Śląsk przed przerwą nie do zaskoczenia
fot.: Mateusz Porzucek
Choć w wynikach Śląska kluczowa jest dysproporcja między wynikami domowych i wyjazdowych meczów, istnieje statystyka, która łączy wszystkie ostatnie występy wrocławian. Pod tym względem Vitezslav Lavicka ma najlepszą ekipę w lidze.
Ubiegłotygodniowy mecz z Górnikiem (0:0) był już szóstym z rzędu, w którym Śląsk nie stracił gola w pierwszej połowie. By znaleźć ostatni taki przypadek trzeba cofnąć się aż o dwa miesiące do pamiętnego spotkania z Lechem (3:3) we Wrocławiu. W każdym kolejnym, piłkarze Lavicki, jeśli dawali się pokonywać, to tylko w drugich 45 minutach.
Wspomnienie wrześniowego meczu 3. kolejki przeciwko Kolejorzowi jest o tyle bolesne, że tylko w tym jednym spotkaniu piłkarze Śląska w pierwszej połowie stracili aż trzy bramki. W ośmiu pozostałych… jedną, w dodatku po samobójczej, bardzo pechowej interwencji Mariusza Pawelca w rywalizacji z Wisłą w Krakowie (3:1).
Seria bez straconego gola w pierwszych połowach może być powodem do satysfakcji nie tylko dlatego, że jest najdłuższa w Ekstraklasie. Rozkłada się przecież zarówno na ulubione mecze domowe, jak i kompletnie rozczarowujące wyjazdy. W dodatku po drodze rywalami Śląska byli nie tylko ligowi przeciętniacy, z którymi goli nie wypada tracić w ogóle, ale też kandydaci do czołowych lokat na koniec sezonu.
Kwestią pozostawiającą największą wątpliwość pozostaje jednak dlaczego tak wyraźna koncentracja z pierwszych połów, ulatuje z głów zawodników wrocławian po wyjściu z szatni. Przykre przykłady goli traconych w dwudziestej sekundzie po przerwie w Warszawie (0:2) czy w samych końcówkach meczów w Szczecinie i Płocku (po 0:1) niwelowały wartość tego, co działo się wcześniej.