Rumakowe zwycięstwo (FELIETON)
fot.: Joanna Wietrzyńska
26 sierpnia 2016 roku, celujący w górną ósemkę Śląsk Wrocław gra w Krakowie z Wisłą Kraków, a mecz ma swoją dodatkową wartość, bo ma on miejsce niewiele po tym, jak została zerwana wieloletnia zgoda między kibicami obu klubów. Na ławce zasiada oczywiście Mariusz Rumak, który po świetnej wiośnie ma za zadanie podtrzymanie dyspozycji w kolejnych rozgrywkach i wprowadzenie zespołu do grupy mistrzowskiej.
Wynik 5:1 to jakże symboliczna wygrana. Mogła wlać nadzieję, że ten skład stać na dobry wynik, który pozwoli zapomnieć o słabszym okresie. Było jednak zupełnie inaczej, następne miesiące brutalnie zweryfikowały wartość tamtego składu. Od września do grudnia WKS wygrał tylko 3 razy, osuwał się w tabeli i tym samym tuż przed świętami misja Mariusza Rumaka we Wrocławiu dobiegła do końca.
Myślę, że tamta wygrana była piłkarską fatamorganą. Fatalny mecz krakowian zamazał rzeczywistość w jakiej klub wtedy funkcjonował. Krótka kadra, do tego portugalski zaciąg, który nie dał jakości, no i transfery na ostatnią chwilę. Chcieliśmy zawojować świat mającym najlepsze za sobą Ostoją Stjepanoviciem. No ludzie kochani.
Sobotni mecz, mimo bardzo podobnego obrazu, wygląda zupełnie inaczej. To jest nierumakowe zwycięstwo. To jest najzwyczajniejsza wygrana, gdy piłkarze pokazują swoją jakość i rozbijają rywala. Gdy kontrolują obraz spotkania nacierając, wyprowadzając szybkie ataki, a czasem mądrze się wycofując i pokazując bezzębność przeciwnika. Pokazali to, co robili w poprzednich meczach. Mój redakcyjny kolega, Kuba Luberda stwierdził, że defensywa Wisły to gwiazdozbiór. Ale nie dlatego, że tam są takie nazwiska, tylko obrońcy byli ustawieni w zupełnie losowych miejscach. A drużyna Jacka Magiery jak doświadczony wilk morski nawigujący na morzu świetnie rozczytał te ustawienie i popłynął po zwycięstwo.
ŚWIADOMOŚĆ ETAPU
Co ciekawe, tamtą porażkę sprzed pięciu lat pamięta trzech zawodników: Maciej Sadlok, Alan Uryga i... kapitan Śląska, Krzysztof Mączyński. Łączą oni te zdarzenia, ale pochylmy się nad różnicami. Dziś Śląsk dysponuje szeroką kadrą, asystę robi Dino Stiglec, który ma ciężkie tygodnie za sobą. Gola zdobywa Diogo Verdasca, który moim zdaniem z każdym kolejnym meczem robi krok ku lepszej formie. Nawet Marcel Zylla, który jak dotychczas jest rozczarowaniem, zdobył bramkę. Ostatni jego gol niczego nie zmienił, nie doprowadził do przełamania, ale też zdrowie w tym nie pomagało. Może tym razem będzie inaczej.
Po ostatnich tygodniach zrozumiałem, że po prostu pozostaje mi zaakceptować to, w jakim miejscu jest WKS. W rywalizacji z Lechem zdecydowała jakość kadry, ogromnych talentów i wysokich umiejętności u każdego zawodnika. Z Rakowem mogło kluczowe być doświadczenie i zgranie drużyny prowadzonej przez Marka Papszuna. Natomiast Śląsk jest ciągle w budowie. Młodzi zawodnicy nabierają doświadczenia, niektórzy udowadniają swoją regularność (już wiem, że Erika Exposito będę wspominał z większą radością niż Moriokę, nie tylko za same umiejętności), a niektórzy, jak Praszelik, wchodzą na wyższy poziom. Europejskie puchary pokazały, że ten zespół swoją jakość ma i będzie tylko rósł.
NIE OGLĄDAĆ SIĘ NA INNYCH
Robić swoje, takie jest zadanie na teraz. Problemem w naszej wyrównanej lidze nie jest zdobywanie punktów z czołówką, ale zachowanie regularności w pojedynkach ze środkiem i dołem tabeli. Nie sztuką jest wygrać 2-3 pojedynki z sąsiadami w tabeli, ale pokazać swoją jakość w meczach z tymi, którzy się wycofają, ustawią defensywnie, kiedy skupią się przede wszystkim na detronizacji ofensywnych zawodników.
Tych zawodników stać na to. Bo można wyciągnąć mecz z Górnikiem Łęczna czy Lechią Gdańsk, ale tam zabrakło odpowiednich decyzji sędziowskich. Czasem trzeba pokazać ofensywną jakość jak w ten weekend, a czasem przepchać ciężki mecz. Nie da się zawsze dać pięknie. Najważniejsze, to ugruntować swoją solidność, co będzie podstawą do wejścia na wyższy poziom.