Śląsk Wrocław - Kmita Zabierzów 2:0 (1:0)

Wrocławianie zasłużenie wygrali z beniaminkiem i zainkasowali kolejne 3 punkty. Do wywiezienia punktów z Wrocławia rywalom zabrakło odrobiny szczęścia, a przede wszystkim więcej zimnej krwi pod bramką strzeżoną przez Radosława Janukiewicza. Jednak po końcowym gwizdku ekipa Śląska zadrżała. Okazało się bowiem, że wśród graczy rezerwowych w składach dostarczonych dziennikarzom nie można było odnaleźć Piotra Galusia. Defensor pojawił się w 88 minucie na murawie i wszyscy zadawali sobie pytanie, czy błąd wynikł podczas tworzenia zestawienia, czy też piłkarza nie było w protokole meczowym? Jeśli prawdziwa okazałaby się druga z tych wersji WKS niechybnie zostałby ukarany walkowerem. Edward Ptak po końcowym gwizdku nerwowo przechadzał się koło szatni, w oczekiwaniu na sprawdzenie protokołu u sędziów.


 

Ostatecznie okazało się, że Galuś w nim figurował i wrocławianie mogli cieszyć się ze swego drugiego w tym sezonie zwycięstwa na drugoligowym froncie. Wygrana mogła być jeszcze bardziej okazała, bowiem rzut karny przestrzelił Sebastian Dudek. Gracz dwukrotnie tego dnia uderzał z 11 metrów i na szczęście za pierwszym razem piłka wpadła do siatki. Piłkarze z Zabierzowa mieli problemy z „czystymi” interwencjami we własnym polu karnym i gdyby arbiter był bardziej odważny, to kibice mogliby oglądać w sumie aż cztery „jedenastki”. Niestety mecz ten nie skończył się dobrze dla Jarosława Solarza, który opuścił na noszach murawę 64 minucie. Piłkarz spadając na murawę źle stanął i doznał urazy lewej kostki. Po meczu zawodnik pojechał do szpitala by zrobić prześwietlenie. Pierwsze diagnozy mówiły o skręceniu, jednak ostateczny werdykt lekarski poznamy w najbliższym czasie. Przedwcześnie murawę opuścił także Tomasz Szewczuk. W 87 minucie Włodzimierz Milczarek pokazał napastnikowi żółtą kartkę za opóźnianie wznowienia gry, a że gracz jedno „żółtko” obejrzał już w pierwszej połowie spotkanie, w konsekwencji ukarany został czerwoną kartką.



Paradoksem jest fakt, że trzej gracze, którzy mogliby zostać okrzyknięci bohaterami meczu, bowiem mieli największy wpływ na to, że WKS zdobył gole i wygrał to spotkanie, jednocześnie mogliby otrzymać tytuł antybohatera. Dudek zachował zimną krew w 23 minucie i strzałem w prawy róg pewnie pokonał Artura Sarnata z 11 metrów. Było to ważne trafienie, bowiem dzięki niemu wrocławianie objęli prowadzenie i podopieczni trenera Lubosa Kubika mogli grać spokojniej. Dotychczas pewny egzekutor „jedenastek” zawiódł jednak w drugiej połowie. W 61 minucie po jego uderzeniu z takiej samej odległości piłka poszybowała obok bramki. Na szczęście to „pudło” nie zadecydowało o końcowym sukcesie Śląska. Drugim z bohaterów/antybohaterów spotkania był Krzysztof Ulatowski. To właśnie on został nieprzepisowo powstrzymany w polu karnym przez obrońcę i dzięki temu wrocławianom został przyznany pierwszy rzut karny. W 77 minucie natomiast wykorzystał dośrodkowanie Szewczuka oraz błąd defensywy Kmity i skierował futbolówkę do pustej bramki, ustalając tym samym wynik meczu. Choć „Oko” miał udział przy obu golach, to tego meczu nie może zaliczyć do udanych, o czym sam mówił po końcowym gwizdku. Być może wpływ na gorszą grę miał fakt, że występował na pozycji prawego pomocnika. Trener Kubik szuka cały czas bowiem optymalnej obsady flanki. Z tej strony występował już Arkadiusz Chrobot, Rodrigo, a jako zmiennicy także Marek Kowal i Szewczuk. Właśnie ostatni z tych graczy dopełnia trójkę bohaterów/antybohaterów sobotniego spotkania. Napastnik, który po raz pierwszy pojawił się w wyjściowym składzie Śląska był niezwykle aktywny. W pierwszej połowie meczu miał szansę na zdobycie bramki, ale zbyt długo zwlekał z oddaniem strzału, próbował zwodem minąć obrońcę i ostatecznie stracił piłkę. W drugiej części gry znów zabrakło mu szczęścia, gdy w 50 minucie jego uderzenie zablokował defensor rywali. Wreszcie w 59 minucie po prostopadłym podaniu nie dał się złapać na „spalonym” i wbiegł w pole karnej, jednak nie potrafił zakończyć akcji skutecznym strzałem. Na szczęście błąd popełnił Sarnat i sfaulował napastnika, za co obejrzał żółtą kartkę, a WKS otrzymał rzut karny. W 77 minucie to właśnie Szewczuk popisał się asystą, po której Ulatowski skierował futbolówkę do siatki. Jednak na dobrą grę cieniem padła sytuacja z 87 minuty kiedy to zupełnie niepotrzebnie dał arbitrowi szansę na ukaranie go żółtą kartką, za opóźnianie wznowienia gry. WKS prowadził 2:0, kontrolował przebieg gry i osłabianie zespołu w takiej sytuacji nie można nazwać inaczej, jak po prostu głupotą. Na szczęście zawodnik nie będzie musiał pauzować w następnej ligowej potyczce, bowiem czerwoną kartkę otrzymał w konsekwencji dwóch żółtych w odróżnieniu od Radka Sourka w Bydgoszczy.



Na murawie inicjatywa od pierwszych minut należała do Śląska. Choć podobnie jak w spotkaniu z ŁKS-em Łomża rywale mieli na początku meczu dobrą okazję do objęcia prowadzenia. 13 minuta mogła okazać się pechowa dla WKS-u, jednak strzał z kilkunastu metrów Krzysztofa Filipczaka obronił Janukiewicz. W tej sytuacji zaspała wrocławska defensywa, która chciała złapać napastnika na „spalonym”. Zły przykład z gracza Kmity wziął Tomasz Kosztowniak, który kilka minut później fatalnie zachował się mając przed sobą tylko bramkarza rywali. Wrocławianie mieli przewagę optyczną, a zwieńczeniem przewagi wrocławian był rzut karny w 23 minucie. Zespół Śląska domagał się jeszcze jednej „jedenastki”, gdy w 41 minucie w polu karnym po starciu z Marianem Kocisem przewrócił się Kosztowniak. Druga polowa rozpoczęła się od ataków WKS-u. Sarnata próbowali zaskoczyć: Szewczuk (za lekko), Wan (nieczysto uderzył głową), Dudek (zablokowany), Ulatowski (bramkarz wybił piłkę na rzut rożny), Naskręt (z 30 metrów minimalnie obok słupka). Rywale tylko sporadycznie przedzierali się pod bramkę strzeżoną przez Janukiewicza, ale gdy już im się to udało to były to groźne sytuacje. W 56 minucie w pole karne dośrodkował Piotr Chlipała, a głową z 10 metrów uderzył Dariusz Gawęcki, na szczęście dla wrocławian piłka poszybowała nad poprzeczką. W końcówce meczu goście starali się zdobyć przynajmniej honorowego gola. W 84 minucie doskonałą okazję zmarnował Chlipała, świetną interwencją popisał się Janukiewicz, a już w doliczonym czasie gry z 5 metrów do bramki nie trafił Kocis! Jednak wtedy było wiadomo, że o zdobyczy punktowej zabierzanie mogą tego dnia zapomnieć. Śląsk prowadził już 2:0 po strzale Ulatowskiego, a wrocławianie mieli jeszcze kilka doskonałych okazji do podwyższenia rezultatu. Rzutu karnego nie wykorzystał Dudek, a w 81 minucie Szewczuk przeprowadził rajd przez pół boiska, którego nie kończy strzałem, tylko niepotrzebnie próbował zagrywać do Kowala i piłka trafiła w ręce bramkarza. Chwilę później napastnik upadł w polu karnym i choć wydawało się, że był faulowany, to arbiter nie zdecydował się na podyktowanie trzeciej „jedenastki”.



Śląsk Wrocław - Kmita Zabierzów 2:0 (1:0)



1:0 - 23' Dudek (karny)

2:0 - 77' Ulatowski



Śląsk: Janukiewicz - Solarz (65' Małecki), Ignasiak, Sztylka, Naskręt - Ulatowski (88' Galuś), Chrobot, Dudek, Wan - Kosztowniak (67' Kowal), Szewczuk.



Kmita: Sarnat - Żukowski (46' Krauz), Kaliciak, Pokrywka, Koćiś, Gawędzki, Gajek, Zawadzki, Suchan (75' Ankowski), Filipczak (67' Stolarz), Chlipała.






Sędziował: Włodzimierz Milczarek (Piotrków Tryb.)


Widzów: 1500.

źródło: własne

Marcin Polański

Autor

Marcin Polański

W Śląsknecie od 2003 roku (z przerwami urlopowymi), przez niemal 10 lat redaktor naczelny.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.