Rywal pod lupą eksperta: Legia Warszawa
fot.: Mateusz Porzucek
W pierwszym od pięciu lat meczu grupy mistrzowskiej Śląsk zmierzy się przy Łazienkowskiej z Legią. Wicemistrz Polski wygrał sezon zasadniczy i jest na prostej drodze do odzyskania tytułu, ale wspomnienia z ubiegłorocznej rundy finałowej oraz wpadka w 30. kolejce mogą stanowić przestrogę dla warszawian. O liderze rozmawiamy z Mateuszem Skwierawskim z WP Sportowe Fakty.
Ubiegłotygodniowa, niespodziewana porażka w Zabrzu (0:2) powinna być dla Legii ostrzeżeniem przed decydującą fazą walki o mistrzostwo Polski?
To nie był pierwszy raz, gdy legioniści rozpoczęli mecz rozprężeni i mieli z tego powodu problemy, a trener Aleksandar Vuković często zwraca uwagę na to, jak dużą rolę odgrywa koncentracja, zwłaszcza w spotkaniach z niżej notowanymi rywalami. Mecz w Zabrzu i tak nie był jeszcze pod tym względem najgorszy, wiadomo, że ustawił go błąd Radosława Majeckiego przy pierwszej bramce, a Legia łącznie oddała 30 strzałów. Istotną rolę odegrał również fakt, że Górnik nie położył się przed rywalem, tak jak kilka dni wcześniej w Warszawie po szybko zdobytej bramce zrobiła to Arka. W Legii powinni pamiętać, że w naszej lidze wszystko jest kwestią mentalności. Drużyna Vukovicia może mieć problemy z każdym rywalem, który konsekwentnie będzie realizował założony plan i nie przegra w głowach już przed meczem. Górnik tydzień temu wygrał, bo po prostu zaprezentował dobrą piłkę.
Właśnie mentalność przed przyjazdem do Warszawy od lat jest chyba największym problemem Śląska. To nie przypadek, że ostatnie zwycięstwo przy Łazienkowskiej wywalczył w 2011 roku, a w ośmiu kolejnych spotkaniach zdobył łącznie dwa punkty.
Wygrana Śląska na stadionie Legii na pewno byłaby niespodzianką, ale jeżeli zespół Lavicki nie porzuci swojego stylu tylko dlatego, że gra w Warszawie, nie przestraszy się impetu, z którym wyjdzie Legia, to spokojnie może myśleć o punktach. Śląsk jest dobrze zorganizowanym zespołem z dużym potencjałem i jak najbardziej może powalczyć przy Łazienkowskiej. Po tym, co się wydarzyło w poprzedniej kolejce, wicemistrz niewątpliwie będzie jednak bardzo mocno podrażniony i zmotywowany. W klubie każdy zdaje sobie sprawę, że wypuszczenie z rąk mistrzostwa w tym sezonie byłoby już nie porażką, a zwyczajną kompromitacją, bo siedmiopunktowa przewaga nad wiceliderem z Gliwic po sezonie zasadniczym powinna być całkowicie spokojną zaliczką.
Rok temu sezon zasadniczy co prawda wygrała Lechia, ale walka o tytuł rozegrała się właśnie między Legią a Piastem, które po 30 kolejkach miały nawet dokładnie tyle samo punktów, co teraz. Warszawianie w tym roku są silniejsi niż wtedy?
To na pewno lepiej poukładana drużyna. W Legii dzisiaj wszystko jest na swoim miejscu, drużyna uwierzyła w Aleksandara Vukovicia, a trener uwierzył w swoich piłkarzy. Ten klub od jakiegoś czasu służył jako trampolina dla zawodników, którzy chcieli pograć pół roku czy sezon i wypromować się do lepszych klubów. W tym momencie tam naprawdę jest dobra atmosfera, coś czego bardzo brakowało w ostatnich latach. Vuković ma dwóch wartościowych piłkarzy praktycznie na każdą pozycję i dużą rywalizację. Legia jest zespołem w formie i porażka taka jak w Zabrzu niczego nie zmienia, bo poza wynikiem warto też przeanalizować jak poszczególni piłkarze wyglądają indywidualnie. Właśnie ta kompaktowość jest największą siłą drużyny z Warszawy.
A czy Legii nie brakuje lidera pokroju Vadisa Odjidji-Ofoe? Drużynowa gra wystarcza na Ekstraklasę, ale już trzeba przygotowywać się na europejskie puchary.
Naturalnym liderem Legii wydaje się być Paweł Wszołek, bo świadczą o tym znakomite liczby. Nie potrzebował dużo czasu po podpisaniu kontraktu, by zacząć pełnić ważną rolę na boisku, co istotne, on jest też w swojej grze bardzo regularny. W kontekście walki na arenie międzynarodowej to jednak wróżenie z fusów, bo Legii może trafić się przeciwnik podobny do niej pod względem fizycznym, ale na przykład szybciej operujący piłką. W Europie jej przewagą nad rywalami może być jednak fakt, że nie będzie miała przerwy między sezonami. Do walki o fazę grupową przystąpi praktycznie z marszu, jest szansa, że nie wypadnie z formy i może dzięki temu nie będziemy świadkami takiej farsy jak w poprzednich latach.
Sezonu w Ekstraklasie nie dokończy Radosław Majecki, który jeszcze przed wybuchem pandemii podpisał kontrakt z Monaco i po tym, jak 30 czerwca zakończy się jego wypożyczenie, będzie musiał wrócić do klubu z księstwa. Przy Łazienkowskiej jest już plan, jak sobie poradzić z tym niespodziewanym problemem?
Z tego co wiem Legia będzie jeszcze próbowała powalczyć o zatrzymanie Majeckiego do końca sezonu, ale szanse na to faktycznie są niewielkie. Liga francuska nie wznowiła rozgrywek po pandemii, Monaco rozpoczyna przygotowania 22 czerwca i chciałoby mieć nowego bramkarza na treningach jak najszybciej, bo ten ma po prostu walczyć o pierwszy skład. W kadrze Legii jest inny młody, Wojciech Muzyk, który niedawno zadebiutował w meczu Pucharu Polski z Miedzią, ale popełnił błąd przy straconej bramce, zdarzały mu się też inne niepewne interwencje. Legia nie będzie eksperymentować w najważniejszych spotkaniach sezonu i postawi na Radosława Cierzniaka, który właśnie wraca do pełni sił po kontuzji. To doświadczony bramkarz gwarantujący pewną stabilizację, nie ma wątpliwości, że udźwignie presję związaną z finiszem ligi. A pół-żartem, pół-serio, czy Legia aż tak bardzo powinna martwić się o to, kto stoi w jej bramce?
W niedzielne popołudnie po raz pierwszy od odejścia z Wrocławia przeciwko Śląskowi zagra Mateusz Cholewiak. Wydaje mi się, że w momencie podpisywania kontraktu nikt nie przewidziałby, że ten piłkarz tak dobrze odnajdzie się w drużynie Vukovicia i szybko wywalczy sobie miejsce w wyjściowej jedenastce.
Chyba każdy kto interesuje się Legią, popukał się w głowę słysząc po raz pierwszy o tym pomyśle. Co to za transfer, co Cholewiak miałby robić w tym zespole? Szybko okazało się jednak, że w Ekstraklasie nie można być niczego pewnym. Ja na jego miejscu czułbym się dziwnie po takim transferze, przecież on nie był gwiazdą ligi, ani nawet podstawowym piłkarzem Śląska. Nie oszukujmy się, mógł mieć kompleksy, gdy nagle znalazł się w zupełnie innej rzeczywistości, musiał zmierzyć się z otoczką i zainteresowaniem, których nie doświadczał we Wrocławiu. Cholewiak na początku mógł przynajmniej spokojnie spacerować po stolicy, bo kibice go nie poznawali, ale teraz na pewno jest zupełnie inaczej. Zaimponowało mi, że wszedł do Legii bez żadnego onieśmielenia, za każdym razem daje od siebie coś więcej, walczy o każdą piłkę, nawet jeśli nie przekłada się to bezpośrednio na zdobywanie bramek. Nie zdziwiłem się, że po kilku dobrych wejściach z ławki, od meczu z Arką zaczął grać w wyjściowej jedenastce. Cholewiak to dla Legii „uzupełnienie składu plus”.
Innym piłkarzem, który dołączył do Legii zimą i już zdobywa ważne bramki jest Tomas Pekhart. Właśnie kogoś takiego brakowało w ubiegłorocznej rundzie finałowej?
Pamiętam organizowany przez klub dzień medialny krótko po podpisaniu kontraktu przez Czecha. Rozmawialiśmy z nim w grupie dziennikarzy, zapytałem czego od siebie oczekuje przechodząc do Legii. Pekhart zaczął opowiadać banały, że chce grać najlepiej jak może, więc dopytałem co z golami, bo jednak w poprzednich sezonach maszyną do strzelania nie był. On tylko na mnie spojrzał, zawiesił głos, wycedził „okeeej” i zupełnie wyłączył się z dalszej rozmowy. Na pozostałe pytania odpowiadał jednym zdaniem, na jego twarzy było widać zmieszanie, absolutne zdegustowanie tym, że ktoś na dzień dobry tak go ocenił. Gdyby dzisiaj mnie spotkał, pewnie z satysfakcją powiedziałby: „I co cwaniaczku, nie znasz się”. Ja jednak jeszcze wstrzymałbym się z kategorycznym recenzowaniem jaki to jest napastnik. On w poprzednich klubach też dobrze zaczynał – trzy kolejne mecze z bramką albo bramka co drugi mecz i tak dalej, to powtórzyło się w Legii. Już teraz można powiedzieć, że stricte piłkarsko wygląda całkiem solidnie. Dobrze się zastawia, umie utrzymać przy piłce, dochodzi do sytuacji. Wszystko mogło jednak potoczyć się inaczej, gdyby nie kontuzja Jose Kante, bo to ona otworzyła Czechowi drogę do wyjściowego składu. Gwinejczyk wrócił już do gry i to też stwarza możliwości, bo według trenera Vukovicia niewykluczony jest nawet wariant gry dwójką napastników.