Rywal pod lupą eksperta: Podbeskidzie Bielsko-Biała

Rywal pod lupą eksperta: Podbeskidzie Bielsko-Biała

fot.: Bartłomiej Wójtowicz

W sobotnim meczu 11. kolejki Ekstraklasy Śląsk Wrocław zagra na wyjeździe z Podbeskidziem Bielsko-Biała. O najlepszym meczu w sezonie sprzed dwóch dni, rozczarowujących wynikach i formie strzeleckiej Kamila Bilińskiego, rozmawiamy z Michałem Trelą, dziennikarzem newonce.sport.



 

Choć okoliczności zdobycia zwycięskiej bramki były szczęśliwe, Podbeskidzie Bielsko-Biała rozegrało we wtorek chyba najlepszy mecz w sezonie (2:1 z Zagłębiem). To duża dawka optymizmu dla beniaminka przed ostatnimi występami w tym roku?

Na pewno. To pierwsze zasłużone zwycięstwo Podbeskidzia w tym sezonie, bo jedyne dotychczasowe ze Stalą (1:0) z początku października, było naprawdę wymęczone. Beniaminek we wtorek stworzył sobie wiele sytuacji, nie wykorzystał rzutu karnego przy wyniku 0:0, stracona bramka też niekoniecznie wynikała z jego stylu gry. Bardzo cenne punkty i powiew optymizmu, którego w ostatnich tygodniach bardzo mocno brakowało. Brakowało nie tylko ze względu na słabą formę Podbeskidzia, ale również dlatego, że niespecjalnie było widać rywala do wyprzedzenia. Przed rozpoczęciem sezonu liczono, że głównym kandydatem do opuszczenia Ekstraklasy będzie Warta Poznań, a ona ma już dwa razy więcej punktów od Górali, zaś w Stali Mielec pojawił się trener słynący z tego, że nie spada z ligi. W Bielsku-Białej wróciła nadzieja. Wygrana sprzed dwóch dni trochę zmienia optykę kibiców na to, co się będzie działo w dalszej części sezonu.

Czy pod Klimczokiem spodziewano się lepszych wyników po debiutującym w Ekstraklasie trenerze Krzysztofie Brede i jego zespole?

Myślę, że tak. Rozmawiając z wieloma osobami związanymi z lokalnego środowiska odniosłem wrażenie, że po awansie za bardzo uwierzono w możliwości drużyny, która wywalczyła ten sukces. Nikt nie wariował projektując walkę o awans do europejskich pucharów czy górną ósemkę, ale to przede wszystkim miało być spokojne utrzymanie. Bez nerwów, bez typowego Podbeskidzia, które kibice mogli zapamiętać z jego poprzedniego pobytu w Ekstraklasie. Nastawiano się na to 12. miejsce trzymając się cały czas w bezpiecznym dystansie nad lokatą oznaczającą degradację. Dotychczasowe wyniki na pewno są zatem poniżej oczekiwań w Bielsku-Białej.

Początek sezonu w przypadku Podbeskidzia był naznaczony zastanawiająco dużą liczbą straconych bramek. W dwóch poprzednich meczach między słupkami stał już Michal Pesković i choć póki co czystego konta nie zachował, to gołym okiem można dostrzec stabilizację gry w defensywie.

Nie można powiedzieć, że tylko przez bramkarzy, których trener Brede wystawiał w pierwszych meczach sezonu, czyli Martina Polacka i Rafała Leszczyńskiego, Podbeskidzie traciło tyle goli. Na to złożyło się wiele czynników, generalnie trzeba podkreślić, że ten awans został wywalczony ofensywą, a nie defensywą. Nie pomogły też niektóre wybory personalne szkoleniowca, który trochę zaczął błądzić i rozbił blok, który dobrze funkcjonował na boiskach pierwszoligowych. Wpływ Peskovicia od pierwszego momentu w bramce Podbeskidzia na pewno jest jednak dostrzegalny. Dwa tygodnie temu w Szczecinie (1:1) przede wszystkim obronił kilka ważnych piłek, które pozwoliły beniaminkowi wywalczyć wyjazdowy punkt.

Choć przeciwko Zagłębiu nie zagrał wielkiego meczu, przy nim cała linia obrony zaczyna wyglądać lepiej.

Defensorzy zaczęli być pewni swojego bramkarza, wiedzą, że Pesković nie wywinie żadnego numeru. Problem Podbeskidzia z golkiperami istniał już przed awansem, poprzednicy Słowaka popełniali błędy w 1.lidze, było to jednak najczęściej przykrywane tym, że drużyna po prostu strzeliła więcej goli niż straciła. Jakkolwiek okrutnie to nie zabrzmi, poważna kontuzja Polacka spadła bielszczanom jak z nieba. Pamiętajmy przecież, że tylko dzięki temu można było zareagować już po zamknięciu okienka transferowego i sprowadzić bardzo klasowego bramkarza.

Z kolei w ofensywie Podbeskidzia prym wiedzie Kamil Biliński. Wychowanek Śląska w poprzednim sezonie był w cieniu Marko Roginicia, jednak po lipcowej kontuzji Chorwata bez kłopotu przejął od niego pałeczkę i z pięcioma golami jest najskuteczniejszym Polakiem trwającego sezonu. To dość zadziwiające.

Chyba nikt, kto obserwował ten zespół w ubiegłym roku na zapleczu Ekstraklasy, nie spodziewał się takiej sytuacji. Biliński miał kiepską rundę wiosenną, mało grał, a jeśli już dostawał szansę, to po prostu wypadał wyraźnie gorzej od Roginicia. Chorwat był jednym z najważniejszych zawodników walczącej o awans drużyny nie tylko ze względu na dużą liczbę strzelanych goli, ale też przez wykonywaną pracę. Pod tym względem polski napastnik cały czas jest słabszy, bo mniej niż jako partner z ataku angażuje się w grę zespołu, jednak z drugiej strony prezentuje tę świetną skuteczność. Aktualna forma Bilińskiego dla drużyny, która ma problemy ze stwarzaniem sobie sytuacji, to wielki kapitał. W przedostatnim meczu w Szczecinie Podbeskidzie oddało jeden celny strzał przez 90 minut, ale właśnie trafienie Bilińskiego okazało się na wagę punktu (1:1). Choć może to brzmieć zaskakująco, ten zawodnik jest odkryciem pierwszej części sezonu w zespole bielszczan. Większość piłkarzy Krzysztofa Brede po awansie zdecydowanie obniżyła loty, a on jest jednym z nielicznych, a może w ogóle jedynym, który znacznie się poprawił.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.