Śląsk Wrocław - GKS Katowice 0:0

Nie udało się wrocławianom wygrać trzeciego z rzędu meczu w drugiej lidze, jednak trzeba być zadowolonym także z remisu. To rywale byli bliżsi wywiezienia kompletu punktów z Oporowskiej, piłka po ich uderzeniach trzykrotnie trafiała w poprzeczkę. Piłkarze Śląska zagrali ambitnie, walczyli, czasem nawet trochę zbyt agresywnie (Piotr Polczak był kolejnym po trójce piłkarzy Pelikana, który z powodu urazu musiał opuścić murawę). Niedzielny pojedynek pokazał po raz kolejny, że przydałoby się wzmocnienie środka pola i linii ataku. Rywale z pewnością szybko rozpoznają (jeśli jeszcze do tej pory tego nie zrobili), że motorem akcji ofensywnych Śląska są głównie ustawieni na skrzydłach bracia Janusz i Marek Gancarczykowie. A gdy będą mieć słabszy dzień lub zostaną dobrze pilnowani, to o stworzenie groźnych akcji może być ciężko. Po szczęśliwych wygranych z Pelikanem i Kmitą, mecz z GKS-em pokazał że wrocławianom walczyć o czołowe lokaty nie będzie łatwo. – Wszyscy wiemy jaka jest sytuacja Śląska, ale przecież nie usiądziemy i nie zaczniemy płakać – wyznał na pomeczowej konferencji prasowej trener Ryszard Tarasiewicz, który także dostrzega mankamenty i przyznaje, że szuka rozgrywającego. Cieszyć mogą nadal trwające passy wrocławskiego zespołu, który nie przegrali na Oporowskiej 11 ostatnich meczów, a od 860 minut nie stracił na własnym stadionie bramki. W niedzielę umiejętności Śląska zweryfikuje niespodziewany lider drugiej ligi Znicz Pruszków.


 

Wrocławianie do meczu przystępowali w roli faworyta, gospodarze przewidywali, że katowiczanie przyjadą nastawieni defensywnie licząc na kontry. Boisko już w drugiej minucie zweryfikowało te przewidywania. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego i zgraniu piłki głową z woleja huknął Markowski, a piłka na szczęście dla Śląska trafiła tylko w poprzeczkę. - Śląsk nas w zasadzie niczym nie zaskoczył, nie przyjechaliśmy do Wrocławia z myślą o remisie, graliśmy ofensywnie o całą pulę – stwierdził po meczu zawodnik, który po kilkunastu minutach gry z konieczności został przesunięty przez trenera Piekarczyka do defensywy, po tym jak Polczak opuścił murawę w karetce. – Robert Rosiński trafił go kolanem w splot słoneczny, piłkarz stracił przytomność, miał problemy z oddychaniem, na szczęście Wojtek Sznajder wyciągnął mu język – relacjonował Jarosław Szandrocho, masażysta Śląska. Początek meczu mógł się podobać kibicom, którzy licznie przybyli na stadion głośno dopingując (na Oporowskiej po raz pierwszy użyto systemu nagłaśniającego do prowadzenia dopingu). Z Katowic do Wrocławia przyjechał 500 fanów GKS-u, którzy szczelnie wypełnili trybunę za bramką. Wrocławianie mieli spore problemy w pierwszej połowie z przedarciem się pod bramkę Gorczycycy. Jednymi z nielicznych groźnych akcji było dośrodkowanie z rzutu rożnego, po którym centymetrów zabrakło Sztylce by sięgnąć piłki (22 min.) oraz akcja Marka Gancarczyka z 33 minuty, gdy strzelił w boczną siatkę (33 min.). Tymczasem goście po raz drugi trafili w poprzeczkę (26 min), choć i tak bramka nie zostałaby uznana, bo gracz GKS-u był na pozycji spalonej.



W drugiej połowie częściej przy piłce byli wrocławianie, jednak niewiele z tego wynikało. Nie wiadomo o czym w 58 minucie myślał Imeh, patrząc jak piłka dośrodkowana z lewej strony przelatuje tuż obok niego. Emocje w meczu były na początku, były także na końcu. Być może piłkarzom przydała się chwila oddechu (arbiter przerwał mecz, po tym jak z sektora katowiczan rzucona została raca i zrobiło się gorąco na trybunach), bo po wznowieniu gry oba zespoły były bliskie przechylenia szali zwycięstwa na swoja korzyść. W 82 minucie po podaniu z głębi pola oko w oko z Janukiewiczem stanął Jaronim, ale nie trafił w bramkę. Kapitan GKS-u mógł zostać bohaterem spotkania, w 89 minucie futbolówka po jego strzale głową trafiła w poprzeczkę. Niewykorzystane sytuacje mogły się zemścić chwilę później gdy jeden z nielicznych błędów w meczu popełnił Markowski, ale golkiper GKS-u nie dał się zaskoczyć Imehowi. – Bardzo chciałem dobrze zagrać i przedobrzyłem. Za lekko podałem do Jacka Gorczycy, na szczęście nie zakończyło się to startą gola – stwierdził Markowski. W doliczonym czasie gry nieoczekiwanie piłkę z rzutu wolnego uderzył Wołczek i futbolówka trafiła... w poprzeczkę (czwarta w meczu!), odbiła się od murawy i wyszła w pole.




Śląsk Wrocław – GKS Katowice 0:0



ŚLĄSK: Janukiewicz – Wołczek, Socha, Wójcik, Czap - M.Gancarczyk, Sztylka, Rosiński (78. Szewczuk), J. Gancarczyk 5 (54. Wan) - Imeh, Ulatowski (65. Dudek). Trener Ryszard TARASIEWICZ.



GKS: Gorczyca – Krysiński, Kapias, Polczak (12. Wijas), Gajowski – Sroka, Prasnal, Markowski, Mielnik – Jaromin (90+5 Sadowski), Kaliciak (72. Pasko). Trener Piotr PIEKARCZYK.



Sędziował Marcin Szrek (Kielce)

Widzów 5000.

Żółte kartki: Sztylka – Markowski, Wijas.

źródło: własne

Marcin Polański

Autor

Marcin Polański

W Śląsknecie od 2003 roku (z przerwami urlopowymi), przez niemal 10 lat redaktor naczelny.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.