyimaginowane bramki. Widujemy ich za to w zbudowanych za ogromne pieniądze akademiach, które w piłkarzy inwestują, próbując stworzyć z nich eksponowany później produkt.
Nie jest to w zasadzie nic dziwnego, piłka nożna rozwija się w niesamowitym tempie. Z sezonu na sezon wszystko staje się szybsze, bardziej ustrukturyzowane, a boiskowa fantazja zanika. Skoro w grę wchodzą wielkie kwoty, to każdy chce jak najbardziej zminimalizować jakiekolwiek ryzyko. Multum narzędzi do analiz, szukanie przewagi pod kątem naukowym - prosty sport stał się wyścigiem technologiczno-organizacyjnym. Czy jest to złe? Ja, inwestując w coś pieniądze, również chciałbym ograniczyć straty i być do przodu względem konkurencji. Niemniej futbolowy romantyzm umiera, a biznesowe podejście do piłki nożnej rodzi wiele patologii.
WYŚCIG SZCZURÓW
Wracając jednak do wątku młodych zawodników, niesamowite a zarazem przerażające jest to, jak na przestrzeni kilkunastu lat wszystko uległo drastycznym zmianom. Coraz mniej jest piłkarzy, którzy przebijają się do ścisłej czołówki z podwórka. Ze wszystkich stron jesteśmy atakowani produktami piłkarskich akademii. U samych podstaw nie jest to nic złego - świetnie, że dzieci mogą grać na porządnych boiskach, rywalizować i rozwijać się pod okiem trenerów. Niestety, rodzi to również wiele patologii.
W książce “Ludzie znikąd” Michaela Calvina możemy przeczytać o pracy, jaką wykonują często anonimowi piłkarscy skauci. Znajdziemy tam również pewien wątek, który doskonale obrazuje to, czym stała się w piłka nożna. Wyścig o młodych zawodników w Anglii rozpoczyna się już chwilę po tym, jak postawią oni swoje pierwsze kroki. Nie w piłkarskiej karierze. Po prostu kroki. Skauci wysyłani są do obserwowania 5-6 latków, aby już wtedy sprzątnąć konkurencji sprzed nosa potencjalny talent. Czasami jest to pozytywne zjawisko, lecz znacznie częściej zwyczajnie niszczy życie.
Calvin opowiada o częstych przypadkach, kiedy to skrajnie biedne, lub po prostu biedne rodziny dostawały oferty od piłkarskich akademii. Kilkanaście tysięcy funtów rocznie za to, aby ich dziecko trenowało w konkretnym klubie, to ogromne pieniądze. Na taki młody talent już od samego początku przygody z piłką nakładana jest ogromna presja. Na barkach kilkuletniego chłopca ciąży utrzymanie rodziny, nadzieja na przyszłość nie tylko swoją, ale także rodziców.
Z całych szeregów młodzieży do zawodowej kariery dochodzi niecały procent zawodników. Odsiew jest ogromny i zbiera za sobą straszne żniwa. Próby samobójcze, nieumiejętność przystosowania się do zwykłego życia - takich przypadków w Anglii spotkamy multum. Pójście w ścieżkę piłkarską oznacza dla wielu ogrom wyrzeczeń i poświęceń dla celu, na którego osiągnięcie szansa jest znikoma. Futbol stał się bezdusznym biznesem. Oczywiście, w Polsce do tego poziomu patologii jeszcze sporo nam brakuje, ale chyba każdy z nas spotkał się w swoim życiu z niespełnionym talentem, który całe życie poświęcił piłce, aby na końcu drogi mocno się rozczarować i stracić poświęcone lata pracy.
SPORT PRZEGRANYCH
Przed każdym nowym sezonem jakichkolwiek rozgrywek możemy być pewni dwóch rzeczy. Jedna drużyna zostanie mistrzem, a cała reszta stawki poniesie porażkę. Przegrywanie wpisuje się w DNA piłki nożnej, jest jego absolutną podstawą, lecz z porażkami trzeba umieć się jeszcze pogodzić. Piłkarze są ludźmi z natury ambitnymi. Oczywiście, zdarzają się przypadki, kiedy to głowa nie nadąża za talentem, lecz jest ich zdecydowanie mniej. Przed sezonem każdy zawodnik ma przed sobą pewne cele indywidualne, ale także drużynowe. Walka o mistrzostwo, europejskie puchary, ligowy byt i utrzymanie - presja za każdym razem jest ogromna.
Wchodząc w głowę piłkarza zwróćmy uwagę na liczbę bodźców i oczekiwań z przeróżnych stron. Za przykład niech posłuży nam miniona runda w wykonaniu zawodników Śląska. Początek sezonu był udany - dobre mecze w europejskich pucharach dały nadzieję na awans do fazy grupowej Ligi Konferencji, a w sytuacja w ekstraklasie była dobra. Nadszedł mecz z Hapoelem - bolesna porażka 0:4 i liczne błędy indywidualne sprawiają spory zawód. Na rodzimym podwórku dalej idzie przyzwoicie, lecz delikatnie zachwiana pewność siebie jest potęgowana przez frustrację wynikającą z błędów sędziowskich i traconych punktów. Nadchodzi mecz o fotel lidera z Lechem i znowu pogrom. Kolejne 0:4, znowu po indywidualnych błędach, fala hejtu i początek dołku formy.
Po kolejnych spotkaniach staje się jasne, że marzenia o najwyższych celach będą dużo trudniejsze w realizacji - czołówka zaczyna odjeżdżać, a błędy sędziowskie znowu zabierają cenne punkty. Frustracja narasta tym bardziej, że w międzyczasie zespół odpadł z Pucharu Polski, w którym, mimo przyzwoitego spotkania, nie udało się pokonać znacznie słabszego rywala. Indywidualne pomyłki zaczynają się nawarstwiać, a część zawodników, którym przydałaby się chwila wytchnienia, musi cały czas grać w wyniku kontuzji kolegów.
W pewnym momencie przychodzi mecz z Wisłą Kraków. Efektowne 5:0 pozwala myśleć, że fortuna w końcu stanie po stronie Śląska, lecz radość nie trwa długo. Już w następnej kolejce arbiter znowu myli się na niekorzyść WKS-u, a demony całego sezonu powracają. Znowu porażka, w dodatku z przeciwnikiem, który wyeliminował zespół z Pucharu Polski - następuje psychiczne przeciążenie. Do końca sezonu wrocławianie stają się cieniem samych siebie. Kolejne mecze są bezbarwne, presja ze strony trybun się nawarstwia do tego stopnia, że w meczu z Wartą dochodzi do słownego starcia z kibicami. “Rozmowa motywacyjna” zdecydowanie nie pomaga, o czym później mówi sam trener - “miało to bardziej negatywny wpływ”.
ZAPATRZENI W OBRAZEK
Życie piłkarzy bywa bardzo przewrotne. W jednym momencie cieszą się ze zwycięstwa, aby chwilę później mierzyć się z porażką na kilku frontach. Psychiczne obciążenia są ogromne między innymi przez taką ciągłą huśtawkę nastrojów. Znam kilku młodych zawodników, którzy grają w juniorskich drużynach pierwszoligowych klubów i przerażające jest to, co w znacznej mierze nimi kieruje. Niejednokrotnie spotkałem się ze sprowadzaniem swoich ambicji do "jeżdżenia fajnym samochodem".
Teorie, jakoby zawód piłkarza był zawodem prostym, są przedstawiane z wielu stron. "Nie mówmy o tym, że ma wielką presję piłkarz zarabiający grube siano, który wychodzi zagrać z amatorami z Luksemburga. Już nie mogę słuchać tej grafomanii mikrofonu, tego pieprzenia, pier... za przeproszeniem. To jest kit, pic na wodę, fotomontaż" - mówił niegdyś Mateusz Borek. Taka narracja przyjmowana jest później przez wielu kibiców, ale też młodych zawodników. Przecież skoro sam Borek tak mówi, to tak jest. Nic bardziej mylnego. Nie odmawiajmy zawodnikom presji, nie udawajmy, że jej nie ma. To też są ludzie i jak każdy z nas przeżywają swoje mniejsze lub większe kryzysy. Niech młodzi piłkarze, którzy decydują się na poświęcenie swojego życia dla kariery w tym sporcie zdają sobie sprawę z tego, co ich tu czeka i z jak wielką ścianą przyjdzie im się zderzyć.
ZDROWY ROZSĄDEK
Podczas zimowej przerwy z wielu stron usłyszeć można było mocne i przesadzone komentarze. “Roz***ać zarząd ze Sztylką na czele”, zawodnicy to “modelki na trawie”, powstała nawet teoria, że część naszej redakcji chce koloryzować rzeczywistość pisząc przychylnie o Śląsku. Ludzie kochani, opamiętajcie się! Piłka nożna to tylko sport, są rzeczy od niej znacznie ważniejsze. Wykażmy się choć odrobiną empatii i przed wciśnięciem enter pamiętajmy - porażki to rzecz ludzka, a po drugiej stronie ekranu zawsze jest druga osoba.
Nie twierdzę, że krytyka za minioną rundę się nie należała - wręcz przeciwnie, zarówno kibice jak i dziennikarze mają do krytyki pełne prawo. Niech będzie ona tylko konstruktywna (takich komentarzy też było sporo - chwała Wam za to!) . Nienawiść jest jak samonapędzająca się kula śnieżna, czego przykładem były nie tak dawne wydarzenia w Warszawie. Czy naprawdę chcemy żyć w świecie, w którym za porażki bije się piłkarzy? Czy jeśli ktoś z Was będzie miał gorszy okres w pracy, to upoważnia kogokolwiek do wyzywania Was, a w skrajnych przypadkach uciekania do gróźb czy nawet przemocy fizycznej? Ja koniec końców chcę wierzyć w futbolowy romantyzm, a patologii w piłce nożnej mówię stanowcze nie.