Rywal pod lupą eksperta: Lechia Gdańsk
fot.: lechia.pl
Pierwszym domowym rywalem Śląska Wrocław prowadzonego przez trenera Jacka Magierę będzie Lechia Gdańsk. O metamorfozie po kompromitacji w Pucharze Polski, szansie na udany finisz sezonu i talencie Jana Biegańskiego rozmawiamy z Tomaszem Osowskim, dziennikarzem Gazety Wyborczej Trójmiasto.
Lechia w poprzedniej kolejce nadspodziewanie łatwo uporała się z Zagłębiem (3:1), a różnicą dwóch bramek prowadziła już po 22 minutach. Gdańszczanie mieli tyle swobody, bo rywal zaproponował eksperymentalne ustawienie z trójką obrońców i wahadłowymi?
Nie da się ukryć, że lubinianie delikatnie rzecz ujmując nie zagrali w poniedziałek wielkiego meczu w defensywie. Lechia rzeczywiście łatwo stwarzała sobie sytuacje bramkowe, a kto wie czy dwadzieścia minut po bramce Żarko Udovicicia na 3:1 to w ogóle nie był najlepszy okres zespołu trenera Piotra Stokowca w tym sezonie. Lechia kompletnie zdusiła Zagłębie, odbierała piłkę pod polem karnym i miała w tym czasie cztery – pięć stuprocentowych okazji, by podwyższyć rezultat. W tym wszystkim najciekawsze jest to, że biało-zieloni w poprzedniej kolejce wystąpili bez sześciu podstawowych zawodników, którzy stanowią o sile zespołu. To pokazuje, że trener Stokowiec z jednej strony nie boi się odważnych decyzji, a z drugiej kadra Lechii okazuje się szersza niż nam się wydawało.
Głębia składu jest.
Do tej pory myśleliśmy, że na niektórych pozycjach może być sporo przepustów, a tymczasem choćby taki Bartosz Kopacz świetnie odnajduje się na prawej obronie. Nazwaliśmy go nawet tutaj gdańskim Nicklasem Sule, bo parametry ma solidne, a podobnie jak niemiecki obrońca Bayernu Monachium potrafi zupełnie zaskoczyć niekonwencjonalnym dryblingiem i to właściwie on był architektem trzeciej bramki przeciwko Zagłębiu. Z kolei na lewej obronie po raz pierwszy w sezonie zabrakło w poniedziałek Rafała Pietrzaka, który jako jedyny zawsze wychodził do tej pory w podstawowym składzie Lechii. Zastąpił go Conrado, a na skrzydło wskoczył Udovicić i też wyglądało to nieźle. Również niezastąpiony wcześniej Jarosław Kubicki ze względów zdrowotnych wszedł dopiero z ławki. Są zatem możliwości, których wcześniej nie przewidywaliśmy.
Gdy dokładnie dwa miesiące temu Lechia skompromitowała się w 1/8 finału Pucharu Polski przeciwko Puszczy Niepołomice (1:3) wydawało się, że dni trenera Stokowca są już policzone. Szkoleniowiec powiedział wtedy, że wyciągnie zespół z kryzysu i słowa dotrzymał – w siedmiu meczach ligowych po wpadce w PP zanotował 5 zwycięstw, remis oraz porażkę. Spodziewał się pan, że taka metamorfoza jest możliwa?
Ja byłem za tym, żeby trenerowi Stokowcowi dać szansę zażegnać ten kryzys, bo wcześniejszą pracą w Lechii udowodnił, że zasługuje na zaufanie. Od strony sportowej wydawało mi się, że rzeczywiście nie będzie większego problemu, żeby wyjść z tego trudnego momentu. Miałem tylko obawy czy coś się nie wypaliło w szatni, czy być może nie pojawiły się wątpliwości w relacjach trenera z piłkarzami. Z drugiej strony właściwie wszyscy zawodnicy z obecnej kadry to w większym lub mniejszym stopniu „synkowie” Piotra Stokowca, ten skład w ciągu już ponad trzyletniej kadencji obecnego szkoleniowca zmienił się całkowicie. Praktycznie każdy z tych piłkarzy powinien zatem skoczyć za swoim trenerem w ogień i w chwili kryzysu okazało się, że drużyna faktycznie bardzo mocno się skonsolidowała. Zaczęło się od bardzo ważnego zwycięstwa 1:0 z Rakowem w Bełchatowie cztery dni po tym feralnym meczu Pucharu Polski, a Lechia wyszła z kłopotów grając w swoim stylu. Bardzo pragmatycznie, oddając piłkę przeciwnikowi, zdobywając jedną bramkę, a później skutecznie broniąc przewagi. Z czasem coraz lepiej zaczęła wyglądać także gra ofensywna, czego dowodem były mecze z Górnikiem (2:0) czy Podbeskidziem (2:2), aż w końcu ten z poprzedniej kolejki.
Wspomniał pan wcześniej o Żarko Udoviciciu, dla którego bramka przeciwko Zagłębiu była już drugą z rzędu w domowym meczu Lechii. Pamiętamy tego piłkarza ze znakomitych występów w barwach Zagłębia Sosnowiec w sezonie 2018/2019, jednak jego kariera w Gdańsku dotychczas układała się zupełnie inaczej niż się spodziewał. Ostatnie tygodnie to zwiastun, że znowu może być gwiazdą ekstraklasy?
Udovicić po transferze z Sosnowca miał wejście smoka, gdy w debiucie, który przypadł na mecz o Superpuchar z Piastem już w drugiej minucie zaliczył asystę i faktycznie wszyscy w Lechii liczyli w jego wykonaniu na więcej. Poprzedni sezon okazał się dla Serba splotem absolutnie najgorszych możliwych przypadków, bo poza dwiema czerwonymi kartkami w rundzie jesiennej (z ŁKS w 1. kolejce i w derbach z Arką – przyp. red.) miał też duże problemy kardiologiczne. Po przebyciu koronawirusa długo dochodził do siebie, bo wiadomo że z sercem po Covidzie nie ma żartów i lekarze nie chcieli zbyt szybko puszczać go do gry. Kilka miesięcy temu, w przerwie zimowej, już praktycznie pogodziliśmy się w Gdańsku, że Żarko Udovicić nie zaistnieje w Lechii. Rozmawiałem wtedy zresztą z trenerem Stokowcem i on nawet nie ukrywał, że ten zawodnik jest dosyć daleko w jego hierarchii. Okazało się jednak, że Serb dostał szansę tej wiosny, wykorzystuje ją bardzo dobrze, a ja uważam, że naprawdę mało jest w ekstraklasie piłkarzy, którzy mają tak skuteczne dośrodkowanie z lewej nogi. Top 3 czy top 5 ligi obok Filipa Mladenovicia, Mateusza Szwocha albo Rafała Pietrzaka. Do tego Udovicić pomimo już 33 lat cały czas jest silnym, zdrowym koniem, ma organizm przygotowany na bieganie i walkę. Wygląda na to, że zupełnie niespodziewanie na dobre wywalczył sobie miejsce na lewym skrzydle korzystając z nieobecności Josepha Ceesaya, który miał dobre wejście, ale przyblokowały go koronawirus i drobny uraz. Żarko w końcówce sezonu może Lechii naprawdę konkretnie pomóc.
Analizując dobre wyniki gdańszczan z ostatnich kolejek nie można pominąć również roli Jana Biegańskiego. 18-latek zimą przeniósł się do Lechii z GKS Tychy po tym jak odrzucił ofertę Lazio, a jego dojrzała gra przykuwa uwagę wielu komentatorów.
Rozmawiałem z nim przed rozpoczęciem rundy wiosennej i zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Wypadł jako chłopak świadomy swojego potencjału, bez kompleksów, ale jednocześnie też niebujający w obłokach. Bardzo fajnie wypowiedział się też dlaczego nie skorzystał z tej oferty Lazio. Wszystko było już praktycznie dogadane, jego tata był nawet we Włoszech i gdyby tylko rodzina Biegańskiego oraz jego menadżer zdecydowali się na ten transfer, on by po prostu doszedł do skutku. Janek powiedział jednak, że jest w takim wieku, że przede wszystkim musi grać w seniorskiej piłce, a w Serie A miałby na to bardzo małe szanse i pewnie utkwiłby w pewnego rodzaju zawieszeniu w drużynie Primavery. Wybrał ofertę Lechii, a na jego plus działa wszedł do zespołu właśnie w tym najtrudniejszym momencie po pucharowej porażce z Puszczą w Sosnowcu. W następnym meczu po raz pierwszy zagrał w podstawowym składzie i pół-żartem, pół-serio można powiedzieć, że to on odmienił ten zespół. Biegański wszedł do ekstraklasy z przytupem, bez żadnego odstawiania nogi, szybko zaczął pokazywać kolegom z drużyny, że mogą na niego liczyć. Co ważne, nie jest to tylko defensywny zawodnik grający na zasadzie „doskok – odbierz – podaj”, on też potrafi fajnie rozegrać. Podoba mi się u niego, że pierwsze o czym myśli to zagranie do przodu, chce grać w piłkę, nawet w ostatnim meczu świetnie przeskanował przestrzeń i podał do Łukasza Zwolińskiego, który zdobył bramkę na 1:0. Jeżeli głowa mu się nie pogubi, a nic na to nie wskazuje, Biegański może zostać najdrożej sprzedanym piłkarzem Lechii w historii.
Przed biało-zielonymi czas prawdy. Po 23. kolejce jej strata do podium to już tylko punkt, do wicelidera cztery oczka, a po meczu ze Śląskiem jej rywalami będą kolejno Piast, Lech i Legia. Zespół Stokowca jest dziś już gotowy, żeby realnie powalczyć o finisz sezonu na wyższych miejscach niż 5. – 8.?
W razie zwycięstwa we Wrocławiu Lechia praktycznie uspokoi już sobie sytuację w walce o czołową piątkę, bo to byłoby już sześć punktów przewagi nad Śląskiem i najgroźniejszym jej rywalem pozostałby już tylko Piast. Tak, to jest terminarz prawdy dla gdańszczan, ale wydaje mi się, że zanim będą te mecze z Lechem i Legią, to właśnie dwie najbliższe kolejki odpowiedzą na pytanie czy Lechia może już w tym sezonie zawalczyć o podium. Wiadomo jak solidną drużyną jest Śląsk. Niełatwo jej strzelić gola i właśnie na tle wrocławian ciekawie będzie zobaczyć, jak będzie funkcjonowała ta ofensywna strona drużyny trenera Stokowca, bo umówmy się, że Zagłębie czy Podbeskidzie wcześniej to nie były zespoły mocno testujące piłkarzy Lechii odpowiedzialnych za atakowanie. Już w poprzednim spotkaniu wyjazdowym biało-zielonych było gorzej, bo Pogoń zamknęła dostęp do swojego pola karnego praktycznie na godzinę i skończyło się porażką 0:1 przed przerwą na reprezentację. Patrząc na to, że lekką zadyszkę, choć też zaległy mecz, ma Raków Częstochowa, a Lechia cały czas ma pewne niewykorzystane zasoby kadrowe w postaci choćby niewymienionego jeszcze przez nas Kenny’ego Saiefa, są powody do lekkiego optymizmu dla kibiców z Gdańska. Dwie najbliższe kolejki to będzie papierek lakmusowy dla gdańszczan.