Taktycznie: Dlaczego Śląsk jednak wygrał z Rakowem
fot.: Mateusz Porzucek
W jednej z poprzednich odsłon “taktycznie” pisałem o tym, dlaczego Śląsk nie wygra z Rakowem. Na szczęście bardzo się pomyliłem, a częstochowska drużyna nie wróciła do domu nawet z jednym punktem. Przed wrocławianami stało ciężkie zadanie. Gościli bowiem zespół, który nie dość, że występuje w niewygodnej dla nich formacji, to przed 12 kolejką był liderem ekstraklasy. W sobotę podopieczni trenera Vitezslava Lavicki pokazali jednak charakter i po ciężkim meczu zdobyli upragnione zwycięstwo. Pytanie, na które postaram się dziś odpowiedzieć, to dlaczego Śląsk wygrał z Rakowem?
Zacznijmy od ostudzenia nastrojów. Zwycięstwo z takim rywalem może napawać optymizmem, szczególnie po ostatnich, nieco gorszych występach, lecz jeśli przeanalizujemy sobie mecz z Rakowem, to możemy dostrzec, że wynik końcowy był dla Śląska bardzo fortunny. W oczy rzuca się szczególnie statystyka xG (expected goals), według której spodziewana liczba bramek u wrocławian wynosiła zaledwie 0,58, podczas gdy u gości z Częstochowy było to aż 1,48. Oczywiście czyste konto wynikało z dobrej gry defensywnej. Świetne zawody rozegrał Michał Szromnik, podobać mogła się również gra Israela Puerto, który zanotował największą ilość wygranych pojedynków wśród zawodników Śląska, a także uratował zespół przed stratą gola, wybijając piłkę z linii bramkowej. Jednak przy nieco lepszej skuteczności podopieczni Marka Papszuna powinni spokojnie wywieźć przynajmniej jeden punkt z Wrocławia, o czym wspominał zresztą trener gości.
Z przebiegu meczu zasługiwaliśmy na punkty, jednak przyszedł moment, kiedy oddaliśmy inicjatywę i straciliśmy bramkę. Szanse na wyrównanie były, jednak obrona i bramkarz Śląska stanęli na wysokości zadania. (...) Stwarzaliśmy sytuacje, jednak zawsze czegoś brakowało. Znakomita postawa bramkarza Śląska, słupek czy bloki obrońców. Nie mieliśmy szczęścia pod bramką rywala. - mówił na konferencji pomeczowej Marek Papszun
Szczęściu trzeba jednak pomóc, a to Śląsk w meczu z Rakowem robił całkiem nieźle. Względem poprzednich spotkań widać było poprawę w kilku kluczowych elementach. Taktyka Śląska opiera się w znacznej mierze na grze skrzydłami, więc od dyspozycji bocznych obrońców oraz pomocników zależy to, jak funkcjonuje cały zespół. Na pochwałę zasłużył właściwie każdy ze skrajnie ustawionych zawodników.
Szczególną uwagę chciałbym zwrócić na występ Dino Stigleca oraz Patryka Janasika. Ta dwójka odegrała nieocenioną rolę w sobotnim spotkaniu. To właśnie oni harowali na całej długości boiska, biorąc aktywny udział w ofensywie oraz defensywie. Chociaż powiedzieć aktywny udział w ofensywie, to jak nie powiedzieć nic. Stiglec wykonał najwięcej celnych podań (54/61) w szeregach Śląska. Drugi pod tym względem był Janasik (42/56). 3 spośród 5 prób kluczowych podań całego zespołu również należało do bocznych wyżej wymienionej dwójki (2 - Stiglec, 1 - Janasik). Gołym okiem widać, że to właśnie oni odpowiadali za kreowanie akcji i to w każdej jej fazie - zarówno początkowej, gdy trzeba było przenieść się z piłką na połowę przeciwnika, ale także końcowej, kiedy to należało wykonać ostatnie podanie. Jest to zarazem całkiem duży kamyczek do ogródka środkowych pomocników, bo to raczej oni powinni być odpowiedzialni za konstruowanie ataków.
Praca ustawionych nad nimi skrzydłowych również mogła się podobać. Bartłomiej Pawłowski rozegrał bardzo dobre zawody i w końcu wszedł na poziom, którego od niego oczekiwano. Podobać mogło się przede wszystkim jego zaangażowanie. Przebiegł największy dystans na boisku (10,97km) oraz wykonał najwięcej sprintów w szeregach Śląska (17). Zdobyty przez niego gol również nie był przypadkiem, Pawłowski oddał bowiem najwięcej strzałów na boisku, zanotował też najwięcej strzałów celnych (3 celne na 5 oddanych). Według InStat Index był najlepszym zawodnikiem na murawie. Występujący po drugiej stronie Robert Pich, również zagrał całkiem przyzwoicie, notując najwięcej udanych dryblingów wśród wrocławian. To właśnie na bokach Śląsk w meczu z Rakowem błyszczał. W końcu dostrzec mogliśmy dobre przygotowanie fizyczne i walkę o każdy centymetr boiska od pierwszej aż do ostatniej minuty.
Jeśli przeanalizujemy poprzednie spotkania, w których wrocławianie grali przeciwko zespołowi ustawionemu w systemie z trzema obrońcami, to dostrzeżemy, że główną przyczyną miernej gry były całkowicie zdetronizowane skrzydła, a także problemy z wyjściem spod pressingu. O tym, że zawodnicy ustawieni po bokach w starciu z Rakowem wyglądali świetnie, już sobie powiedzieliśmy, więc przejdziemy od razu do drugiego zagadnienia, jakim jest wspomniany przed momentem pressing.
Trener Lavicka w trakcie swojego pobytu we Wrocławiu zdążył nas już przyzwyczaić do tego, że lubi stawiać przede wszystkim na skuteczne rozwiązania. Styl jest dla niego sprawą drugorzędną, a cel uświęca środki. Widzieliśmy to w spotkaniu ubiegłej kolejki z Podbeskidziem i widzieliśmy to również w meczu z Rakowem. W czasach, gdy trenerzy szukają coraz to nowszych sposobów na wyjście spod wysokiego pressingu, Śląsk postanowił wrócić do korzeni futbolu. Zamiast widowiskowej gry na jeden kontakt we własnym polu karnym, trener Lavicka zaproponował inne, bardzo proste rozwiązanie. Wrocławianie znaczną część swoich akcji opierali na długich podaniach. Wystarczy powiedzieć, że Michał Szromnik ani razu nie wznowił gry krótkim podaniem, a jedynie długimi wykopami. W ten sposób wysokie ustawienie zwyczajnie nic nie dawało Rakowowi.
Oczywiście należy pamiętać, że goście mieli w tym meczu swoje okazje. Przy nieco lepszej skuteczności, z Wrocławia mogliby wracać z tarczą, a nie na tarczy. Cieszy jednak fakt, że trener wraz ze sztabem szkoleniowym przytomnie reaguje na problemy, które mogliśmy dostrzec w poprzednich meczach, a także szuka swoich rozwiązań.