TAKTYCZNIE: Chaotyczna kompromitacja
fot.: Mateusz Porzucek
Po meczu z Bruk-Betem na usta kibiców cisnęło się wiele niecenzuralnych słów, których na łamach naszej strony nie wypada przytaczać. Śląsk zwyczajnie się skompromitował i zagrał jeden z najsłabszych meczów w swojej ekstraklasowej historii.
Przyznam szczerze, że wracanie do tego meczu i analizowanie gry WKS-u to istna udręka. Szukając jakiegokolwiek pozytywnego wątku po tym kompromitującym doświadczeniu, najgorszy okazał się fakt, że takowy wątek zwyczajnie nie istnieje. Podopieczni trenera Piotra Tworka równie dobrze na boisko mogli nie wybiec, w ich grze zabrakło podstaw, od których zawsze tak bardzo w cyklu “taktycznie” staram się uciekać. Śląsk nie walczył, Śląsk oddał się Bruk-Betowi, Śląsk był pogrążony w całkowitym chaosie, a niektórzy zawodnicy (w tym miejscu pojawia się honorowa dedykacja dla Dino Stigleca) wyglądali na absolutnie nieprzygotowanych do zagrania 45 minut, nie mówiąc już o pełnym spotkaniu.
INDYWIDUALNE PORAŻKI
Jednym z problemów WKS-u w meczu z Bruk-Betem było to, że żaden z zawodników nie zagrał na chociaż w miarę przyzwoitym poziomie. Każdy popełniał liczne błędy, a mecz stał się nie starciem do pierwszej bramki, a starciem do pierwszej wykorzystanej pomyłki. Przez pierwsze minuty wrocławianie gubili piłkę raz za razem, a pomysłu na grę i konstruowanie akcji widać nie było. Goście z Niecieczy szybko zauważyli, że Śląsk zwyczajnie nie wie, co ma robić na boisku, więc podeszli nieco wyżej, spychając podopiecznych trenera Tworka bliżej ich bramki. Odzwierciedla to statystyka “avarage formation line”, która mówi nam o tym, na którym metrze ustawiała się średnio dana drużyna. Dla Bruk-Betu był to metr 56, dla Śląska - 47.
Skoro niecieczanie zepchnęli gospodarzy, którzy pomysłu na grę nie mieli, głęboko na ich połowę, to logicznym następstwem było pojawienie się coraz to liczniejszych błędów. Tak zresztą padł pierwszy gol dla Bruk-Betu. Michał Szromnik pod lekkim naciskiem niecelnie wykopał piłkę w taki sposób, że ta nie przekroczyła nawet połowy boiska, a w dodatku trafiła do przeciwnika. Zdezorganizowana obrona WKS-u musiała odbudować pozycję, bo w momencie straty znajdowała się w fazie przejściowej, co tylko ułatwiło zadanie gościom. Dwa podania, strzał zza pola karnego i gol. Tylko tyle i aż tyle.
ODPOWIEDZIALNOŚCI BRAK
Inną rażącą w oczy kwestią w grze Śląska, był absolutny brak odpowiedzialności za swoje zagrania. I nie chodziło nawet o strach przed wzięciem na siebie gry, a raczej zupełnie nierozważne decyzje. Podejmowane przez zawodników WKS-u działania często były wręcz niewytłumaczalne. Tak padła między innymi bramka na 0:2 - po dośrodkowaniu z rzutu wolnego walkę o piłkę najpierw odpuścił Łukasz Bejger, a następnie Wojciech Golla oraz Mark Tamas, jako że nie wiedzieli, kto tak właściwie powinien kryć Mesanovica, wspólnie postanowili, że w sumie to nieistotne i niech kapitan gości sobie biegnie. Koniec końców zagrożenie i tak powinno zostać zażegnane przez Szromnika, lecz ten wypuścił piłkę z rąk w poniższej sytuacji.
W sobotnim spotkaniu absurd gonił absurd, więc trzeci stracony gol wręcz musiał być jeszcze gorszy niż dwa poprzednie. Za tę bramkę niesłusznie obciąża się jednak tylko Wojciecha Gollę. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego zawodnikiem, który miał obowiązek wybić futbolówkę za linię boczną był Patryk Janasik, ale wahadłowy, mimo że piłka leciała mu prosto na głowę, w nią nie trafił. Golla czasu na reakcję miał niewiele, ale od tak doświadczonego obrońcy musimy oczekiwać, że będzie w stanie zrobić coś nieco lepszego niż wpakowanie samobója. Nie bylibyśmy jednak w pełni sprawiedliwi, gdybyśmy winą obarczyli tylko stopera - w tym przypadku równie mocno zawinili obaj panowie.
Mówiąc o odpowiedzialności, nie sposób pominąć to, co zrobił Mark Tamas. Dwie żółte i w konsekwencji czerwona kartka dla Węgra to prawdziwy piłkarski kryminał. Obrońca faulował w strefach boiska, z których zagrożenia za dużego nie było, w dodatku wkładał w to za dużo agresji. Jeszcze pierwsza żółta kartka jest w miarę normalna - walka o piłkę w powietrzu, przypadkowe uderzenie ręką, generalnie zdarza się i oglądamy takie kartki niemal codziennie. Drugi kartonik to jednak zupełna bezmyślność Węgra - spóźniony wślizg w bocznej strefie boiska z 50 metrów od bramki. Absolutny brak odpowiedzialności za swoje zachowania.
#STIGLECISOVERPARTY
Popularny na Twitterze hashtag powinniśmy zaadaptować do śląskowych realiów oraz zacząć regularnie stosować, bo to, co wyprawia Dino Stiglec w tym sezonie, jest jakimś nieporozumieniem. Trudno jest wyobrazić sobie scenariusz, w którym Chorwat zostaje we Wrocławiu na kolejne lata, lecz patrząc na to, jak z uporem maniaka do gry na wahadle próbuje przystosować go kolejny trener, można mieć pewne obawy, że komuś w klubie przyjdzie do głowy przedłużenie kontraktu z tym zawodnikiem. Stiglec z Bruk-Betem pokazał, że jest zawodnikiem całkowicie zagubionym, w dodatku źle przygotowanym fizycznie. Spójrzmy na akcję poniżej.
Cała sytuacja rozpoczyna się od wznowienia gry przez bramkarza. Walkę w powietrzu wygrywa Łukasz Bejger, lecz kieruje (nie pierwszy i nie ostatni raz) piłkę w kierunku zawodnika gości. Uwagę zwróćmy jednak na Stigeca oraz na to, gdzie znajduje się on względem przeciwnika. Chorwat kryciem nie jest nawet zainteresowany - znajduje się dobre kilka metrów za plecami rywala. Co gorsza, tego dystansu nie próbuje nawet skrócić. W tym przypadku cała akcja zakończyła się tylko groźnym strzałem, co powinno być wystarczającym ostrzeżeniem dla lewego wahadłowego, a także skłonić go jakiejś refleksji, czy może nawet skupienia się na meczu. Niestety, 5 minut później powtórzyła się niemal bliźniacza sytuacja, po której Bruk-Bet gola już strzelił.
Na pierwszej grafice widzimy początek bramkowej akcji niecieczan. Stiglec ponownie nie kontroluje swojego zawodnika - ma go za plecami, nie patrzy, w które miejsce rywal będzie wbiegał. Nie trzeba być futbolowym geniuszem, aby coś takiego wykorzystać - na drugiej grafice mamy już moment po podaniu do pozostawionego samemu sobie Grzybka. Wykończenie tej akcji było już tylko formalnością. Błędy Chorwata są wręcz identyczne. Może przy lepszej motoryce winowajca dałby radę je naprawić, lecz w obu przypadkach poruszał się wolniej niż zawodnik z piłką przy nodze.
MITYCZNE WNIOSKI
Najgorsze po meczu z Bruk-Betem jest to, że już w sobotę czeka nas kolejne spotkanie. Walka o utrzymanie trwa w najlepsze, a zawodnicy WKS-u muszą dźwignąć się mentalnie, aby nie spaść z ekstraklasy. Można mówić o wyciąganiu wniosków, ale jakie wnioski wyciągnąć po takiej kompromitacji? Że trzeba grać lepiej, być skoncentrowanym i nie popełniać juniorskich błędów? Najbliższa przyszłość dla wrocławian nie zapowiada się najlepiej, a nam nie pozostaje nic innego, niż mieć tylko złudną nadzieję, że starcie z Bruk-Betem było tylko jednorazowym wybrykiem…