Rywal pod lupą eksperta: Arka Gdynia
fot.: Paweł Kot
Śląsk Wrocław w niedzielnym meczu w Gdyni może zapewnić sobie grę w grupie mistrzowskiej w rundzie finałowej. Żółto-niebiescy desperacko jednak potrzebują punktów, by uniknąć degradacji, a pierwsze spotkanie pod wodzą trenera Ireneusza Mamrota kibice zapamiętają na długo. O Arce rozmawiamy z Pawłem Kątnikiem, dziennikarzem Radia Gdańsk.
Jakie uczucia mogą dominować w głowach piłkarzy Arki Gdynia po przegranych szalonych derbach w Gdańsku (3:4)? Sportowa złość, czy uczucie podciętych skrzydeł, bo jak by nie walczyli i tak zostają bez punktów?
To pewnie mieszanka myśli, ale uważam, że przeważa smutek, poczucie niemocy, jeśli jest się już tak blisko pierwszego w Ekstraklasie zwycięstwa w Gdańsku, a punkty jednak uciekają z rąk. Emocje piłkarzy Arki po zakończeniu meczu w Gdańsku najlepiej oddawała pokazana w transmisji twarz Marko Vejinovicia. To była twarz człowieka całkowicie rozczarowanego i zawiedzionego końcówką tego spotkania. Można zakładać, że w tym tygodniu do wykonania była duża praca motywacyjna, bo ostatecznie Arka zagrała przecież dobre zawody, ale znowu nie udało się zapunktować.
Czy w debiucie trenera Ireneusza Mamrota w grze Arki było już widać coś pozytywnego, czego nie było we wcześniejszych meczach?
Na pewno chęć lepszej gry była większa i to nie tylko dlatego, że ten debiut przypadł na mecz derbowy. Wiadomo jaka jest sytuacja Arki w tabeli, każdy chce się szybko pokazać z dobrej strony, bo zawodnicy grają o nowe kontrakty, a dodatkowo nie wiemy, jakie będą realia w rzeczywistości post-pandemicznej. W Gdyni nie mamy piłkarzy pokroju Przemysława Płachety czy Roberta Picha. Arka ma graczy, którzy umiejętnościami oscylują między Ekstraklasą a 1.ligą, oni wiedzą, że grają o swoją przyszłość w najwyższej klasie, a po ewentualnym spadku mogłoby być różnie. Mówienie o tym, że piłkarze będą gryźć trawę to oczywiście truizm, jednak wydaje mi się, że właśnie w związku z tym, o czym powiedziałem, zawodnicy Arki od pierwszego meczu po przerwie chcą dawać z siebie jeszcze więcej niż wcześniej.
W Gdyni ostatnio czuć wiatr zmian, nowego trenera zatrudnili przecież już nowi właściciele – Michał i Jarosław Kołakowscy. Do przejęcia klubu musiało dojść, żeby Arka miała realne szanse na utrzymanie?
Szczerze mówiąc byłem bardzo zaskoczony tym, że Ireneusz Mamrot przyjął ofertę z Gdyni, przecież ten trener w poprzednich sezonach Ekstraklasy walczył o zupełnie inne cele niż dziś. Można jednak powiedzieć, że to wybór jak najbardziej adekwatny do wizjonerskiego potencjału, z którym do klubu weszli nowi właściciele. Myślę, że gdyby tej zmiany nie przeprowadzono, byłby bardzo poważny problem nawet z dograniem obecnego sezonu. Klub znajdował się w ogromnych tarapatach, miał kłopoty z wypłacalnością, a zawodnicy byli sytuacją potężnie zdemotywowani. Dodatkowo trzeba pamiętać, że nowi właściciele zwyczajnie znają się na piłce nieporównywalnie lepiej od swoich poprzedników, panów Midaków. Oni szybko skonfliktowali się z byłym już dziś prezesem Wojciechem Pertkiewiczem, który miał Arkę w sercu i umiał nią zarządzać, a później upadały kolejne kostki domina – były zmiany w radzie nadzorczej, pojawił się ostry konflikt z kibicami.
Liderem zespołu z Gdyni w decydujących momentach sezonu ma być Marko Vejinović. Czy ten piłkarz daje Arce maksimum swoich możliwości?
Zachowując odpowiednie proporcje, Marko Vejinović to Daniel Ljuboja Arki Gdynia. Gwiazda, wielka indywidualność. Mam jednak wrażenie, że trochę rozleniwiło go to, co się działo, gdy pod koniec sierpnia potwierdzano jego transfer z AZ Alkmaar. Pamiętam to oczekiwanie, przebitą ofertę Zagłębia Lubin, prawdziwie gwiazdorski kontrakt jak na warunki Arki, to było wydarzenie. Tymczasem on daje drużynie mniej niż wiosną ubiegłego roku, kiedy był wypożyczony, nie zarządza nią w pełnym tego słowa znaczeniu. Można powiedzieć, że bronią go liczby, zdobywa bramki w ważnych momentach, często bardzo ładne, ale to jest już inny piłkarz. Nie jest tak często pod grą, nie szuka strzałów z dystansu. Z pewnością liczono, że będzie dawał drużynie więcej.
Vejinović w Gdańsku strzelił dwa gole z rzutów karnych, ale najwięcej pozytywnych recenzji zebrał Mateusz Młyński. Przeróżne były eksperymenty na pozycji młodzieżowca w Arce w tym sezonie, ale teraz chyba nareszcie nie ma wątpliwości, kto powinien być pierwszym wyborem?
Z Młyńskim jest ten problem, że to bardzo niestabilny piłkarz. W jednym meczu potrafi błysnąć, jak półtora roku temu we Wrocławiu, kiedy po kapitalnej akcji strzelił pierwszego gola w Ekstraklasie, a w kolejnym zupełnie go nie widać. On faktycznie ma ten geniusz przebojowości, co sprawia, że w niezwykle siermiężnej polskiej lidze przyciąga uwagę, a jego wartość automatycznie wzrasta. Wydaje mi się, że jednak kłopot z młodzieżowcem w Arce jest. W tym kontekście bardziej niż Młyńskiego doceniłbym Jakuba Wawszczyka, na którego jesienią jako pierwszy postawił trener Jacek Zieliński. Dziwię się, że jego akcje w ostatnim czasie trochę spadły, pewnie w treningach dzieje się coś, o czym nie wiemy. Moim zdaniem to właśnie Wawszczyk w tym sezonie dawał największą jakość na pozycji młodzieżowca w Arce, był najbardziej regularny. W meczach, w których grał, wyglądał lepiej niż Adam Marciniak czy Damian Zbozień, których prywatnie znam i lubię, ale uważam, że w całej lidze jest niewielu słabszych bocznych obrońców niż oni.
W niedzielę czeka nas starcie Pavelsa Steinborsa z Matusem Putnockim. Pojedynek najlepszych bramkarzy w lidze?
Najlepszym na pewno jest Steinbors, zresztą jego historia w Gdyni jest niesamowita. Jeszcze trzy sezony temu popełniał koszmarne błędy, był tak niepewny, że można było tylko łapać się za głowę. W pewnym momencie coś się jednak zmieniło. Okazało się, że ma niesamowity instynkt, bronił w najbardziej niesamowitych sytuacjach, jakie można sobie było wyobrazić i Arka zawdzięczała mu mnóstwo punktów. Śląsk ma o tyle lepszą sytuację, że dysponuje zdecydowanie bardziej stabilną defensywą. Bramkarza wrocławian umieściłbym na trzecim miejscu w klasyfikacji najlepszych golkiperów Ekstraklasy, za Łotyszem z Gdyni i Dante Stipicą.
Puste trybuny w meczu ze Śląskiem paradoksalnie mogą pomóc Arce? Kiedy w tym sezonie nie wszystko szło zgodnie z planem gdynian, ich kibice nie zawsze okazywali się sprzymierzeńcami.
Jak najbardziej można podchodzić do tego w taki sposób. Śląsk to chyba najbardziej znienawidzony rywal Arki, oczywiście poza Lechią, więc atmosfera na trybunach mogłaby być bardzo gęsta. Zresztą podczas meczów w Gdyni generalnie jest coś takiego, że na piłkarzy spada nieprawdopodobnie duża presja. Pamiętam ostatnie domowe spotkanie z Wisłą Płock (1:2) i prosty błąd Christiana Maghomy w jednej z akcji. Skala reakcji kibiców, to jak oni się śmiali z własnego zawodnika, przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Piłkarze Arki wiedzą, że nigdy wirtuozami nie byli, ale potrafią grać w piłkę, co pokazali całkiem niedawno odwracając w ostatnim kwadransie losy meczu z Rakowem (3:2). Muszą jednak mieć spokój, a kibice powinni być wobec nich cierpliwi.
Czy Arka utrzyma się w Ekstraklasie?
Gdyby udało się wywieźć chociaż punkt z Gdańska, to spowodowałoby tak pozytywne myślenie, że można byłoby myśleć o wygrywaniu kolejnych meczów i wyjściu z tej sytuacji. Natomiast po porażce, biorąc pod uwagę, jak tragicznie wyglądała obrona, nie wierzę, że Arka się utrzyma. Tak naprawdę nie ma już takiej drużyny, która mogłaby grać coraz gorzej dając nadzieję gdynianom. Wisła Kraków utrzymuje przewagę, Korona się efektownie przełamała, Górnik konsekwentnie punktuje, Zagłębie chyba jest już poza wszelkim ryzykiem spadku. Ten trzeci spadkowicz w końcu się znajdzie, ale obawiam się, że dołączając już do Arki i ŁKS. W Gdyni zrobiono wszystko, by piłkarzom dać szansę realnej walki o utrzymanie, pojawili się świetny trener i ambitni właściciele. Teraz już wszystko w nogach piłkarzy.