Rywal pod lupą eksperta: ŁKS

Rywal pod lupą eksperta: ŁKS

fot.:

Do ostatniej kolejki sezonu zasadniczego Śląsk przystępuje mając już pewne miejsce w grupie mistrzowskiej. Jego ostatnim rywalem przed podziałem ligi, we Wrocławiu, będzie zamykający tabelę ŁKS. O pogrążonym w dramatycznej sytuacji sportowej beniaminku, który może już godzić się ze spadkiem, rozmawiamy z Bartłomiejem Pawlakiem, dziennikarzem łódzkiego oddziału Polskiej Agencji Prasowej.



 

Czy po trzech meczach ŁKS pod wodzą trenera Wojciecha Stawowego można mówić o solidnym rozczarowaniu?

Jeden punkt zdobyty w trzech meczach z trenerem Stawowym na ławce to oczywiście duży zawód dla wszystkich w Łodzi. Sytuacja ŁKS była jednak bardzo trudna już wcześniej, w związku z czym nikt po zatrudnieniu nowego trenera nie liczył na cud. Póki co nie widać, by Stawowy w jakimkolwiek stopniu odmienił zespół. Po środowej porażce 0:3 z Jagiellonią, nawet sam Stawowy przyznał, że zawiódł jako trener.Co prawda, wszedł do szatni z dużym optymizmem i przed restartem ligi na każdym kroku powtarzał, że wierzy w utrzymanie, ale po trzech meczach chyba już nawet on zwątpił, że to może się udać.

Wierzy pan, że Wojciech Stawowy pozostanie trenerem ŁKS w razie niezwykle prawdopodobnej degradacji? Takie zapewnienia pojawiały się w momencie zatrudnienia szkoleniowca, ale wcześniej prezes Tomasz Salski przekonywał, że na to samo może liczyć Kazimierz Moskal.

Sądzę, że te deklaracje tym razem są prawdziwe. Trzeba zaznaczyć, że zwolnienie trenera Moskala mimo kiepskich wyników było bardzo zaskakujące. Ale jeśli już do tego doszło, to znając filozofię szefów ŁKS i sytuację zespołu w tabeli, nie zatrudniono nowego trenera jedynie na dogranie 11 kolejek w ekstraklasie. Stawowy miał trafić na Aleję Unii jeszcze przed trenerem Moskalem, więc to szkoleniowiec, który prędzej, czy później musiał pracować w łódzkim klubie. Podpisał dwuletni kontrakt i trudno sądzić, by przy takiej stracie do bezpiecznego miejsca w tabeli jego realizację uzależniano od pozostania w ekstraklasie. Obie strony musiały brać pod uwagę plan B, czyli grę w 1. lidze. Prezes Salski podkreśla, że trener musi mieć komfort pracy i nie zaangażowano go w roli strażaka. Bardziej chodziło o to, by zespół jak najszybciej zaczął się uczyć jego stylu oraz filozofii gry.

Co w tym sezonie zawiodło w ŁKS? Drużyna przystąpiła do Ekstraklasy niemal bez zmian w składzie, ale w pierwszych kolejkach przede wszystkim miała niesamowitego pecha. Może gdyby na samym początku po prostu wygrywała mecze, które były do wygrania, ta historia potoczyłaby się inaczej?

Mam wrażenie, że ŁKS padł ofiarą własnego sukcesu. Kiedy trener Kazimierz Moskal przejmował drużynę, która była beniaminkiem 1.ligi, postawiono przed nim zadanie budowy zespołu w pierwszym roku pracy i walki o awans w kolejnym. Według tego planu ŁKS o Ekstraklasę miał rywalizować dopiero teraz, ale oczywiście trudno było nie skorzystać z okazji awansu, skoro nadarzyła się wcześniej. Z jednej strony nieprzygotowanie kadry łodzian do gry w najwyższej klasie trzeba potraktować jako grzech zaniechania, chyba nie doceniono siły Ekstraklasy, która szybko zweryfikowała możliwości zespołu. Z drugiej strony, trudno też mieć pretensje, że dano szansę zawodnikom, którzy zapracowali na ten niespodziewany sukces. Oni pokonali bardzo długą drogę, bo przecież jeszcze pięć lat temu wielu z nich grało w barwach ŁKS w 3.lidze. Istotną rolę odgrywały też finanse. To nie jest tak, że klub przed sezonem nie szukał wzmocnień na Ekstraklasę, jednocześnie liczył jednak pieniądze. W Łodzi wszyscy za dobrze pamiętają, jak skończyło się życie ponad stan i ratowanie Ekstraklasy za wszelką cenę. Tak ŁKS funkcjonował przez lata, za co zapłacił upadkiem i odbudową od najniższych klas rozgrywkowych. A czy miał w tym sezonie pecha? O tym można mówić w kontekście pojedynczych meczów, a nie serii porażek. Tak było choćby w 4. kolejce, kiedy ŁKS przegrał 0:1 z Piastem po samobójczym golu i niewykorzystanym rzucie karnym przy bezbramkowym remisie. Ten mecz zapoczątkował zresztą serię ośmiu porażek, a to że teraz jest ich o dziesięć więcej na pewno nie wynika z pecha, lecz po prostu słabości w różnych aspektach.

Być może podczas jesiennej serii porażek głowy piłkarzy ŁKS przestały odpowiednio funkcjonować.

Tak to przedstawiał trener Kazimierz Moskal i pewnie miał wiele racji. Należy pamiętać, że ta drużyna zanotowała trzy awanse z rzędu, była przyzwyczajona do wygrywania, a nie regularnych porażek. Można tak to było diagnozować analizując również kadrę drużyny, to byli gracze, którzy nagle znaleźli się w zupełnie nowej dla siebie sytuacji. Poza Łukaszem Piątkiem i Arkadiuszem Malarzem, który dołączył już w trakcie rundy jesiennej, gdy sytuacja ŁKS była już trudna, mało kto miał powyżej 50 meczów w karierze w Ekstraklasie, a tak naprawdę większość w niej debiutowała. Na pewno strach przed popełnieniem kolejnego błędu wpływała na nierealizowanie bardzo wymagającej taktyki, którą konsekwentnie chcieli grać łodzianie.

Malarz w środę zapisał się w protokole jako autor zupełnie przypadkowego gola samobójczego, ŁKS po tym meczu ma też ponownie najbardziej dziurawą defensywę w lidze, ale akurat do bramkarza nikt w Łodzi chyba nie może mieć pretensji o ten sezon?

Arkadiusz Malarz na pewno nie zawodzi. Nie przypominam sobie, by zawalił jakiegoś gola, za to wiele razy ratował zespół przed stratą. Wystarczy cofnąć się do poprzedniego weekendu i meczu w Bełchatowie z Rakowem (1:1), kiedy bronił na linii w niesamowitych sytuacjach. Łatwo tracone bramki nie są wynikiem błędów bramkarza ani nawet bloku defensywnego, lecz całej gry obronnej zespołu. Coś tu zwyczajnie nie działa. Kwintesencją tej postawy był środowy gol stracony w spotkaniu z Jagiellonią. Jakov Puljić przebiegł nieatakowany przez pół boiska, a następnie oddał strzał z 16 metrów. Trudno spodziewać się, że przy takiej postawie wszystko naprawi Malarz.

ŁKS próbował zwiększyć swoje szanse na utrzymanie kilkoma zimowymi transferami, jak można ocenić postawę nowych piłkarzy po dziewięciu meczach rozegranych w 2020 roku?

O ocenie tych transferów najlepiej mówią liczby. Żaden z nowych graczy nich nie sprawił, że wyniki uległy poprawie. Na początku roku wydawało się, że para stoperów Carlos Moros Gracia – Maciej Dąbrowski jest tym, czego brakowało ŁKS wcześniej w defensywnie, ale po pandemicznej przerwie obrona znowu się posypała. Słoweniec Tadej Vidmajer dobrze wyglądał w pierwszych tegorocznych meczach, ale zaraz po wejściu z Jagiellonią popełnił bezsensowny faul i sprokurował rzut karny. Zimą do klubu dołączyło też dwóch napastników – Jakub Wróbel oraz Samu Corral. Ile razy zagrozili bramkarzowi przeciwnika? Ile razy można było złapać się za głowę po zmarnowanej przez nich okazji? Żaden z nich do tej pory nie strzelił gola, Wróbel miał tylko jedną asystę.

Zimowa nieskuteczność na rynku transferowym może boleć tym bardziej, że trzeba było załatać dziurę po Danim Ramirezie. Czy gdyby ten zawodnik nadal grał w ŁKS, zespół byłby dziś w lepszej sytuacji?

Być może punktów nie byłoby aż tak mało, ale nie sądzę, że jedynie dzięki Ramirezowi, łodzianie mieliby większe szanse na utrzymanie. Oczywiście, ten piłkarz był perełką i wszyscy się nim zachwycaliśmy, ale on sam nie wygrywałby każdego meczu. ŁKS miał go przecież jesienią, a zimował już w bardzo trudnej sytuacji. Nie wiemy też do końca jakie były okoliczności transferu Hiszpana do Lecha, jak dużym ryzykiem byłby brak zgody na odejście i zmuszenie go do wypełnienia kontraktu w Łodzi. W tej sytuacji trzeba zrozumieć decyzję szefów ŁKS, tym bardziej, że to była ostatnia okazja na transfer gotówkowy. Klub z Łodzi jest też jeszcze zbyt biedny, by za wszelką cenę zatrzymywać tak dobrych zawodników. Większym rozczarowaniem jest postawa Antonio Domingueza, którego ściągnięto w miejsce Ramireza. Miał być jego następcą w ŁKS, a jest zupełnie innym piłkarzem, bo to typ skrzydłowego niż rozgrywającego.

Jakiej postawy ŁKS należy spodziewać się w ostatnich meczach sezonu? Wcześniej, mimo coraz trudniejszej sytuacji, to cały czas była drużyna grająca ofensywnie i odważnie, a spotkanie z Jagiellonią oddała bez walki, jakby była już całkowicie pogodzona ze spadkiem.

Nie wiem skąd biorą się opinie, że ŁKS gra ofensywnie i trochę walczę z tym mitem. Ile okazji bramkowych zespół stworzył w pierwszych trzech meczach pod wodzą Wojciecha Stawowego? Może łącznie naliczyłbym dwie, jeśli więcej to wyłącznie z przypadku. Jedyna bramka z Rakowem padła po rzucie rożnym, a nie kreatywnej akcji. ŁKS nie gra dobrze z przodu tak samo jak nie gra dobrze z tyłu. Pozytywne rzeczy, które były tuż po awansie dawno się zatarły, a w porównaniu do 1.ligi to już zupełnie inny zespół, zarówno pod względem kadrowym, jak i stylu gry. Wojciech Stawowy chce, żeby jego drużyna grała tak jak na treningach, bo podobno tam prezentuje się zupełnie inaczej. Oglądając łodzian w lidze do tej pory trudno jednak określić, jaki ten zespół ma pomysł na grę.

Skoro spadek jest już niemal przesądzony, czy to nie czas na większą liczbę szans dla młodych piłkarzy, co może potem procentować w 1.lidze?

Wydaje mi się, że akurat w ŁKS dawał i daje młodym wiele szans do gry. Przez całą jesień występował 21-letni Jan Sobociński. Przeszedł w Ekstraklasie prawdziwą szkołę życia, popełnił wiele kosztownych dla drużyny błędów, ale trener Moskal konsekwentnie na niego stawiał. Trzeba mieć nadzieję, że te lekcje zaprocentują w przyszłości. Piotr Pyrdoł wypromował się na tyle, że zimą przeniósł się do Legii Warszawa. Teraz w jego miejsce wskoczył Adam Ratajczyk, który wczoraj dopiero osiągnął pełnoletniość, a już pokazuje duży potencjał i oby szybko nie opuścił Łodzi. Na początku roku dwie szanse w wyjściowym składzie dostał też Przemysław Sajdak.„Dajmy grać młodym” – to fajnie brzmi, ale przecież kolejki gotowych już do występów w tej lidze wychowanków póki co nie ma.

Co może być największym atutem łodzian przed meczem na trudnym terenie we Wrocławiu, z drużyną, która ma przed oczami przecież zupełnie inne cele?

Jedynym atutem ŁKS może być teraz brak ciśnienia, że ci piłkarze cokolwiek muszą. Nie ma co się już oszukiwać, trzynastopunktowa strata do bezpiecznej lokaty na osiem kolejek przed końcem sezonu jest praktycznie nie do odrobienia. Najgorsze już się wydarzyło, mogą więc zagrać na luzie, może strzelą gola jako pierwsi i gra zaskoczy. Tylko w tym można upatrywać szansy ŁKS, bo stricte piłkarsko, szczególnie w obecnej formie, trudno liczyć na sukces.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.