Rywal pod lupą eksperta: Legia Warszawa
fot.: Krystyna Pączkowska/slaskwroclaw.pl
W zaległym meczu 5. kolejki Ekstraklasy Śląsk zagra w Warszawie z Legią i będzie chciał się zrehabilitować za fatalny występ sprzed trzech dni. O początkach pracy trenera Czesława Michniewicza, skuteczności Tomasa Pekharta oraz jesiennych turbulencjach, rozmawiamy z Maciejem Kaliszukiem, dziennikarzem "Przeglądu Sportowego".
Po miesiącu od zatrudnienia Czesław Michniewicz w niedzielę wreszcie zadebiutował na ławce Legii Warszawa w Ekstraklasie. Czy w meczu z Zagłębiem (2:1) dało się już zaobserwować coś, czego brakowało we wcześniejszych występach?
Trzy dni temu oglądaliśmy raczej średnie spotkanie w wykonaniu mistrza Polski, ale postęp na pewno był, szczególnie w stosunku do wcześniejszego meczu z Karabachem (0:3), po którym Legia odpadła z Ligi Europy. Warto odnotować zapowiadane przez trenera Michniewicza przesunięcie Michała Karbownika do środka pola, został tam ustawiony w parze z innym młodym piłkarzem Bartoszem Sliszem. Można się spodziewać, że Legia będzie chciała tak grać w kolejnych meczach, co oczywiście nie jest dobrą informacją dla Domagoja Antolicia czy Andre Martinsa. Poza tym, trudno było spodziewać się w tak krótkim czasie po objęciu drużyny przez nowego szkoleniowca, czegoś rewolucyjnego.
Komplet punktów w rywalizacji z Zagłębiem zapewnił Tomas Pekhart, który w tym sezonie w lidze zdobył aż 6 z 7 bramek Legii.
To jest i siła i słabość warszawian. Gra się w dużym stopniu opiera na Czechu, co ma swoje odzwierciedlenie w takich meczach, jak w niedzielę, kiedy trafienia Pekharta przesądziły o wygranych mistrza Polski. Z drugiej strony, uzależnienie się od formy jednego zawodnika często oznacza problemy. Legia latem przeprowadziła naprawdę znaczące transfery piłkarzy ofensywnych, natomiast ona co roku musi być w szczycie formy od samego początku, bo wtedy są decydujące mecze w kwalifikacjach europejskich pucharów. To, że na razie ciężar zdobywania bramek spoczywa na barkach jednego piłkarza, również mogło przesądzić o niepowodzeniu walki o fazę grupową Ligi Europy.
Który z pozyskanych w zamkniętym niedawno okienku piłkarzy ma największy, niewykorzystywany jeszcze potencjał?
Wierzę w Joela Valencię, ale wydaje mi się, że to jeszcze nie jest ten moment, Ekwadorczyk potrzebuje trochę czasu na dojście do optymalnej dyspozycji. Jestem ciekaw Bartosza Kapustki, choć on na pewno dzisiaj nie zagra i w ogóle nie trenuje, bo jest zakażony koronawirusem. Filip Mladenović to bardzo ciekawy zawodnik, jeden z najlepszych lewych obrońców w Ekstraklasie. Być może nie na europejskie puchary, bo tam poprzeczka zawieszona jest wyżej, ale jego umiejętności dośrodkowania, podłączenia się do akcji ofensywnej, jak na naszą ligę, są naprawdę czymś wartościowym. W Legii zawsze będzie się przypominał przykład Vadisa Odjidja-Ofoe. Pamiętamy, jak wyglądał na początku, a wystarczyło trochę na niego poczekać i wiemy, co się działo dalej.
Był pan zaskoczony informacją, że następcą Aleksandara Vukovicia zostanie Czesław Michniewicz?
Trochę tak, chociaż tej zmiany można było się spodziewać. Prezes Dariusz Mioduski potrzebował szybkiej roszady i najwyraźniej nie miał pomysłu na żadnego kandydata zza granicy. Zaryzykował zmianę, która do tej pory nie przyniosła spodziewanych efektów, ale to się powinno stać na dłuższą metę. Pozostaje pytanie czy odbicie w dalszej perspektywie nie nastąpiłoby również pod wodzą Vukovicia, ale to już inna sprawa. Czesław Michniewicz tak naprawdę dopiero teraz rozpoczyna pracę z piłkarzami Legii, do tej pory byliśmy świadkami dziwnego eksperymentu. Łączenie prowadzenia młodzieżówki z etatem przy Łazienkowskiej na pewno mu nie pomagało. Był tu i tu – przegrywał i z Legią i z kadrą U-21. Skupił się na jednej pracy – proszę, od razu pokonał Zagłębie. Pewnie trochę w tym zbiegu okoliczności, ale dobrze, że ta niecodzienna sytuacja się skończyła.
A jak długo może trwać oczekiwanie na autorską Legię Czesława Michniewicza?
Takie kłopoty Legii jesienią to nic nowego, można nawet powiedzieć, że to swoista tradycja. W poprzednich sezonach też notowała turbulencje na początku sezonu i dopiero w środku rundy jesiennej zaczynała grać lepiej, potrafiła nawet seryjnie wygrywać mecze. W Warszawie na pewno chcieliby, żeby komplet punktów z Zagłębiem był początkiem dobrej passy. Michniewicz potrzebuje jeszcze trochę czasu, ale myślę, że to już nawet w listopadzie może odpalić. Legia tak jak co roku jest najpoważniejszym kandydatem do mistrzostwa Polski, pomimo dotychczasowych strat i krótszego niż zwykle sezonu nic tutaj się nie zmienia. Lech jest chwalony, ale głównie za grę na arenie międzynarodowej, w Ekstraklasie punktuje słabo i przez udział w Lidze Europy też może jeszcze trochę oczek pogubić. Poza nim nie widzę zespołów, które mogłyby zagrozić Legii. Liderujący dzisiaj Raków? Wiem, że Piast pokazał, że wszystko jest możliwe, ale takie historie zdarzają się raz na kilkadziesiąt lat, nie wierzę, żeby drużyna spod Jasnej Góry mogła powtórzyć tamto osiągnięcie.
Śląsk ostatni ekstraklasowy komplet punktów przy Łazienkowskiej zdobył w 2011 roku. Piłkarze Legii mogą mieć w pamięci tę serię i czuć się pewniej przed pierwszym gwizdkiem?
Nie sądzę. Kadra warszawian w ostatnich latach tak często i mocno się zmieniała, że mało kto zdaje sobie sprawę z istnienia takiej statystyki. Nikt nie będzie skupiał się na tym, jak Legii grało się w poprzednich domowych meczach ze Śląskiem. Akurat w ekipie wrocławian jest więcej piłkarzy z długim stażem, ale ten zespół też ulega rotacjom, co sprawia, że wspominana seria na pewno nie będzie siedziała w głowach. Nie przywiązywałbym do tego większej wagi, piłkarze wychodzący na boisko będą się koncentrować na najważniejszym zadaniu, które jest do wykonania dziś wieczorem.