Rywal pod lupą eksperta: Zagłębie Lubin
fot.: Paweł Kot
Ostatni wyjazdowy mecz Śląska w 2020 roku przypadnie na derby województwa z Zagłębiem Lubin. O nierównej formie Miedziowych, nieskutecznych napastnikach i problemach z młodzieżowcami rozmawiamy ze Zbigniewem Jakubowskim, dziennikarzem portalu e-legnickie.pl.
Trener Martin Sevela w poprzednim sezonie nie zakwalifikował się do czołowej ósemki, ale styl gry zespołu napawał nadzieją na dobrą lokatę w kolejnych rozgrywkach. Czy można powiedzieć, że w pierwszych 11 kolejkach jego Zagłębie wykonało postęp?
Ciężko o jednoznaczną odpowiedź, ponieważ w poprzednim sezonie efektowna gra w dużej mierze opierała się na nieobecnych już dzisiaj piłkarzach, takich jak Damjan Bohar czy Bartosz Białek. W optymalnej formie byli Filip Starzyński, Sasa Zivec, do końca solidni w defensywie pomimo podpisania kontraktów z nowymi klubami okazali się Alan Czerwiński i Bartosz Kopacz. Natomiast w trwających rozgrywkach Zagłębie przede wszystkim ma dużo szczęścia. Zdobywa punkty, jest w czołówce tabeli, ale kwestię widowiskowości można zamknąć w określeniu „momenty były”, jak choćby w ostatnim meczu w Gliwicach (1:1), kiedy dobra gra trwała łącznie może kwadrans.
I to się regularnie powtarza.
Kiedy los się do nich uśmiechnie, spotkanie dobrze się ułoży, to wygrywają, a kiedy tylko coś pójdzie nie po ich myśli, pojawia się problem. Widzieliśmy to przy okazji ostatniej potyczki w Lubinie ze Stalą. Było 2:0, spotkanie pod kontrolą, okazje na zdobywanie kolejnych bramek, a nagle gol kontaktowy beniaminka i 2:2 po 90 minutach. Trener Sevela chyba cały czas nie wie, w jakim składzie ma grać jego drużyna. Rotowanie zawodnikami w Zagłębiu odbija się na jakości w grze w poszczególnych meczach oraz ma negatywny wpływ na wyniki długofalowej pracy. No i nie zapominajmy o najważniejszej rzeczy – najlepszym strzelcem Miedziowych jest stoper Lorenco Simić, a w czołówce najskuteczniejszych są też Sasa Balić i Lubomir Guldan. Ja wszystko jestem w stanie zrozumieć, ale obrońcy są od bronienia, a kto inny powinien być odpowiedzialny za zdobywanie bramek.
We Wrocławiu często krytykujemy Erika Exposito, ale jeśli porównamy jego formę z ostatnimi dokonaniami napastników Zagłębia Samuelem Mrazem i Rokiem Sirkiem, to okaże się, że nie ma na co narzekać. Dlaczego to tak źle wygląda?
Trener Sevela z jakiegoś powodu ma bezgraniczne zaufanie do niektórych zawodników, jednym z nich jest właśnie Mraz, którego kibice w Lubinie trochę złośliwie przezywali „Marazm”. Przyszedł zawodnik z fajnym CV, grał niedawno we Włoszech, w Danii, reprezentant Słowacji, ale nie mógł się odblokować. Mógł mieć gola już w debiucie, w inauguracyjnym meczu sezonu z Lechem, jednak zmarnował dogodną sytuację, a później zawodził nie tylko jeśli chodzi o skuteczność, ale też poszczególne statystyki. Mraz miewał mecze, w których grał przez 60-70 minut, a kończył bez żadnego celnego strzału albo skutecznego odbioru. To strasznie raziło, jednak kiedy przychodził kolejny mecz, trener Sevela znowu desygnował go w pierwszym składzie. Kolejne szanse napastnika Zagłębia mogły być nawet podyktowane bardziej interesem reprezentacji Słowacji niż klubu. Dziwię się, dlaczego szkoleniowiec lubinian nie zdecydował się na odesłanie Mraza do drugiej drużyny, gdzie na niższym poziomie, z dala od ekstraklasowych fleszy, mógłby spokojnie odbudowywać formę. W międzyczasie trochę lepiej zaczął grać Sirk, ale to też nie był poziom, którego oczekiwalibyśmy od zagranicznego napastnika w ekstraklasie. Zagłębie na dziś nie ma napastnika, którego trener Sevela mógłby z czystym sumieniem wystawić na derby i liczyć na jego skuteczność.
Zwiastunem lepszych dni dla Mraza nie są nawet bramki w dwóch ostatnich meczach lubinian przeciwko Podbeskidziu w Pucharze Polski i Piastowi w lidze?
Nie, to nie jest coś, co by mnie przekonało, chociaż przyznaję, że w obu tych spotkaniach dostrzegłem, że słowacki napastnik Miedziowych zaczął grać trochę inaczej. Roboczo można byłoby to nazwać, że przestał się bać pola karnego rywali. We wcześniejszych tygodniach najczęściej był ustawiony nawet przed szesnastką przeciwnika, w światło bramki częściej niż Mraz wbiegali wspominani już stoperzy. Z Podbeskidziem i Piastem wydawało się, że był trochę odważniejszy, może właśnie z tego wzięły się te jego pierwsze bramki w barwach Zagłębia, ale to cały czas nie jest zawodnik, od którego kibice w Lubinie mogliby wymagać, że poprowadzi swój zespół do zwycięstwa, w takim meczu jak derby Dolnego Śląska.
Przełom listopada i grudnia w spotkaniach Zagłębia naznaczony był kuriozalnymi bramkami traconymi przez Dominika Hładuna. Czy należy się spodziewać, że trener Sevela po kiksie swojego bramkarza w ligowym meczu pod Klimczokiem i przepuszczeniu strzału Jakuba Świerczoka z połowy boiska w Gliwicach, postawi jutro na Konrada Forenca?
To co zrobił Hładun w zaległym meczu przeciwko Podbeskidziu to faktycznie był wielbłąd, za który wielką cenę zapłacił cały jego zespół, bo Zagłębie niespodziewanie przegrało w Bielsku 1:2. Bramka stracona z Piastem to bardziej klasa i przytomność umysłu napastnika gospodarzy. Owszem, bramkarz lubinian wyszedł daleko przed piąty metr, praktycznie na skraj pola karnego, ale kto by się spodziewał, że po stracie Łukasza Poręby, Świerczok bez zastanowienia uderzy w taki sposób. Hładun raczej jest pewniakiem między słupkami Zagłębia, ale jemu się w każdym meczu coś przytrafia. To nie zawsze kosztuje utratę bramki czy punktów, ale jego niektóre zagrania czy wybicia piłki, często powodują nerwowość w formacji defensywnej.
Przed derbami od lat porównywaliśmy składy Zagłębia i Śląska podkreślając, jak dobrze wygląda sytuacja z młodzieżowcami w Lubinie, a jak mizernie we Wrocławiu. Teraz sytuacja Miedziowych wygląda diametralnie inaczej. Po tym jak wszyscy najzdolniejsi z poprzednich roczników wyjechali, jest Łukasz Poręba, a dalej przepaść?
To jest pewien problem, o którym jeszcze rok czy dwa lata temu byśmy nie pomyśleli. Wtedy Zagłębie było stawiane jako wzór niczym dzisiaj Lech Poznań, który potrafi wystawić skład złożony w połowie z wychowanków akademii, a kolejnych ma na ławce. Dwudziestoletni Łukasz Poręba ma ugruntowane miejsce w pierwszej drużynie od dawna, to nie jest żadne odkrycie, znamy tego piłkarza już od jakiegoś czasu. Odkryciem tego sezonu na pewno jest rok starszy od niego Kacper Chodyna, który zupełnie przyzwoicie wypełnił lukę na prawej obronie po odejściu Czerwińskiego do Lecha, potrafi i pod bramką rywala zrobić coś pożytecznego, co widzieliśmy choćby ostatnio na stadionie Wisły Kraków (2:1) i zdążyć jeszcze wrócić w swoje pole karne. Natomiast wiemy, że ostatnio doznał kontuzji, która eliminuje go z gry do końca roku. Po tej dwójce, jakby się zastanowić, to faktycznie jest długo, długo nic.
W Zagłębiu jakby coś się teraz skończyło.
Tydzień temu w Gliwicach zagrał 23-letni już Dominik Jończy, który też przez moment był uważany za cudowne dziecko lubińskiego szkolenia, ale pewnie wrócił tylko dlatego, że zabrakło pauzującego za kartki Simicia. Wystarczy spojrzeć na ławkę rezerwowych Zagłębia w każdym meczu – tam są piłkarze zza granicy, albo doświadczeni ligowcy, nie ma młodzieży. Jak nie gra Mraz to wchodzi Sirk albo na odwrót, w odwodzie brakuje kolejnego nastoletniego Polaka, który mógłby niespodziewanie wystrzelić, jak rok temu o tej porze Białek. Ta młodzież w akademii jednak jest, a ten sezon z racji spadku tylko jednej drużyny, którą umówmy się, że nie będzie Zagłębie, wydaje się idealny na testowanie tych młodych chłopaków. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego trener Sevela nie chce z tego korzystać.