TAKTYCZNIE: Niepodniesiona rękawica
fot.: Mateusz Porzucek
Przed spotkaniem Śląska z Lechią wielu z nas liczyło na to, że wrocławianie po zimowych przygotowaniach będą w stanie zatrzeć nie najlepsze wrażenie z końca minionej rundy. Mecz w Gdańsku rozczarował nas jednak nie tylko pod względem wyniku - gra WKS-u była długimi momentami słaba, a pojedyncze impulsy okazały się niewystarczające, aby rzucić chociaż wyzwanie przeciwnikom.
Podczas sobotniego starcia dane było nam oglądać Śląsk w kilku odsłonach, lecz żadna z nich nie była w pełni dobra. Przed stratą pierwszego gola wrocławianie na boisku wręcz nie istnieli - Lechia skutecznie atakowała wyższym pressingiem, na co podopieczni trenera Jacka Magiery zareagowali zamknięciem się na własnej połowie oraz nieumiejętnymi próbami wyprowadzenia piłki. Do 22 minuty Śląsk miał ogromne problemy z przekroczeniem połowy boiska. Druga odsłona WKS-u to ta po straconej bramce. Wrocławianie po bardzo słabym początku spotkania próbowali powstać jak feniks z popiołów, lecz udało im się tylko co najwyżej przewrócić na drugi bok.
Po przerwie Lechia dalej grała swoją piłkę, podczas gdy zielono-biało-czerwoni walczyli sami ze sobą. Padł drugi gol dla gospodarzy, a trener Magiera przeprowadził zmiany. Do bardzo solidnego w tym meczu Jastrzembskiego dołączyli Marcel Zylla oraz Caye Quintana, którzy rozruszali nieco ofensywę WKS-u. Blisko było nawet kontaktowej bramki, lecz nawet ona nie byłaby w stanie zatrzeć słabego wrażenia, jakie pozostawiła drużyna na murawie. Jakie były jednak przyczyny takiego stanu rzeczy?
SZEREGOWY, SCHOWAJCIE SIĘ W OKOPIE
Patrząc na desygnowany przez trenera Magierę skład, mogliśmy domyślać się, że w głowie sztabu szkoleniowego kiełkował jakiś plan na to spotkanie. Śląsk chciał grać cierpliwie oraz solidnie w defensywie - wrocławianie liczyli na pressing w wykonaniu Lechii, a silny i postawny Fabian Piasecki wraz z dwoma dynamicznymi “dziesiątkami” mieli czekać na odpowiedni moment, aby urwać się za linię defensywną rywali. Plan spalił na panewce w zasadzie na samym początku meczu. Wrocławianie mieli ogromne problemy z naciskającym wysoko przeciwnikiem, a w defensywie zamiast spokoju widzieliśmy niecelne podania i nerwowość.

To, z jak wielkim niepowodzeniem mieliśmy do czynienia, najlepiej pokazuje nam powyższy element raportu Fitness. Patrząc na heatmapę wrocławian, doskonale widzimy, w którym miejscu boiska zawodnicy spędzili najwięcej czasu. Podopieczni trenera Magiery zostali zepchnięci pod swoją bramkę. Niezależnie od tego, czy czekali na atak Lechii, czy próbowali wyprowadzić atak, mieli ogromne problemy z przedostaniem się w okolice pola karnego gdańszczan. Śląsk okopał się w obrębie własnej szesnastki, co tylko podkreśla dominację przeciwnika.
KRÓLESTWO BRAMKARZA
Mimo mizernej gry, wrocławianie odpierali jakoś akcje Lechii. Zawodnicy WKS-u popełniali błędy, tracili piłki, lecz później naprawiali wyrządzone szkody. Prawdziwe kłopoty zaczynały się jednak, gdy gdańszczanie dochodzili do stałych fragmentów gry.
“Pomysł na stałe fragmenty był taki, by grać piłki dochodzące do bramki, gdyż bramkarz Śląska nie gra najlepiej na przedpolu. Te bramki, które zdobyliśmy nie były rozrysowane jeden do jednego przed meczem, ale było to podobne do pomysłu, który mieliśmy.”
- tłumaczył na pomeczowej konferencji Tomasz Kaczmarek, trener Lechii Gdańsk.
Niby mówi się, że pole bramkowe jest królestwem golkipera, lecz w przypadku bramkarzy WKS-u to powiedzenie niespecjalnie się sprawdza. O problemach Śląska na tej pozycji pisaliśmy już w zeszłym sezonie, kiedy to w wygranym 4:3 starciu z Podbeskidziem Michał Szromnik zaliczył nie najlepsze spotkanie na przedpolu. W obecnej kampanii w tym przekonaniu utwierdził nas również Matus Putnocky, którego pamiętamy z pustego przelotu w meczu ze Stalą Mielec, po którym padł gol dla rywali WKS-u. Śląsk na tej płaszczyźnie zdecydowanie się nie rozwija - ani Szromnik, ani Putnocky nie są w stanie zapewnić nam spokoju przy dośrodkowaniach.

Na powyższej grafice widzimy moment, w którym dośrodkowana piłka trafia prosto na nogę ustawionego 2 metry przed bramką Michała Nalepy. Oczywiście, winą za stratę tego gola nie możemy obarczać jedynie Szromnika, gdyż krycie wykonaniu jego kolegów było niemal karykaturalne. Trzeba powiedzieć sobie jednak uczciwie, że sytuacja, w której futbolówka po wrzutce trafia bezpośrednio na nogę zawodnika znajdującego się, podkreślmy raz jeszcze, DWA METRY od bramki, jest nie do zaakceptowania. Nie oczekujemy brawurowych wyjść za szesnastkę pokroju Manuela Neuera, ale zrobienie trzech kroków do przodu i wyłapanie takiej piłki zdecydowanie leży w obowiązkach bramkarza.
KONTROWERSYJNE WYBORY
O ile sam plan na mecz z Lechią trudno krytykować, o tyle jego realizacja zdecydowanie zasługuje na komentarz. Jeśli Śląsk chciał bazować na kontrach, to dlaczego nie postawiono na bardziej mobilnych zawodników? Przed wykonanymi w okolicach 60 minuty zmianami jedynym piłkarzem, który pokazywał się aktywnie do gry, a także rzeczywiście próbował korzystać z przestrzeni za linią defensywną Lechii, był Dennis Jastrzembski. Patrząc na wyjściową jedenastkę, był to jednocześnie jedyny gracz, który miał wyraźne predyspozycje do gry kontrą. Desygnowanie do gry poruszającego się jak pociąg towarowy Dino Stigleca, a także duetu Pich-Piasecki, średnio miało się do tego, jak Śląsk chciał zagrać w tym meczu.
Wybory personalne były jeszcze bardziej dziwne, gdy spojrzymy na to, jak toczyły się przygotowania do rundy wiosennej. W zimowych sparingach ze świetnej strony pokazał się Marcel Zylla, który nawiązał grubą nić porozumienia z Caye Quintaną. Ta para w sparingach wyglądała bardzo solidnie, a jedną z jej głównych cech jest właśnie mobilność oraz umiejętność wykorzystania wolnych przestrzeni. Będąc już przy mobilności, to chyba każdy z nas zgodzi się z tym, że Victor Garcia jest zawodnikiem, który na tej płaszczyźnie zdecydowanie przeważa nad Dino Stiglecem.
Przesłanek, by w tym spotkaniu zdecydować się na inne zestawienie ofensywy, było jednak jeszcze więcej. “Fabian trenował z nami od poniedziałku. Jesteśmy w momencie, gdy będziemy wprowadzać zawodników do regularnej gry” - mówił na pomeczowej konferencji trener Magiera. Jeśli mobilność nie była dostatecznym argumentem, by wystawić na plac gry Quintanę, to problem, na który sam szkoleniowiec zwrócił uwagę, powinien już nim być. Hiszpan, w przeciwieństwie do Piaseckiego, ma za sobą pełen okres przygotowawczy, więc możemy raczej założyć, że był w pełnej gotowości na mecz z Lechią. Wiadomo, mądry Polak po szkodzie, ale przesłanek, mówiących nam o tym, że Zylla z Quintaną poradziliby sobie lepiej od Piaseckiego i Picha, było całkiem sporo. Sami zawodnicy potwierdzili to zresztą dobrymi zmianami, które odmieniły oblicze Śląska w ofensywie.
WYCIĄGNĄĆ WNIOSKI
Odnoszę nieodparte wrażenie, że ten śródtytuł w serii “taktycznie” pojawia się nadzwyczaj często, lecz po takim meczu to właśnie wnioski będą najważniejsze. Po okresie przygotowawczym oczekiwaliśmy, że zobaczymy drużynę ułożoną, która wie, czego chce na boisku. Niestety, na murawie ujrzeliśmy jedynie chaos i wyłaniające się z niego pojedyncze zrywy. Do starcia z Górnikiem Łęczna pozostało raptem kilka dni, lecz jeśli wrocławianie nie chcą włączyć się do walki o utrzymanie, muszą w piątek pokazać, że spotkanie z Lechią było tylko wypadkiem przy pracy.