Taktycznie: Minimalizm na wyjazdach

Taktycznie: Minimalizm na wyjazdach

fot.:

Ostatnie dni nie były udane dla Śląska. Chcąc jak najszybciej zapomnieć o porażce w Płocku, wrocławianie udali się do Warszawy, gdzie ulegli Legii po nieco lepszym, aczkolwiek wciąż słabym meczu. Jak to możliwe, że po spotkaniu u siebie z Cracovią, w którym to Śląsk wyglądał jak pretendent do walki o miejsce w europejskich pucharach przyszły dwie dotkliwe porażki?



 

O tym, co zawiodło w meczu z Wisłą Płock, mogliście przeczytać w poprzednim “taktycznie”. Dziś przeprowadzimy szybką, nieco bardziej ogólną analizę spotkania z Legią oraz spróbujemy znaleźć cechy wspólne obu porażek.`

To, że rywal w Warszawie będzie twardszym orzechem do zgryzienia, wiedział chyba każdy. Wydawać się jednak mogło, że po porażce w Płocku Śląsk przyjedzie nabuzowany oraz chętny do jak najszybszego zmazania plamy, którą bez wątpienia ten bezbarwny występ był. Zadanie było pozornie ułatwione, bowiem Legia również mierzyła się ze swoimi problemami, a Czesław Michniewicz nie miał za dużo czasu, aby przygotować swój zespół do potyczki ze Śląskiem, lecz jak się niestety okazało, wrocławianie nie zaskoczyli zupełnie niczym.

Jakie były więc założenia trenera Lavicki na mecz z Legią? Śląsk rozpoczął mecz od gry wysokim pressingiem. Przez pierwsze 15 minut wyglądało to nawet całkiem dobrze, solidnie pracowali skrzydłowi, mogła podobać się również asekuracja i wymienność pozycji w defensywie w wykonaniu naszej ofensywnej czwórki. Mateusz Praszelik wraz z Erikiem Exposito często wracali się, aby wspomóc obrońców w bocznych strefach boiska i wypełnić lukę po Robercie Pichu i Lubambo Musondzie, którzy nie zawsze byli w stanie zdążyć wrócić się za akcją. Po 15 minutach pressing jednak nieco ustał, Śląsk zaczął ustawiać się nieco głębiej i doskakiwał mniej agresywnie. Widząc taki stan rzeczy, zawodnicy Legii zaczęli swobodniej konstruować akcje krótkimi podaniami od tyłu. Nieraz widzieliśmy, jak bez problemu wciągali Śląsk na swoją połowę, by kilkoma krótkimi podaniami na jeden kontakt wyjść spod pressingu i płynnie przejść do ataku. W ten sposób warszawiacy nie tylko odebrali trójkolorowym jeden z ich największych atutów, ale i przerobili go w słabość. Pressujący bez przekonania Śląsk był zupełnie bezradny, co raz za razem wykorzystywała Legia, kreując kolejne sytuacje. 

W drugiej połowie plany wrocławian zostały szybko przekreślone przez straconego gola, a zespół sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział co robić na boisku. Poskutkowało to kolejnym trafieniem dla gospodarzy i dopiero zmiany w zespole Śląska dały jakiś impuls. Trójkolorowi grali jednak bardzo chaotycznie, strzelony przez Fabiana Piaseckiego gol padł wskutek bardziej przypadku niż dobrze założonego przez cały zespół pressingu. O ile przed wykonaniem zmian Śląsk wyglądał na drużynę bez pomysłu na grę, o tyle po zmianach widać było, że Śląsk dalej nie ma pomysłu, ale chociaż ma chęci do podjęcia walki i próby wywiezienia punktu z Łazienkowskiej. Poza w miarę poprawnym przesuwaniem się formacji w defensywie ciężko wskazać w drugiej połowie element gry, w którym Śląsk nie wyglądał na drużynę zagubioną.

Wychodząc na mecz z taką drużyną jak Legia, trzeba liczyć się z tym, że główny plan może nie “wypalić” i warto mieć jakieś alternatywy w zanadrzu. Pomysłem na grę Śląska było bronienie się, zakładanie pressingu, czekanie na błędy rywala oraz kontrowanie go. Już po pierwszych 30 minutach było widać, że Legii odpowiada taki styl gry i radzi sobie z nim bez większych problemów. Zmiana planu niestety jednak nie nastąpiła i taki obraz gry oglądaliśmy aż do 90 minuty. 

Skoro całe nadzieje Śląska na sukces w tym spotkaniu były skoncentrowane wokół wymuszania błędów na rywalach i kontrowaniu ich, to dlaczego zespół z Warszawy z taką łatwością wyprowadzał akcje? Kluczową postacią dla legionistów był Walerian Gwilia. Legia grająca w ustawieniu 4-2-3-1 przy dobrym ustawieniu Śląska powinna teoretycznie mieć kłopoty w graniu piłką po ziemi od własnej bramki. Gwilia ustawiony był na pozycji nr 10, więc wydawałoby się, że nie będzie brał udziału w wyprowadzaniu akcji, a piłka trafi do niego raczej w późniejszej fazie ataku. Zadanie Gruzina w meczu ze Śląskiem wyglądało jednak inaczej. Zespół Legii ustawiał się szeroko, aby ściągnąć na siebie kryjących ich zawodników. Tworzyło to bardzo dużo miejsca w środku pola, w które wbiegał Gwilia. Gdy któryś z naszych środkowych pomocników zdecydował się podążyć za podbiegającym pod grę Gwilią, to zostawiał jednego z dwóch defensywnych pomocników bez krycia i to do niego kierowano wtedy podanie.

Spotkanie z Legią miało kilka cech wspólnych ze spotkaniem z Wisłą Płock. O ile w przypadku meczu w Płocku można moim zdaniem mówić o tym, że zabłysnął w nim trener Sobolewski, który bardzo dobrze przygotował drużynę pod Śląsk, o tyle w Warszawie nie wydarzyło się nic, czego nie można było przewidzieć. Legia nie zagrała wielkiego meczu, po prostu wykorzystała całkowite oddanie inicjatywy od pierwszych minut. Nie da się oprzeć wrażeniu, że Śląsk do spotkania z Wisłą oraz Legią podszedł bardzo minimalistycznie. Pojedynek z Cracovią we Wrocławiu pokazał, że wrocławski zespół potrafi narzucać swój styl i co ważniejsze potrafi go dobrze egzekwować. Trener Lavicka na konferencji prasowej powiedział, że w DNA klubu zapisana jest walka o zwycięstwo w każdym meczu. Ja w obu tych spotkaniach odniosłem wrażenie, że Śląsk wyszedł na boisko, aby walczyć o remis.

Bądź na bieżąco! Obserwuj Śląsknet w Google News. Śledź nas też na WhatsAppie, Facebooku, YouTubie, X (Twitterze), Instagramie oraz TikToku.