TAKTYCZNIE: Grzechy Polaków na Euro
fot.: Mateusz Porzucek
Najgorszy możliwy scenariusz się urzeczywistnił. Reprezentacja Polski odpadła z Mistrzostw Europy już w fazie grupowej. W dzisiejszej odsłonie “taktycznie” postaramy się nakreślić, co Paulo Sousa próbował wprowadzić do naszej kadry, a także co poszło mu nie tak.
Ustawieniem, w jakim grali Polacy było 3-4-2-1. Formacja z trzema obrońcami jest dla naszych kadrowiczów pewną nowością, chociaż pewne próby zaimplementowania tej formacji w reprezentacji miały miejsce już 3 lata temu. Adam Nawałka przed Mistrzostwami Świata w 2018 roku próbował nauczyć swoich podopiecznych systemu z trójką z tyłu, lecz jak pamiętamy zakończyło się to bardzo źle.
Pomysłem na grę Polaków miała być pełna kontrola nad boiskowymi wydarzeniami. Faza ofensywna polegała na długim posiadaniu piłki i spokojnym szukaniu swojej szansy na przyspieszenie oraz zaskoczenie rywala. Do takiej gry potrzeba przede wszystkim zawodników, którzy z piłką przy nodze czują się swobodnie. To teoretycznie tłumaczy wybór Wojciecha Szczęsnego jako pierwszego bramkarza reprezentacji. Szczęsny w Juventusie pokazywał, że jego gra nogami stoi na niezłym poziomie, lecz niestety nie potrafił przenieść tego na poziom kadry. Wiele razy widzieliśmy Wojtka, który posyłał długie, niecelne podania.
W konstruowaniu akcji od tyłu nie pomagali obrońcy. Kamil Glik jest tradycyjnym defensorem, który ma wiele walorów w odbiorze piłki, ale w rozegraniu już nie czuje się najlepiej. Momentami można odnieść wrażenie, że im dalej znajduje się kolega z zespołu, tym lepiej dla Kamila. Często to właśnie długie podania wychodzą mu bardzo dobrze, lecz jeśli chodzi o grę po ziemi, szczególnie pod pressingiem, to Glik zawodzi. Pomóc mieli mu jednak koledzy - Bednarek i Bereszyński. I to tutaj można mieć największe zastrzeżenia. Jan Bednarek przez lata kreowany był na obrońcę, który potrafi dobrze wprowadzić futbolówkę. Euro było jednak kolejnym turniejem zaprzeczającym tej tezie. Na plus za to u Bednarka należy zapisać grę w defensywie. Niestety, nie można tego powiedzieć o trzecim z naszych defensorów. Bartosz Bereszyński nie domagał zarówno w rozegraniu, jak i podczas bronienia się przed atakami rywali.
W linii pomocy występować miało czterech zawodników. Dwóch wahadłowych, którzy biegają wzdłuż boiska, pokrywając jego boczne strefy. Ich dobra dyspozycja jest kluczem, jeśli chodzi o pomyślne granie w takim systemie. Jak jednak radzili sobie nasi wahadłowi każdy wie. Kamil Jóźwiak fatalnie prezentował się w defensywie, Tymoteusz Puchacz harował jak wół, lecz brakowało mu umiejętności. Przemysław Frankowski zupełnie nie potrafił zaprezentować swoich atutów, jakimi miały być szybkość oraz drybling, a Maciej Rybus miał problemy kondycyjne.
Dwóch środkowych pomocników możemy rozdzielić na jednego zabezpieczającego i łączącego linię obrony z linią pomocy oraz na drugiego, który miał za zadanie podłączać się do ofensywy. Grzegorz Krychowiak zupełnie nie podołał roli bardziej defensywnego z tej dwójki. Poruszał się trochę jak czołg - był powolny, mało zwrotny i taranował wszystko, co stało na jego drodze. Właśnie przez te cechy obejrzał czerwoną kartkę w starciu ze Słowacją. Nie radził sobie również jako łącznik. W drugiej roli grywali różni zawodnicy - Karol Linetty, Mateusz Klich oraz Piotr Zieliński. Każdy z nich miewał lepsze i gorsze momenty na turnieju, lecz w ostatecznym rozrachunku i występy można chyba zapisać na plus. Szukali sobie miejsca na całej długości boiska, starali się rozgrywać i uderzać.
Trzech ofensywnych zawodników dzielimy na napastnika oraz dwóch grających pod nim zawodników. Mieli oni grać jako wolne elektrony - szukać miejsca po bokach boiska, współpracować z napastnikiem i wspierać go w polu karnym, schodzić po piłkę i pomagać kolegom w rozgrywaniu. Rola zależała tak naprawdę od charakterystyki występującego akurat piłkarza. Tutaj również personalia zostały dobrane dobrze i się sprawdziły. Karol Świderski ma za sobą bardzo dobry turniej, Piotr Zieliński na tej pozycji ze Szwecją był obok Roberta Lewandowskiego najlepszy na boisku. Jedynym napastnikiem miał być właśnie Lewandowski. Ciężko jest ocenić jego grę, bo teoretycznie miał być on stałym punktem naszego ataku, który czeka w polu karnym na piłkę i skutecznie wykorzystuje swoje sytuacje. Z tą skutecznością bywało u Roberta różnie, lecz trzeba powiedzieć, że koledzy go też nie rozpieszczali. Z tego powodu Lewandowski często opuszczał swoją pozycję i to właśnie wtedy wyglądał najlepiej. Niestety, wiązało się to z faktem, że brakowało nam tej jedynej stałej w ofensywnym równaniu - napastnika w polu karnym.