Rywal pod lupą eksperta: Górnik Zabrze

Rywal pod lupą eksperta: Górnik Zabrze

fot.:

W jutrzejszym meczu 25. kolejki ekstraklasy Śląsk Wrocław zagra na wyjeździe z Górnikiem Zabrze. O rozczarowującej wiośnie, niedoszłej gwieździe z Ghany i pozycji trenera Marcina Brosza rozmawiamy z Rafałem Musiołem, zastępcą szefa działu Sport "Dziennika Zachodniego".



 

Górnik zimował jako sąsiad Śląska w tabeli tuż za podium, a w nowym roku wygrał tylko dwa mecze i osunął się już na 8. miejsce. Czy po porażce w bezbarwnym stylu na stadionie Piasta (0:2) kilka dni temu, w Zabrzu zaczyna się robić gorąco?

Większość obserwatorów zdaje sobie sprawę, że Górnik swoje nadzieje na dobry wynik wiosną zaprzepaścił podczas zimowego okienka transferowego. Dokonano tylko jednego transferu, on był bardzo głośny i wydawało się, że to może być nawet taki element, który zmieni zasady gry. Przyjście Richmond Boakye okazało się jednak największym niewypałem zimy w ekstraklasie, a co gorsza to piłkarz z najwyższą pensją, jaki trafił do Górnika od naprawdę wielu lat. Ostatnie wyniki plus cała ta atmosfera związana z wiosennym falstartem sprawia, że wokół trenera Marcina Brosza zaczyna się robić już bardzo gorąco. Nie spodziewam się nerwowych ruchów przed zakończeniem sezonu, natomiast obecny szkoleniowiec w tak trudnej sytuacji w Zabrzu na pewno nie był od dawna.

Po 30. kolejce trzeba będzie usiąść i powiedzieć sobie, że dużo fajnych rzeczy udało się zdziałać w ciągu pięciu lat współpracy, ale Górnik pod wodzą Brosza doszedł już do ściany?

Gdybym miał zgadywać, to wydaje mi się, że właśnie taki scenariusz będzie zrealizowany. Nie wiem czy to też już nie jest dwustronna chęć zmiany. Marcin Brosz niewątpliwie miał ogromne zasługi dla Górnika w poprzednich latach. Szybki powrót do ekstraklasy, świetne wyniki szczególnie w pierwszej rundzie po awansie, wielka rola młodzieży i wywalczony awans do europejskich pucharów. Sam szkoleniowiec ostatecznie ma jednak też prawo być tym wszystkim już sfrustrowany. Trzeba zauważyć, że polityka transferowa prowadzona przez klub bardzo systematycznie osłabiała wszystkie fundamenty, na których drużynę budował Brosz. Już nawet nie mówię o Igorze Angulo, bo dyskusje na temat tego, czy przedłużać z nim kontrakt ze względu na wiek Hiszpana trwały w Zabrzu bardzo długo. Ale przecież było też odejście Pawła Bochniewicza na samym początku obecnego sezonu, co moim zdaniem stanowiło jeszcze większy problem, bo ta dziura w żaden sposób nie została załatana. Szkoleniowiec Górnika musi sobie dziś zadawać pytanie „jak wiele razy można zaczynać od nowa?”.

Poniedziałkową przegraną w Gliwicach należy wziąć w nawias, bo zespół Brosza pojechał na derby bez wykartkowanych podstawowych obrońców Przemysława Wiśniewskiego oraz Adriana Gryszkiewicza?

To przede wszystkim pokazało, jak króciutką kadrą dysponuje Górnik, skoro dwaj tacy zawodnicy nie mają naturalnych zastępców w formacji defensywnej. Szkoleniowiec zabrzan za każdym razem w podobnych sytuacjach musi się bardzo mocno natrudzić i zastanawiać, w jaki sposób łatać nagle powstałe dziury. Nie ma oczywistego zmiennika, który wskakuje w momencie, gdy otwiera się przed nim szansa i może ją wykorzystać utrzymując miejsce w składzie na dłużej. Inna sprawa, że mecz w Gliwicach niczym szczególnym nie różnił się od wcześniejszych nieudanych na wiosnę nawet pomimo tych nieobecności. To nie był Górnik, którego jakość spadła, bo nie było Wiśniewskiego i Gryszkiewicza. W poniedziałek bardziej zastanowiły mnie słowa trenera Brosza, które wygłosił po meczu. Powiedział, że na drugą połowę wpuścił tych piłkarzy, na których bardzo liczył i miał nadzieję, że pociągną zespół (szkoleniowiec Górnika w przerwie przeprowadził aż trzy zmiany – przyp. red.). Pytanie dlaczego nie wystawił ich w takim razie od razu w wyjściowej jedenastce. Do tego dochodzi bolesna dla zabrzan kwestia Jakuba Świerczoka, bo gdy napastnik Piasta szukał polskiego klubu w Górniku padło pytanie czy byliby nim zainteresowani. Górnik uznał, że ten napastnik będzie za drogi, nie zdecydował się na transfer, a dziś widzimy jak to wygląda.

Wspomniał pan o Boakye, który przed startem rundy wiosennej faktycznie przykuł uwagę całej ligi, bo niecodziennie do ekstraklasy trafia piłkarz, który w CV ma Juventus czy Crveną zvezdę. Dlaczego jego kariera w Zabrzu to aż takie rozczarowanie? Górnik za bardzo podekscytował się okazją i zawiódł go skauting, czy może to Ghańczyk nie może się zaaklimatyzować w Polsce?

To pytanie jest bardzo otwarte, bo w momencie, gdy podpisywał kontrakt, sam uważałem, że jest to jedno z lepszych zimowych posunięć w całej ekstraklasie. Wydawało się, że Górnik zamiast sprowadzać kilku przeciętnych piłkarzy zdecydował się na co tu dużo mówić gwiazdę, tak Boakye był przecież przedstawiany. To, że dziennikarze dali się olśnić papierami na granie, z którymi Ghańczyk przychodził do naszej ligi było zrozumiałe. Oczywiście, były wątpliwości, bo on przez ostatnie pół roku praktycznie nie grał i można się było zastanawiać jak szybko zbuduje formę, złapie rytm. Na wiele rzeczy można było być przygotowanym, ale dziś już ewidentnie widać, że coś tutaj nie zagrało. Patrząc na jego statystyki w kolejnych meczach od debiutu nie widać żadnego postępu. To nie jest tak, że trudne były tylko pierwszy i drugi mecz, ale to dlatego, że musiał poznać ligę, nie dał rady wejść do niej z marszu. Boakye kompletnie nie wykorzystuje swoich dobrych warunków fizycznych, nie potrafi się przebić, nie osiąga wymiernych efektów swojej gry, na które w Zabrzu liczyli (w dziewięciu dotychczasowych występach w ekstraklasie i Pucharze Polski nie zanotował żadnego punktu klasyfikacji kanadyjskiej – przyp. red.). Absolutne rozczarowanie.

A jak w tej mizerii obecnych wyników Górnika odnajduje się Aleksander Paluszek? 20-letni wychowanek Śląska ostatnio stał się podstawowym obrońcą zabrzan, jednak póki co najczęściej musi się uczyć na własnych błędach, jak choćby w poprzednim domowym meczu z Wartą (1:2).

To niewątpliwie piłkarz z potencjałem, ale w tej historii przede wszystkim trzeba wrócić do odejścia Pawła Bochniewicza z końca sierpnia ubiegłego roku. Gdyby on pozostał w Górniku jeszcze chociaż do końca rundy jesiennej, defensywa zespołu trenera Brosza wyglądałaby już inaczej. Przy Bochniewiczu jego koledzy się uczyli, a ta nauka przebiegała w komfortowych warunkach, bo w razie czego był ktoś, kto naprawiał ich błędy. Jasne, dzisiejszemu obrońcy Heerenveen też zdarzały się słabsze mecze, jak każdemu, ale generalnie był ostoją, wokół której wszystko mogło być budowane. Teraz nie ma kogoś takiego, uczenie się ma miejsce na polu minowym, bo każdy błąd kończy się straconym golem albo innymi bardzo dużymi problemami. Teoretycznie taką rolę mógłby pełnić choćby Michał Koj, ale wiemy, jak trzymają się go poważne kontuzje.

Nie ma filaru, który gwarantowałby spokój w defensywie.

Odejście Bochniewicza z Górnika było rekordowe, jeżeli chodzi o zysk z transferu, ale jednocześnie pokazało obecną słabość tego klubu. W Zabrzu nie są w stanie postawić na długofalową budowę zespołu, co mogłoby spełnić plany, marzenia i oczekiwania kibiców. Dlatego uważam, że Górnik dzisiaj jest w miejscu odpowiadającym jego potencjałowi sportowemu. Tutaj nie ma żadnej katastrofy. Większe oczekiwania zbudowało wyłącznie wejście w ten sezon i cztery zwycięstwa w pierwszych czterech kolejkach, w tym to spektakularne 3:1 na Łazienkowskiej. Wtedy pachniało walką o medale, może nawet mistrzostwo Polski, a potem może zostali rozczytani przez rywali, może takiej gry pressingiem, jak w tych pierwszych spotkaniach nie dało się utrzymać przez dłuższy czas. Na realną siłą zespołu Brosza nie można do dziś patrzeć przez pryzmat tego startu.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.